Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Neglerioza rozdział XIX.

XIX. Tylko fiatów żal

 

Przebudzenie to mało wyrafinowana tortura. Nic w niej z poezji, wersetów księgi opisującej światy równoległe, światy poniechane, zamknięte w prababcinym kuferku i trzymane na strychu, w spichrzu, w piwnicy obory, tuż obok ziemniaków.

Wyrywanie się z letargu, wymuszonego snu nie jest przecięciem kolorowego obrazka, który przedstawia cuda-nie widy, kusi bogactwami, niczym czort świętego Antoniego.

Wyrastam z własnej, betonowej głowy, otwierając oczy zrzucam płachtę ze szklanej kuli (ależ porównanie!).

I co? Jajco, wróżbitka była zwykłą oszustką i okoliczna ludność, wzburzona jej krętactwami, garścią przepowiedni, które jakoś nie chciały się sprawdzić, przegnała kijami szarlatankę na cztery wiatry.

Skończyła się klechda o statku szalonym, spalonej plebanii i bojącym się ludzi pisarzynie. Rymy poszły się paść, nastała garbata, jednooka proza życia.

Pierwsze, co widzę, to... kłaki. Bez wątpienia - wełna. Z owcy-blondynki, zwierzęcej Marilyn Monroe. Głowa mi ciąży, jednak jest na swoim miejscu, nie oderwało jej podczas piruetów, jakie, zdaje się, wywijałem.

Resztę ciała też mam, tylko leży ona w dziwacznej pozycji, pozginana w harmonijkę.

Nade mną przesuwa się niebo. Chyba jestem gdzieś wieziony, pod przykryciem, bynajmniej nie w aucie, ani przedziale pasażerskim autobusu.

Ki diabeł? Oddycha mi się ciężko, powietrza pod wspomnianą szubą - jak na lekarstwo, a i usta mam czymś zatkane. Pełne nozdrza smarków.

Próbuję się poruszyć. Więzy. Twarde, nie do przerwania. Żelazo, jak nic. Stal, zahartowania w krępowaniu takich jak ja.

Z kim, do diaska, zadarłem? Z cygańska mafią? Włączył mi się god mode, poczułem się niezwyciężony, nieśmiertelny, dostałem kota i postanowiłem ponapierdalać się z gośćmi Wydwaruka? Czy spoił mnie południowoamerykańskim, dajmy na to, świństwem, halucynogenem otrzymywanym z kory szopa pracza, kolibra andyjskiego; i wykorzystał razem z kolegami, albo sam, bez nawilżenia, na ostro, na sucho, wywrócił mi jelita na drugą stronę?

Nie, tam na szczęście nie boli, więc chyba szarpnął się na wazelinę, albo użył błota jako lubrykantu...

Matko jedyna - co jest? Byłam, jak się zdaje, całkiem miły, nie gadaliśmy za wiele, bo noc nie od tego; porwało nas szaleństwo, przygoda, wodospad, Etna śliniła się lawą w ruinach plebanii. Pan Darek śpiewał kocopolizmy, tańczyliśmy do nich...

A teraz to. Porwanie w Kwirewkostanie.

Zapach. Zdecydowanie nieludzki i niesamochodowy. I to klek - klek - klek...

Chłód i człapanie. Jadę, jestem wieziony furmanką! Cholera, czemu wcześniej, wieśniak z dziada pradziada, na to nie wpadłem?

Kuń jaki jest, każdy widzi. Ja też.

Wozak zobaczywszy, że szarpię się, próbuję krzyczeć, zrzuca mi szubę z głowy, uśmiecha sie szczerbato. Ma ogorzałą i czerwona, jak domyślam się - nie od kawy inki - twarz. Niektóre ubytki jamy ustnej wypełnił... kamykami, szczerzy teraz do mnie gruz z ust. Tak - gruz z ust.

Prostuję się. Podogonie, zad, ciemny ogon do samej niemal ziemi, szory, lejce, chomąto, grzywa, różnobarwne pompony, tasiemki, wstążyny cieniuchne ozdabiające uprząż.

Powoli człapie konik skrajem szosy, porwanego Tomka wiezie. Młodego Potrzelba, neoprawiczka, w kawałkach, obolałą kukłę z gliny, której ani to wydymać, bo będzie stawiała czynny opór, ani użyć do crash-testu, bo za mało giętka, sprężyn w ciele nie za wiele (durny rym!), a i robić testy zderzeniowe koniowi z wozem nie uchodzi, obrońcy praw zwierząt podnieśliby alarm, że barbarzyństwo, brak humanitaryzmu.

Plecy drugiego z mężczyzn są wygięte w pałąk. Kabłąk kobiałki pełnej zatrutych jagód.

- Ło - wstał nasz panycz - odzywa się garbaty wąsacz.

- A ty kazaf, szto ny procznećsia do obida - zwraca się do towarzysza.

- Mmmmmm...

- Sydy i ny rypajsia. Jak ny budesz się wiercić - odkneblujom - obiecuje łaskawca. Tu jest Wschód, tu każdy rozumie białoruski, rosyjski, ukraiński, języki krewniacze. Pokrewne. Krwawe. Przekrwione... - mam gonitwę myśli.

Garbus łamaną polszczyzną mówi, że jak jak... "ny budu kriczity, szarpatysia - to rozwiaże". Wielkie, kuźwa, dzięki!

Potakuję głową, że będę grzeczny. Zaraz potem szmata (rajtuzy - nie rajtuzy, może nogawka kalesonów jednego z nich? Tfuuuu!) zostaje wyciągnieta z ust.

- Gdzie jedzie... panowie mnie wiozą i co to wszystko, do jasnej kurwy, znaczy? - pytam łagodnie.

- Zobaczysz. I ny klnyj.

- Dobra, sorki - tulę się do własnego jęzora.

- A przepraszam, że pytam - gdzie maluch?

- Co?

- Fiat 126p, no maluch, ten, co nim przyjechaliście. Fajny był, chyba rzadka werska - red... A teraz - przesiadka na wóz... - pytam, ciul wie po co, o zaprzęg i grata które, zwłaszcza w obecnej sytuacji, powinny mnie mniej niż gówno obchodzić.

Przecież to Cyganie, w dodatku banderowcy! A ja spytuję z rozumu krwawych zbrodniarzy, agentów Władimira Władimirowicza.

Odpowiada mi śmiech.

- Ty - wun dumaje, szczo my pryjychały wczora maszynoj? Prrr! - krasnolicy "kamieniarz" ściąga lejce.

- Bacz, durak, kakaja maszyna! - zeskakuje z furmanki, podchodzi do konia i naciska jeden z pomponów. Ten okazuje się być magicznym - za prawdę powiadam wam - nie z tego świata! - włącznikiem. Oczy kobyły zaczynają świecić jak samochodowe reflektory.

Odejmuje mi mowę. Zmieniam się dziecko pierwszy raz będące w Disneylandzie.

Cofam się do płaszczyzny, z której uciekłem. Od tego czasu rozrosła się, ale jakby wyliniała. Zubożało tu wszystko, co mogło zubożeć; pauperyzatorzy nie próżnowali. Nawet durne płegły powyrywano ze ścian! I po co one komu?

Patrzę na miejsce, w którym żyłem i chcę przesłać mu światło. Trochę tęczowego poranka. Wzrok, myśl, moje zmysły. Końskie łzy, pianę z grzbietu. Pieniącego się szampana, którym opijam strach i wszystkie doznane porażki (uzbierałem potężną kolekcję, każda z byłych dziewczyn może poświadczyć!), nie nadające się do remontu samochody, późno abortowane dzieci FSM.

Świecę, bo się boję. Bo zżera mnie ambiwalencja: pielęgnować pamięć o kolonii, czy zdusić ją, rozgnieść, potraktować jak niedopałek?

Wypadłem z gniazda, leżę w obielonych ptasimi odchodami pokrzywach. Bolą połamane skrzydła. Zapomniałem, że jestem nielotem, za młodym, by próbować się przeistoczyć. Chyba zostałem pokarany za ucieczkę, jakaś wielka, nie wiem, czy obdarzona intelektem postać-siła, może bezrozumna karma karze mnie za dezercję z okopu. Wokoło huczały działa, trup się ścielił gęsto, towarzysze broni leżeli pokotem, inni - byli niczym muchy na lepie, bzyczący-syczący w konwulsjach, kumple usiłujący wydostać się z pola walki, dezerterzy jak ja, zagazowani dowódcy, spalone tanki, ofizdrzone trupy generałów, ich adiutantów, przestrzeń z wbitą w środek lancą,, piką, kopią, gałęzią świerku, pod którym, według legendy, wypoczywał jeden z królów.

Biegłem w dół, zostawiając za sobą przeszłość. I skarało. Gruba kreska odcina mi teraz głowę.

- Ty durnyj dumaf, szczo eto maliuch? Hje, hje. A to łoszad', na dodatok sztucznaja, na akumuliator - wyśpiewuje Rusek-garbusek. Nie odpowiadam. Ciężki szok. Niedowierzanie. Co jest, do jasnej kur...

"Bajki robotów" Lema? Może moja dopiero planowana powieść science fiction wylazła z czystych kartek, z nowych dokumentów sformatowanych i świruje, kaszani mi w głowie, podłączyła się do świata realnego jak pasożyt, wgryzła się w taśmę filmową i broi? Koń elektryczny - dobre sobie! Może jeszcze okaże się, że w środku siedzi pułk żołnierzy - zbrojnych mężów z mieczami, to Koń kwirewski, daleki kuzyn trojańskiego?

Najprościej byłoby nie dać wiary temu, co się widzi, uznać za wytwór zdragowanej i zdrakowatej wyobraźni, zwalić winę na rozpuszczoną w Belvedere pigułę gwałtu, ale czuję, ze to się dzieje naprawdę, nie mam halucynacji.

Koń Fiakra Apokalipsy, cyborg w kantarze. Cyrk, cuda, cuda ogłaszają!

Wodzę wzrokiem po okolicy. Cholera, musieliśmy sporo ujechać, gniadosz-rakieta pierdolnął w parę godzin ze sto pięćdziesiąt kilometrów, albo i lepiej.

Kompletnie nie poznaję tych terenów! Zimno, mróz jak na Alasce, ale krajobraz iście podzwrotnikowy. Krajobraz ciepłoluby, że się tak wyrażę. Kostaryka, Korfu, Wenezuela jakaś, Sardynia, byłem słaby z gegry, ale nawet dziecko zrozumiałoby, że coś tu nie gra, jakoś mało polski (nie Małopolski!), mało wschodnioeuropejska ta przyroda, kaktus na kaktusie: agawy, pełno agaw, opuncje figowe, mamilarie, karnegie olbrzymie, opuncje drobnokolczaste, echinokaktusy, ferokaktusy, hylocereusy, kolczaste gruszki, całe pola porośnięte jazgrzą Williamsa, łąki pełne rebucji, mamilarii, rosnąca w rowach koryfanta o różowych kwiatach (nie pytajcie, skąd znam te wszystkie nazwy; nie, nie zjadłem encyklopedii, zielarz ze mnie też mniej, niż żaden).

Kolce, sukulenckie, półkoliste głowy. Kolczaste łapy wyciągające się ku nam jakby z niewypowiedzianą prośbą. Kaktusy żebracze, proszące o niepodlewanie, paradoksalnie - powiędłe z nadmiaru wilgoci, albo toczone przez szarą, rdzawą, bądź czerwoną pleśń...

Kto tu tyle nasadził i przede wszystkim - po kiego? Jaki to region? To w ogóle Polska? Piździ jak sto Lucyferów, więc raczej tak, choć równie dobrze panowie Cygano-kacapy mogły mnie wywieźć w głąb Matuszki Rassiji, na Ukrainę, czy Białoruś.

Przezornie trzymam gębę na kłódkę, nie zadaję zbędnych pytań. Samochodowy (sic!) koń człapie powolusieńku, widać - porywaczom nie spieszy się do domu, kryjówki w opuszczonej fabryce, dworku, zamczysku, czy gdzie mnie zamierzają przetrzymywać.

Rozglądam się, czujny jak zając. W istocie mam zajęcze serce, boję się o własne cztery litery. Co będzie? Śmierć? Oby nie w męczarniach. To kanibale, zjedzą mnie, rzucą wieprzom na pożarcie? E, Cyganie są chytrzy, pewnie pójdę na handel... Burdelik gejowski? Obozik pracy przymusowej, gdzie będę tyrał jak wół ze spętanymi nogami, czy sprawdzi się najczarniejszy scenariusz i rozbiorą mnie na organy, części zamienne?

Matka nawet nie będzie wiedziała, gdzie mnie zakopią, postawi grób symboliczny...

Chyba naprawdę nie mam jaj, suczki, które ze mną zrywały miały rację - jestem samokastratem, wyrobiłem w sobie niemęskość, zachowanie Smerfa Ciamajdy, charakter ewoluował w kierunku kompletnej pierdołowatości.

Facet mający cojones powinien wrzeszczeć (serio? Teraz - gdy nikogo w pobliżu nie ma? Kto by ruszył z pomocą - opuncje?), walczyć o wolność, albo przynajmniej obmyślać plan ucieczki, do tego - mieć choćby jeden mięsień, nie trzeba od razu wyglądać jak Hardkorowy Koksu, by móc się nazywać mężczyzną, ale ta moja cherlawość to Wiocha.pl. zapuściłem się we własnym pokoju, tej wylęgarni dziwactw i żałosności. Łączę w sobie wszystkie negatywne cechy, antytestosteronowe spierdoliny.

Bojuch, co robi w majty ze strachu przed własnym cieniem, potulny ludzik z lego. Co włożą w dwupalczaste dłonie - to będzie trzymać do usranej śmierci, gdzie postawią - tam może go zastać Sylwester 2065, nie ruszy się do tego czasu z miejsca. Nie ma własnej woli, charakter - owszem, ale nieżyciowy, wycofany. Żeby był artystą, cechowałoby go radosne, twórcze wariactwo, odklejenie od rzeczywistości, jakie jest właściwe wielkim, albo choć średnim twórcom.

Ale skąd - on i sztuka! Kleci coś, bazgrze, a potem rwie wypociny, kasuje mądrości à rebours.

Kiwam się na wozie, coraz bardziej zdołowany. Rozpamiętuję przykre słowa, jakie wywrzeszczały pizdencje.

Nie! Jestem czysty, niewinny, nigdy nie miałem dziewczyny, nawet za rąsię nie trzymałem przedstawicielki rodzaju niewieściego. Prawiczej ze mnie, to nic, że z odzysku.

Zapuściłem pancerz, ochronny, męski hymen porasta mi ciało. Łapy piekielne, czarcic stułechtaczkowych go nie przemogą! Zagryzę, bebechy wypruję, niech no się która zbliży, nadstawi śluzawicę, by się całować, wywali, zechce skalać ozorem jak u jałowicy.. Żywa do domu nie wróci!

Historia niech lepiej zamknie mordę, milczy, ile się wycierpiałem przez suczki, szony, ile razy zdradzały mnie, kurwięta darmowe. Czy to kara za pozostawienie iriEi?

Kamiennozęby dostrzega, że dygoczę, pyta, czy mi zimno. Potakuję.

- To czoho ny każesz? - okrywa mnie kożuchem. Jestem tak przerażony, że sam bałem się go ruszyć.

Kobyła zaczyna pierdzieć. Chyba nie jest tak do końca cybernetyczna, skoro produkuje gazy, pod jej głową dynda worek, jak sie domyślam - z obrokiem.

Czerwonuch o petrozębach wyciąga zza pazuchy butelczynę, bierze tęgi łyk, podaje drugiemu i, chuchając na mnie zajzajerycznie, aczyna snuć opowieść.

Na początku się przestawia, Romek, jewo familia - Prirodin, nazywajetsia tak, bo od pokoleń kocha przyrodę, ma to we krwi.

Rozgaduje się, nie wiem, na ile szczerze, jakież to dziwne, śmieszne, tragiczne, skomplikowane były losy jego rodu, jak bardzo targały nim wichry historii. Rozpoczyna od zarania dziejów, książąt z dynastii Rurykowiczów, przez wszystkie możliwe wojny Azji i Europy, na których jego praszczurowie walczyli dzielnie, krwi, mięsa, potu i tłuszczu z własnych ciał nie szczędząc, kończy na sobie - osiedleńcu podwłodawskim.

Jeden, Gawriło Zdrawczuk (noszący nazwisko panieńskie matki, gdyż jego ojciec, chwat nad chwaty, Jarema Prirodin - nigdy go nie uznał) tak gestykulował rękami, że zamachnął się najniefortunniej jak tylko możliwe i niechcący wybił oko marszałkowi Kutuzowowi, za co spotkała go okrutna śmierć - rozerwanie końmi, inny - jak mateńku liubliu - zarzekał się "kamieniarz" - był koniuszym samej carycy Katarzyny. Czego to oni we trójkę nie wyprawiali! Aż ogier nie wytrzymał i wyzionął ducha pod władczynią. Przzodek Prirodina - przeżył i w dodatku miał co opowiadać.

- My blaszanogenne, nas nie podołajesz! - bije się w pierś Roman.

- A ten - smatri - Serb! Djordje Wzazić! Pisze się z takimi kreseczkami, Đorđe, ale to nieważne.

- Joho ny spraszywaj, on biez historii. Urodywsia, dorósł, pje - i eta wsio. Nikakich przygód u niewo nie było, można skazaty - prospał żyzń, sześćdziesiat lietimiejet - a nygdy ny rabotaf. Krade szczo nybud', wor jobanyj.

Tia, jasne - myślę - ty jesteś bez winy i możesz pierwszy pierdolnąć w łeb wszystkim worom świata. Nic nie ukradłaś, boś Cygan, a to najuczciwsza i najpracowitsza nacja, co się rozumie samo przez się. Kraść to mogą Łotysze, Benińczycy, Marokańczycy, czy nawet Gwardziści Szwajcarscy z Watykanu, mieszkańcy Wolnej Republiki Liberlandu, kto jak kto, ale Romowie (nawet radziecko-polscy) - przenigdy.

Garbusek nie chce się kłócić z Prirodinem, milczy. Ja też. Elektryczny koń przestał bączyć.

Żeby zabić czas, skierować myśli na inny tor, wymyślam bzdurne tytuły wierszy. Skupiam się na tym. Byleby być dalej od tych typów. Od więzów, fiacika zaklętego w pierdzącą Kasztankę.

 

- "Miłość maluchożerna"

- "Pochwała cerowanej błony"

- "Udawanie millenialsów"

- "Łza wyuzdanej prababuni"

- "A jużci, kapralu!"

- "Wycyckaj, a będzie ci dane"

- "Obciągnąć - tego nie robi się kotu (parafraza najsłynniejszego wiersza noblistki)"

- "Jeśli umieralnia, to tylko taka (żart okołobarańczakowski)"

- "De-nuncjusz, denuncjator apostolski"

- "Kolekcjonerka szkód górniczych"

- "O skutecznym polonu i radu sposobie"

- "Ballada o harcerzu, co wiódł życie żabie"

- "Kobiety są z tlenu, a mężczyźni z masła"

- "Rywanolem, dobrodziejko, cnoty swej nie skleisz"

 

Staram się nie słuchać nawijającego jak nakręcony kamulcozęba. Opuncje figowe kłują mnie w oczy, kiedy tylko na nie spojrzę. Coś jest, na pewno coś czai się w pobliżu.

"Podszytość" - dobre słowo na określenie tego, co właśnie odczuwam.

Ruski Cygan-Polak uprawia sport wysokoprocentowy: skacze w głąb własnego gardła, po czym wychodzi, gramoli się trzymając szyjki flaszkownicy.

Kożuch jest ciepły i nie marznę już przeokrutnie. Poprosiłbym choć o grzdylka, ale ciągle boję się odezwać.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 4 miesiące temu
    Tylko koni żal... i normalności:)
    Wylazła podszytość i wszystko jest możliwe.

    "Facet mający cojones powinien wrzeszczeć (serio? Teraz - gdy nikogo w pobliżu nie ma? Kto by ruszył z pomocą - opuncje?), walczyć o wolność, albo przynajmniej obmyślać plan ucieczki, do tego - mieć choćby jeden mięsień, nie trzeba od razu wyglądać jak Hardkorowy Koksu, by móc się nazywać mężczyzną, ale ta moja cherlawość to Wiocha.pl. zapuściłem się we własnym pokoju, tej wylęgarni dziwactw i żałosności. Łączę w sobie wszystkie negatywne cechy, antytestosteronowe spierdoliny. "

    :) Biedny tomek.
  • Florian Konrad 4 miesiące temu
    oj tam, biedny :) literacki, zmyślony :) za to tytuły "wierszy" mnie samego, autora, rozbawiły :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania