Neglerioza rozdział II.

II. Apartament niepokazowy

 

- Przecież mówię wyraźnie: Marg-da-le-na!

Pielęgniarzyca patrzy tępo, jakby nie rozumiała polskiej mowy, w ciągu chwili zgermanizowała się, zrusyfikowała, albo zapadła na galopującą demencję.

- Koniecznie z r. Obowiązkowo! - zgrzytam zębami.

- Eee... czemu tak? - bełkocze babsko.

- Jezu, mam pani cały życiorys opowiedzieć? Błąd urzędniczki z USC, wypełniała druk na maszynie, zaplątało jej się to nieszczęsne er - i nie szło, nie chciała go skorygować, wydrapać literówy. Była zbyt leniwa, może na kacu - nie wiem. I poszło - Margdalena Wojciechowska. Rodzice próbowali prostować, najpierw się wykłócali, potem - prawie ze łzami w oczach. I nic, za późno, trzeba przez sąd, zakładać sprawę z powództwa cywilnego. Chcieli, oczywiście, bo jak to tak: jedyna córka - i to ze skazą, widocznym błędem; to jakby nosiła na czole żylaka, czy tam naczyniaka, jak Gorbaczow... Ale zawsze było za mało pieniędzy, wiecznie coś wypadało, skoda ojcu bez przerwy się psuła, to był rzęch, mówię pani... I tak zostałam, jak widać - Margdalena.

- Dziwne to, bardzo... - kręci gębulą pielęgniara. Nie wierzy mi, co - szczerze mówiąc - mam kompletnie gdzieś.

Zostaję wciągnięta na "listę kolejkową", dostaję numerek. Trzysta dwudziesty ósmy. Jasny żesz gwint! Ile będę tu kwitnąć - pół roku, dłużej? Żart normalnie - nieśmieszny, szczeniacki...

Biorę numerzynę, zajmuję kolejkę. Gromada zmęczonych kobiet w wieku poprodukcyjnym, siwo-łysych mężczyzn, jakieś dzieci autystyczne w wózkach, pryszczate przedszkolęta z odrą, świnką i SARS, wodo- noso- i zębogłowiem, dzieciątka, którym z najróżniejszych części ciała wyrastają nadprogramowe, nadoczekiwane banie-głowy, głowy-guzy, opuchlizny jakieś straszliwe, wzdęciotwory; matki starające się uciszyć płacz wspomnianych zdeformowańców, aaa-kotki dwa mówiące, śpiewające, szepcząco-krzyczące matki, niańki, starsze siostry, babcie i bracia, caluchne rodziny skupione wokół dotkniętych przepaskudnymi chorobami, trapionych przez malformacje nie do uleczenia, biednych, ubetowanych w becikach, zapampersowanych niemal po uszy, malusieńkich Hiobów, Hiobiń, którzy cierpią nie za swoje winy.

Kwilenie, jakby w poczuciu krzywdy, że żyją, nie zostały abortowane gdy było wiadomo, na jak potworne choróbska cierpią, gdy stało się jasne, że całe swe krótkie żyćka spędzą w niewyobrażalnych męczarniach.

Płacz - z nienawiścią. Nie do boź, w które nie wierzą, bo są zbyt małe i czyste. Nie do losu - ślepego sukinsyna, katującego na oślep dresiarza, loso-psychopaty.

Żal do rodziców, w szczególności do matek. Że były zbyt zdewociałe, nie zdecydowały się na zabieg, nie terminowały patociąży, nie skróciły męczarni.

"Dobijcieeeee" - słyszę w cienkim płaczu toczonych przez nowotwory, kalekich...

- Przepraszam - kto ostatni, pani? To dobrze, będę za tobą, dziecko - stada koło mnie - na oko stupięćdziesięciokilowe babiszcze w workowatej sukienczynie w kratę.

- A który ma pani numerek?

- Jeee tam - nieważne - tłuścica odwraca głowę do ściany, udaje, że dłubie w zębach, wygrzebuje spomiędzy nich wodorosty, gałęzie, drobne kamienie.

- Co z panią do diabła? Ważne! - aż wstaję z nerwów. Tłuszcz w kształcie kobiety zdaje się mnie kompletnie ignorować, ostentacyjnie zbywa, nie - co ja gadam! Jej mowa ciała, jej wrzask ciała - tak - sadłobaba niewerbalnie wrzeszczy, bym dała jej spokój, zajęła się swoimi sprawami, numerków jakichś mi się zachciało, a co to - kasyno? Ona nie gra w ruletkę, nie obstawia, grzecznie posadziła czteropośladkowe dupsko na krześle i czeka na swoją kolej, a ja - wariatka, maniaczka, stalkerka, pewnie narkomanka niespełna rozumu, śmiem zakłócać jej spokój.

Oburzam się, oczywiście, ale coraz bardziej widzę, że nie ma z kim gadać, rozmowa o wcięciu się, bądź nie, może w ogóle zignorowaniu kolejki jest skończona, zanim się na dobre zaczęła.

Wstaję, stawiam torebkę (nie ma w niej nic cennego, nie muszę pilnować, trzymać kurczowo przy czterech literach) i postanawiam się przejść, rozruszać nogi. Rozprostować zakwaszone mlekowo mięśnie. Poprzeciskać się między poszarzałymi "aaa kotki dwa" matkami. Może - zarazić się czymś nieuleczalnym, na końcu zatłoczonego korytarza znaleźć upragnioną francę.

Paradoks: przyszłam do szpitala, by szukać parcha, gnić, rozsypać się do reszty, zawalić, niczym dom opuszczony od lat pięćdziesiątych, podkarmić spleenorobale, moje kochane pasożyty.

- Szepraszam... - niechcący trącam łokciem kobietę w czerwonej chustce.

"Ojtitititititi" - powtarza jak w amoku, czterdziestopięciostopniowej gorączce, nerwowo kołysząc zakutane w kocyki, kołderki, dziecko, albo coś w tym rodzaju.

Wieśniaczkopodobna rzuca mi groźne spojrzenie, jakby chciała utłuc, wyskrzeczeć najgorsze przekleństwa w swej czarnej, para-magicznej, zabobonnej mowie, pełnym zaklęć pogańsko-bagiennym narzeczu.

Idę dalej, ostrożniejsza. Bardziej przygarbiona. Przytłoczona ponurą atmosferą poczekalni. Atmosferą smarków, obrzęków, wysięków, wydzielin patologicznych, nerwiakowłókniaków, brudu, jaki przebija z posępnych, półludzkich twarzy. Z tych mordziak prawie zwierzęcych, zarobaczywionych, wściekłych, wiecznie nienażartych.

Mam ochotę przesadzać, mówić językiem szorstkim i wulgarnym, grypserą późnej jesieni, przedzimia, słocistej, depresyjnej aury. W takich warunkach idzie się nabawić zespołu Cotarda i zacząć uważać się za zmarłą, za chodzącego truposzczaka, znihilizmować się do przesady, popaść w manię autodestrukcyjną.

Odruchowo zaczynam szurać podeszwami. Nogi mi się nie podnoszą. Sunę przez korytarz nieco pełzakowato. Slalomem.

Mam wrażenie, że gdzieś w odmętach Polski, jej przepastnych miastach-szufladach, czeluściach niezgłębionych, umiera jedna z najbliższych i osób. Nie krewna, kuzynka, powinowata, zstępna, wstępna, przystępna; nikt, z kim łączyłyby mnie jakiekolwiek więzy, ba - kogo widziałabym chociażby raz na oczy.

Właśnie zanikł, rozpuścił się, "odszedł do wieczności" - jak szumnie zwykli mawiać księża, mój duchowy bliźniak. Kobieta? Może. Mniejsza o to, jakiej był płci; mogła nawet w ogóle być pozbawiona - pozbawione kształtu i cech poza jedną: byciem moim alter-ego.

W pewnym miejscu piękno-biednego kraju pękło lustro. Zniknęło moje odbicie.

Na jednej z wyjątkowo czystych (doprawdy - jak nie w tym szpitalu!) sal, w prawie-śnieżnobiałej pościeli siedzą trzy kobiety. W identycznych piżamach. Z identycznymi fryzurami, o niemal takich samych twarzach, mimicce, smutno-znudzonych minach.

Panie połączone szeregowo, przypięte grubą, gumową rurą, boa dusicielem, albo innym, śmiertelnie niebezpiecznym wężem, do wbudowanej w ścianę, błyskającej tysiącami światełek, niczym Las Vegas w nocy, machiny, bestii o nieskończonej liczbie pokręteł, potencjometrów, liczników, wskaźników i (co jest tu normą) popsutych wyświetlaczy; szkaradnej bestii para-medycznej, co to nigdy się nie budzi, bo i nigdy nie idzie spać, trwa wiecznie na posterunku gotowa torturować, w każdej chwili sprawiać ból, udając, że leczy, ujmuje cierpień.

Pacjentki na uwięzi przeniesionego z filmu S-F superkomputera do ożywiania zwłok, machiny frankensteinowskiej.

"Hyf - wyyyyyf" - wydycha zgniłe i techniczne, ciężkie powietrze, wspólne, sztuczne płuco.

A co, jakbym was uwolniła? - przebiega mi przez łepetynę szatańska myśl. Mam ochotę posłuchać rogatych podszeptów, złapać starsze panie za ręce i krzyknąć: " Chodźcie ze mną, nie ma sensu tu kisnąć, na dworze jest ciepło, piękna pogoda, lato, najpiękniejsza pora roku, a wy tu siedzicie jak więźniarki. No, pani Wandziu, Reginko, Anielu, czy jak tam się nazywacie - podnosimy się, wstaaaaajemy! Ostrożnie, może sie zakręcić w główkach, zbyt długo byłyście w pozycji horyzontalnej, albo siedziałyście; wstańcie, powiedzcie: nie jesteśmy same i nigdy już nikt nie powie, że jesteście jak sępy, ptaszory padlinożerne, e-ep! Do góry - i odrzucamy technologię! Back to the primitive! Poudawajmy, że jest ósmy sierpnia tysiąc trzysta pięćdziesiątego trzeciego roku! Nie ma internetu, era bez komputera, nie potrzebujecie sztucznych płuc, by oddychać; powietrze jest czyste, bez metali ciężkich, benzopirenu, powąchajcie, sztachnijcie się! Nie wymyślono spalinowych smartfonów, smogu, jeszcze nikt nie skonstruował silnika wysoko-, nisko-, żadnoprężnego! Tu jest Puszcza Wschodnioeuropejska, środek Unii Leśnej, jedno wielkie państwo turów, dzików, bażantów; możecie inhalować ile wlezie nieskażony cezem, uranem, polski,, zabobonny, jeszcze miejscami pogański tlen!

I prowadzę je, jak przedszkolanka grupę urwisów do Muzeum Powstania Warszawskiego wiedząc, że i tak wyniosą z wycieczki mniej, niż nic, zrozumieją piękne, dorodne, okrągluśkie zero.

Ja - matka-gąska, one - świeżo wyklute z pieleszy, lodowych pierzyn, ciągle uwięzione w swych betonowych głowach. Duszą się, nie mogą złapać tchu, bez pomocy groźnej, para-średniowiecznej machiny tortur (bo i jak inaczej nazwać wegetację, bycie przywiązanym rurą do ściany?) świat jest dla nich próżnią, czeluścią, w której nie sposób żyć.

Padają na gumoleum, moje kochane beztlenowce, łapią resztki powietrza rybimi ustami. Nie ma, skończyło się dla was w poprzedniej erze, zapomniałyście? Ewoluujecie szybciej, niż jakakolwiek inna istota w tej części kosmosu, już nie musicie się przejmować tak przyziemną i prostacką czynnością jak wdech - wydech, wdech - wydech. Zmieniłam was w istoty wyższego rzędu, oswobodziłam z...

A to zdychajcie, cholerne niewdzięcznice! Jak wam się nie podoba wolność od azotu tlenu, machiny, wolałybyście być przyczepione do błyskającej i warczącej, elektronicznej ściany, być połączone ze sobą, ze szpitalem, wyzbyć się autonomii, stać się trybulcem medycznego molocha, który służy wszystkiemu, poza celem, do jakiego został zbudowany, to wasza wola. Wzgardziłyście niezależnością, tak ukochałyście nie bycie jednostkami, tak: jed-nost-ka-mi ludzkimi - to okej, duście się, szukajcie rozpaczliwie końcówki węża, by znów go sobie wepchnąć w gardło i nozdrza, przeciągnąć przez zatoki. Wkładajcie sobie ten, he, he, cewnik respiracyjny. Jakby co - chciałam dobrze - naburmuszam się schodząc na niższe piętro. Czy tu gdzieś w ogóle jest palarnia, czy - dostosowując się do euromatolskich przepisów - zlikwidowano wszystkie, w całym dwuipółmiliardopokojowym budynku nie ma choćby ciaśniuchnej klitki, gdzie człowiek mógłby sobie spokojnie zafajczyć musi tenże człowiek wybywać na zewnątrz?

Przystaję przed wiszącym na ścianie monitorem. Informatyzacja na siłę: nawet głupi rozkład pomieszczeń nie może być napisany normalnie, na kartce, planszy przykłutej pineskami do tablicy korkowej. Po co, to byłoby passe, wieki ciemne, analogowe. Trzeba go wyświetlać, zużywać przy tym prąd, bez prądu w dzisiejszym świecie nie ma kołaczy, kto niecyfrowy - ten ginie zmielony przez wiatrulce chłodzące procesory potomków ENIACa, pożarty przez ostre jak szpileczki zębiska klawiatur. Jest wiek dwudziesty pierwszy i każdy korytarz ma się świecić, tablice informacyjne - błyskać komunikatami, krzyczeć zerojedynkowo, w wysokiej rozdzielczości; bo inaczej: prowincja, Polska B, peryferia Europy, ostatnia wiocha, sale operacyjne ocieplone od wewnątrz słomą, drewniane skalpele i szeptuchy zamiast chirurgów, wcieranie w rany kurzego łajna i w ogóle - wstyd, poruta, zacofanie.

Piętro trzynaste. Okej - jadę. Nie będę przecież narażać się na zapalenie oskrzeli, taka paskudna dziś pogoda, że psa z domu nie wygnać... Plucha letnio-jesienna, mżawa, bezlitośnie zacinający deszcz-sukinkot. Wściekły szakal gryzący na oślep, zdziczałe zwierzątko domowe.

Pogoda się... odswoiła, że tak głupawo powiem. Jedna wielka smętnia, pogrzeb w okopcu, pchanie taczki z trumną po błotnistej drodze. Charkotliwy zaśpiew starców. Całkiem poza melodią.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Agnieszka Gu pół roku temu
    Witam,
    Niekoniecznie dobre do porannej kawy, ale do zastanowienia się nad codziennością - na pewno.
    Pozdrawiam
  • Margerita pół roku temu
    pięć podoba mi się

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania