Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Neglerioza rozdział XXIII.

XXIII. Wziewny

 

Rozglądam się. Coraz baczniej, wnikliwiej, wręcz nawijam widziany obraz na gałki oczne (ale metafora!).

Muszę przyznać, że nie poznaję otoczenia. Gdzie oni mnie wywieźli? Do diabła, to chyba nie Polska. Co to za strony? Zjednoczone Emiraty Arabskie, Katar?

Skąd, raczej Ameryka Południowa, Brazylia, czy coś w ten deseń.

Siedzę kompletnie ogłupiały, muszę mieć minę, jakbym był świadkiem lądowania co najmniej kosmitów, albo aniołów, jakby na moich oczach rozgrywała się Apokalipsa.

Jakimże cudem miałbym się znaleźć tyle kilometrów od domu, na tak odległym kontynencie? Porwaliby mnie ci dwaj, kacapiarze, Gruzini, przeszmuglowali w walizce na pokład samolotu? Po co im literaciątko takie jak ja, bez grosza przy duszy? Po kiego czorta ktokolwiek miałby uprowadzać (ile w tym słowie grozy, powagi, brutalności) takiego mnie? Chyba tylko po to, by wyżyć się, wyładować sadystyczne skłonności, potorturować biedulę. Nawet na okup nie mogliby liczyć, skurwysyny kacapskie.

Patrzę coraz intensywniej, jakbym chciał przeczytać obraz, odcyfrować jego sens, tajemne pismo wdrukowane w wewnętrzną warstwę tych opuncji, drzew, piaszczystej drogi; zaciągam się wilgotnym powietrzem, próbuję złapać unoszący się w nim sens, wychwycić motywy działania garbusa i kamiennozębego.

Sprzedadzą/ rozbiorą na organy, jakiś bogaty i stary Brazylijczyk zamówił świeżutkie, polskie płucka, rogówki, nerki (mojej wątroby nie chciałby nawet najbardziej wygłodzony kanibal, dajmy na to paragwajska wersja Arwina Meiwesa).

Coś majaczy pomiędzy drzewami. Miasto - nie miasto z masła, margaryny; półpłynne budynki, agregatorzyska mieszkalne, transformatory o cebulastych kopułach, różowe wieżowce, a raczej wieżowczyki, skarlałe Domy Sowietów, Pałace Rad.

Wyłaniamy się z opuncjowych krzaczorów.

Cudoulice. Wręcz nie chcę wierzyć w to, co widzę. Cu-do-u-li-ce! Klimat nieco steampunkowy, niczym z Ligi niezwykłych dżentelmenów, czy jak w nie najmądrzejszym filmie o Abrahamie Lincolnie - pogromcy wampirów.

Nie, to bardziej szczeniacki dizajn, rodem z Rodziny Addamsów. Czaszeczki, pajęczynki, szkieleciki, cały ten emo-chłam niedojrzały, niedorobiony gimbometal, horrorek dla dzieci, makabreska nie najwyższych lotów.

Miasto przyszłości, ale jakby zbudowane z różowej kaszanki, w dodatku na gruzach prawdziwszego, typowo polskiego, miasta, gdzie człowiek był człowiekiem, a nie świnią w latającym skafandrze, turbowieprzkiem o napędzie atomowym, czy trójpalczastym krawaciarzem lewitującym nad chodnikiem w śmiesznym płaszczyku-piżamie.

Czuję, że to metropolia - pokraczna siostra zimnej, przedstawionej w "Metropolis".

Zaprzęgi, furmanki, karoce zdają się nie kontrastować z pudełkowatymi, bulwowatymi samochodami - teraz dobre - parowymi, tak, autami o wielkich kominach, z których wydobywają się kłęby śnieżnobiałego dymu.

Style różnych epok zlewają się tu dość naturalnie w nawet spójnawą całość, wnikają jeden w drugi. Nie ma kontrastu pomiędzy gazowymi latarniami, lampionami japońskimi, kwadrygami, a robopodobnymi jeździdłami, jakie przetaczają się niespiesznie po brukowanych macewami ulicach.

Wszystko jest z jednej epoki-kolażu, elementy składowe, pozornie do siebie nie przystające tworzą równą, czytelną, choć rozedrganą, pulsującą wewnętrznym chaosem scenerię. Ech, jeju, jakby to trafniej opisać...

Chyba najlepiej to zdefiniuje obraz gejsz-mulatek drobiących, dziubdziających stópeńkami naprzeciwko. Każda z kimoniar ma na sobie wisiory para-indiańskie, pełne piór, koralików, gałęzi, na rękach - ze trzydzieści, jak nie więcej, różnobarwnych, a raczej różnobezbarwnych bransoletek: plastikowe i niemal przezroczyste, turkusowe, kremowe... od nadgarstków, aż po łokcie.

Kimona bez rękawów, co jest dość niespotykane. Do tego: trapery, glany, oczywiście również nie całkiem normalne. Wściekle różowe buciory, prawie że klaunowskie człapaki.

- Jakie to państwo? - spytałbym, gdybym był obdarzony choć jednym jajem, resztkami odwagi cywilnej.

Boję się. Lękam. Obawiam. Drżę. Buzia w ciup, jakby zalana klejem kropelka. Ech, mężczyzna ze mnie, jak z koziej pochwy tunel metra.

Chabeta sunie wolniutko, mam więc trochę czasu na pokontemplowanie otoczenia.

Każda mijana ulica, przecznica, nierządnica utwierdza mnie w przekonaniu, że to nie tyle nie Polska, co nie te czasy, nie ten świat.

Inna planeta, zawieszona pomiędzy gazowymi olbrzymami, a lodowym karłem, planecisko na obrzeżach wstecznego, podrzędnego kosmosiczku, śmietnik, planetarna odwykówka, lub oczyszczalnia ścieków, gdzie trafiają nieczystości z różnistych epok, kontynentów.

Przyznaję, dość surrealistyczne uczucie, tak znaleźć się nagle w (nie najczystszym) oceanie absurdu, zorientować się, że pływa się po szyję we fluorescencyjnych fekaliach. I że znikąd pomocy!

Smutni jacyś ci mieszkańcy, a może raczej pacjenci miasta (sic!), przymusowi przesiedleńcy z choć ciutkę normalniejszych rejonów jakiegokolwiek świata.

Przygaszone oczy bez blasku, jakiegokolwiek życia, nosy zwieszone na kwintę.

Większość przechodnió to koniki-garbuski, człapiące kroczek za kroczkiem, powolutku, powolusieńku, powolusienieczku, jakby bały się iść szybciej, albo były stoczone przez depresję, spleen, weltschmerz. Jakby żarła je wolno postępująca mania samobójcza.

Patataj, patataj, stópkami w sabocikach, glanach, albo trampusiach z cekinami - do pokracznej pracy, dziwacznego przedszkola, albo na studia z mechaniki kwantowo-brokułowej.

Idą mieszać się z przedstawicielami innych epok, zawiązywać tajne stowarzyszenia psychopatów termowizyjnych, zapisywać do klubów kowbojsko-pedofilskich, wieść smętne i nudne życie w kuriozalnych barach, tancbudach.

Nic tu nie jest oczywiste, księża - właśnie minęliśmy dwóch, szli jakby w miłosnym uścisku - noszą różowe i błękitne sutanny, staruszki - szyby, tak - szyby na plecach.

Po kiego? A bo ja wiem?

Wreszcie, po przemierzeniu co najmniej połowy miasta, po przetaczaniu się po dziwoulicach, moi porywacze zatrzymują kobyłkę przed miedzianymi drzwiami. Furtką, bramiskiem, zielonym od grynszpanu.

Prirodin zeskakuje z fury i zaczyna się dobijać, wali wali w kołatkę w kształcie lwiej głowy jak najęty.

Po dobrym kwadransie, zgodnie z bodajże biblijną zasadą "kołaczcie, a będziecie wpuszczeni, walcie w drzwi, dobijajcie się - a może ktoś się zlituje" - podwoje zostają otwarte. Same z siebie, albo przez niewidzialnego strażnika.

Kamiennozęby wskakuje z powrotem na furmankę i krzyczy "wio!".

Wjeżdżamy do wydzielonego sektora, dzielnicy ukrytej, zamkniętej w środku miasta na cztery spusty, para-Narnii, walizkowej dzielnicy.

Szare osiedla, sklepy, prawie-peerelowskie ponuractwo wizualne, beznadzieja, syfilis, brud, odpadający tynk, całe morza, kłębowiska pary, żałość przeokropna, lęk, jęk, deprecha, zagardlenie, próby presuicydialne, rozpacz, mżawka i zgrzytanie zębów, krótko rzecz ujmując: typowe osiedle z wielkiej płyty.

Djordje i Romek każą mi zsiadać, co też - bez ociągania - robię. Jak się słucha pan pisarz, jak bardzo nie chce zaliczyć oklepu!

Klatka schodowa, smętna i odrapana. Pukanie. Otwierają się jedne z drzwi i ukazuje się w nich śmieszniusi, tyciuśki dredziarz, a może raczej udający go błazen. No nie! Co to za quasi-rasta pussy-faggot - że tak przyangielszczyźnię.

Czy występują tu postaci o normalnym wyglądzie, mieszka ktoś nie bajkowo-kuriozalny? Hallo, choć jedna osoba...

To miasto doczepne, doklejone temu światu, bo na pewno nie Polsce, ale właśnie Ziemi, na dodatek w jakimś nietypowym miejscu. Matuszka Błękitna Planeta z kuriozomiastem pod lewym kolanem, na plecach, albo w pachwinie.

Ulice nowotworowe, budynki malformacyjne, sklepy-tłuszczaki. Miejsce, które jest objawem chorobowym.

Miasto zawleczone ze zbioru baśni, przyniesione z wysypiska, ulice kupione na przecenie w ciuchlandzie, nasadzone na siłę przez głowę na biedną Ziemkę. Wbrew jej woli.

Ślepe zaułki, kafeterie, sklepy wędkarskie - zanabyte na wagę, przytargane w biedronkowych reklamówkach, budynki-klocki, wydziwaczone para-Lego rozmiarów normalnych bloków, atrapy o wielkości kamienic, które udają.

Zostałem ledwie przewieziony przez miasteczko paranoi, rzuciłem okiem na kilka ulic, a odnoszę wrażenie, ze znam je od podszewki, piłem w każdym z tutejszych barów, delektowałem się gęstym dymem w palarniach opium, hamburgerami z psycho-McDonaldsów, zdzierałem podeszwy o błyszczące chodniki, na pstrokatych murach tworzyłem monochromatyczne graffiti.

Czuję, że to moje miejsce, melina, squat, psia buda, pałac i pokój hotelowy w jednym, należałem tu od zawsze, koczowałem, choć - paradoksalnie - nigdy mnie tu nie było.

Blokowisko ukryte w hali supermarketowej albo hangarze - dobre, co nie? I żałosne, kuriozalne, nielotne, jak helikoptery bez śmigieł składowane w takich właśnie hangarach, polotniczy, wyeksploatowany złom bez - nomen omen - polotu.

Kto u diaska chciałby mieszkać na osiedlu zbudowanym w hali Biedronki, czy Tesco?

Z drugiej strony: kto by pogardził, dajmy na to, darmowym mieszkaniem? Albo za pół ceny? Co tu się odbywa za eksperyment - sprawdzanie wpływu chowu klatkowego na ludzkie organizmy? No chyba, skoro... no i wykrakałem - kinderdredziarz i porywacze ciągną mnie przez całą długość mieszkania i zamykają w jednym z pokoi.

Jest on klatką, ma szczebliska, twarde i nie do wyłamania.

Głazozęby Prirodin wchodzi za mną, rzuca parę cwaniacko-burackich zdań, że pewnie tobie też, młody, wydawało się, że blok jest zamknięty w hali, czy magazynie, mam się tym nie przejmować - zwyczajna niekompatybilność zmysłów z ichnim powietrzem, idzie przywyknąć, po miesiącu - dwóch nie będą mnie dręczyć omamy, to więcej, niż pewne. I że kobietę tu masz, całkiem do rzeczy, niebrzydziuchna i nawet w miarę kompletna, ma rączki, główkę, nóżki i najważniejsze - to, co pomiędzy nimi, hje, hje.

Patrzę i nie widzę, ledwie dostrzegam cokolwiek w egipskich ciemnościach.

Dość wyraźnie czuję czyjąś obecność. Jak mi się wydaje - żeńską, tak, kształt, forma, ciepło, zapach, fluidy, że się tak niefeministycznie wyrażę - "samicze".

Przestrzeń się rozłazi, rozsprzęga, rozdwaja; mam przed oczami szkiełka, wirujące jak w kalejdoskopie odbryzgi-ogryzki.

Stoję niby-to na podłodze, a czuję sztorm, cwał, huragan pod stopami, pienią się, rozmiękczone deski, buzują legary ze szkła ołowiowego. Usuwa mi się ten niegrunt pod nogami i lecę wprost w czyjeś ramiona, objęcia. W kogoś.

Zza zamkniętych drzwi dobiega głos Wrazicia, krzyczy, bym się czegoś trzymał, jestem nowy w mieście i muszę przywyknąć do specyficznej atmosfery, zaklimatyzować się; przez pewien okres czasu mogę odczuwać coś na kształt choroby morskiej, dygotać niczym w febrze, dostać ataków wizualnej epilepsji, padaczki składniowej (sic!) i nie odbierać właściwych obrazów, nie układać ich w głowie tak, by tworzyły spójną i choć ciutkę sensowną całość.

To co widzę - rozrzucam po mózgu gdzie popadnie: miasto mego uwięzienia, mieścina-loch jawi się jako kompletna paranoja; ciężki i narkotyczny sen schizofrenika, koszmaria. Męczarnia.

Nomen omen niezborność: nie zbieram pod czaszkę kompletnych pejzaży z realnego świata, łapię jak leci, na łapu-capu, chybił-trafił, ledwie fragmenty. Przetwarzają się w głowie, mutują pod wpływem... yyy... oparów absurdu?

Szkło się rozjeżdża na boki, po czym scala w często przypadkowych miejscach. Widzę odbryzgi przestrzeni, ułomki, ułamki, można by rzec, że... nie widzę nic. Odurzyli i oślepili mnie, cholerni bandyci!

Osiedle zamknięte w walizce na klucz - też mi, kurwa, pomysł! - pukam się w duchu w rozgorączkowaną głowę. Djordje i Prirodin... akurat nie zdziwiłbym się, gdyby to była jedna wielka halucynacja, a moje przemarznięte, domarzajace zwłoki leżały pod dworcową ławką, czy w krzakach...

Może jest zima, a ja się kończę, nie uratują mnie na czas streetworkerzy, policjanci, czy SOKiści (no, zagalopowałem się, ci ostatni są tylko od bicia kloszardów, nieogolonych podróżnych i innych wykolejeńców, kocówkiści pieprzeni!), zostanę znaleziony w stanie daleko posuniętego rozkładu, zeszkielecony, albo i w ogóle, wsiąknę w ziemie, którąkolwiek, na jakiejś muszę przecież egzystować, wieść pasożytnicze życie, jeszcze wczoraj byłem gościem, mieszkańcem, użytkownikiem, turystą zwiedzającym całkiem normalny i logiczny świat, paskudny miejscami, dobry, zły i brzydki, ale (w miarę) racjonalny. A to? Gdzie jes...

Porywacze krzyczą, że idealnie do siebie pasujemy. Znaczy: ja i dziewczyna. Że lepiej nie mogli nas dobrać: nawet oboje nazywamy się koślawo, ona - Margda, ja - wiadomo - "Potrzelb bez s". I że nasze dziecko będzie równie pojebane, co jego starzy.

Prawie parskam śmiechem. Już, zabieram się do roboty, wyciągam kutasa i grzecznie spełniam wasze zachcianki, pieprzeni...

ONA głośno oddycha. Jestem zbyt skrępowany, by odezwać się choć słowem. Demęskość, zniewieścienie, wciągnięcie klejnotów do wnętrza podbrzusza. Boję się tak bardzo, że nie mam płci. Nie ważę się.

Laska może się okazać istną Lilith, psycholką jak tamci - i skończę wypatroszony, z wyjedzonymi wnętrznościami, nadziany na półmetrowe pazurzyska, przebity nimi na wylot.

Dziewczyna fantasmagoryczna z gwoździem, malformacją w personaliach, o skażonym imieniu...

Jesteś? Żyjesz? Nie rzucisz się z zębami?

- Y-chyyy-y-chyyy - sapią miechy płucne, podróbki skórzanych toreb.

Pocę się. Uczucie dyskomfortu to mało powiedziane. Jak wygląda ta charcząca... charczyca?

...tu powinienem przerwać narrację, okazałem się tak bezwolny i pierdołowaty, że spaliłem się ze wstydu. Normalny, kuźwa, samozapłon.

Historia toczy się dalej, opowieść biegnie swoim rytmem. A mnie zżera wstyd, hańba, sromota. Dwóch facecików, ani trochę nie groźnych, kuriozalnych wręcz, jakieś pomioty kacapskie wwiozły mnie wgłąb książki; a ja, jak ten manekin, kurewska kukła, nie potrafiłem im się przeciwstawić, uciec, podjąć próby oswobodzenia się.

Nie, po co, lepiej dać się wozić na furmance jak worek kartofli, zamykać w ciemnicy z nie wiadomo kim...

...chcę zapuścić kły-obojczyki, wytworzyć tuż pod szyją zębiska i, ze wstydu i poczucia porażki, odgryźć sobie głowę; kłapnąć raz, a dobrze i zdekapitować się vis-a-vis nieznajomej... jak on mówił? Margdaleny. Margdzi, o ile takie gówniane imię w ogóle można zdrobnić. Może nie da się, nadprogramowa litera staje w gardle jak ość?

Wbiegają do pokoju-klatki, we trzech. Muszkieterowie w służbie Margdy. Krzyczą, że mam się za nią brać, no co - nie pamiętam, jak to się robi? A może mi odpadł, usechł, odgnił z nieużywania? I bym nie zgrywał człowieka, bo wszyscy wiedzą, kim jestem: połówką. Refleksem. Częścią składową przyszłej istoty.

Zostaję popchnięty na kraty. Wrzeszczą, sadyści, żebym z nimi nie pogrywał, ściągnęli mnie, bym się brał do roboty - a mi chce się śmiać; to, co się wyprawia jako żywo przypomina jedną ze scen z Planety małp.

I tu się rodzi pytanie: za kogo mnie mają? Jak wyglądam w ich oczach - na szympansa, makaka?

Strużka światła, wilgotna i trącąca stęchlizną, w której widzę dziewczynę. Patrzy na mnie, kompletnie zrezygnowana, trzyma w dłoni pończochę, czy inny farfocel.

Sprawia wrażenie ofiary gwałtu zbiorowego, więzionej przez bandę zwyrodnialców w piwnicy pustostanu storturowanki, która nie jadła od tygodni; oswobodzonej właśnie więźniarki obozu koncentracyjnego, zagłodzonego niemal na śmierć afrykańskiego dziecka, któremu skóra zbielała z niewysłowionego głodu, małej Somalijki nie pamiętającej już, czym jest jedzenie, do czego służy i którą stroną się je przyjmuje: od góry, dołu, czy tez może wystarczy tylko inhalować, albo wcierać w twarz.

Kuli się, zdziczała kotka, może zaraz będzie syczeć, albo rzuci się na ruskich gnoi z pazurami?

Wleką mnie. Momentalnie robi się nieśmiesznie. Jeszcze bardziej żenująco.

Wreszcie zdobywam się na odwagę, pytam całkiem przymilnym (ale bez przesady, żadne tam klęcznikowanie, wchodzenie im od drugiej, ciemniejszej strony) tonem, czemu to robią, z jakiej racji wypadło akurat na nas, do jasnej ciasnej? I że to (standardowa gadka w takich sytuacjach? Nie wiem, pierwszy raz jestem porwany) musi być pomyłka, na pewno ktoś podobny do mnie zrobił wam świństwo, pawriedił, że teraz się mścicie, ale trochę pod zły adres trafiliście z tą vendettą.

Laska w dezabilu - milczy jak zaklęta. W żabę. Pućki pod brodą, chyba ślinianki, wzdymają jej się, to znowu opadają. Pulsuje jakoś tak ropuszo i mam wrażenie, że zaraz się rozkumka, zamiast wołania o pomoc (może za bardzo się boi?) usłyszę takie pocieszne, niskie "łebep, rebep".

Białodredowy - jak się okazuje - ma wyjątkowo donośny głos. Wrzeszczy na nas, karypel, jak- nie przymierzając - strażnik w obozie pracy, czy nadzorca niewolników. Że gówno mamy do gadania, jesteśmy tylko nosicielami, wydaje nam się, że możemy stroić fochy, jakieś dąsy, mieć fumy, odpierdalać fanaberie; nie jesteśmy właścicielami genów, debile z nas, nosimy jedynie w sobie to-to.

Ja pierdolę - sekta apokaliptyczna, mesjańska! Złożą w ofierze, rozedrą nas na strzępy, a potem zjedzą zapijając krwią baranka, czy jakie tam święte zwierzę występuje u tych pokurwów...

Dziewczyna milczy, potulnie daje się związać (więc ma coś ws obie z bezwolnego zwierzaka?). Ja - gryzę. Płaczę. Ja wyję. Mi się gardłuje, wyzywa oprawców.

Jeden plaskacz, na odlew. Drugi. I następne, do kolekcji.

Rozdarte ubranie. Po plecach przejeżdża mi coś, jakby kolczasty wałek do ciasta. Z gumowymi wypustkami. Wałek erotyczny do przyjemnych tortur, rozgniatania człowieka z masy solnej.

Serb i Rusek trzymają, mały rastaman przyciska mnie do krat. Boli, jakże by inaczej, ale daje się znieść.

Za późno orientuję się, co się naprawdę dzieje. Gdy lekko odwracam głowę z więcej niż przerażeniem. grozą, bardziej, niż zszokowany stwierdzam, że ma pół pleców obdartych ze skóry. I z mięśni, z kości. W szerszym kontekście: z poczucia własnej wartości.

Może nawet z... nie, tego nie sposób człowiekowi odebrać.

Zagłębiają się, aż do płuc, igieł, brzytew. Aż na drugi brzeg. Wywlekają tajemnice, poukrywane brudy: dzieciaki prześladujące mnie w podstawówce, nieudane, tworzone w paincie "grafiki" komputerowe, rysunki kisnące na twardym dysku starego komputera, instrumentacje, konstytucje, brutalizm, goły beton, lwy szkicowane świecówkami, tusz płynący we wszystkim, czym nie jestem, a może chciałem być, w każdym chciejstwie, wreszcie: kompletne szaleństwa, nagrywanie muzyki przy pomocy wodorostów.

Widzą, oprawcy, mnie zdegenerowanego. Zredukowanego do trzech miejsc po przecinku. Mnie beze mnie.

Oczywiście nie litują się, ruskurwysyny. Gdzie tam! Rozzuchwala ich moje żałosne położenie, bezradność.

Wydzierają wspomnienia, wyfiokowane i pretensjonalne byłe kobiety, jakby przeniesione z obrazów Tamary Łempickiej, baby wielkookie i egzaltowane, o panie moje, eks-orędowniczki moje, teraz - uważane za najgorsze wywłoki, kurwidła nie warte jednej ciepłej myśli...

Wydłubują ze mnie niemożliwe pejzaże, przeczące prawom fizyki, chemii, informatyki, krajobrazy z kości, sera, szminki, psich odchodów, szare atawizmy.

I... mieliście rację - chcę wykrzyczeć, ale nie mam już gardła, zamiast niego - sterczy gumowy wąż.

Nie dokończyłem ostatnich stu powieści, ba - nie zacząłem ani jednej, marnotrawiłem czas na pornosy, masturbację, memy, oglądanie galerii równie poronionych jak ja fragmentARTYSTÓW.

Lecz teraz to robię, oświecenie, jakiego doznałem sprawia, że w jednej chwili kończę nawet niezaczęte dzieła. Twory.

Domyślam puenty, dopowiadam ostatnie rozdziały. Zawsze okazuje się, że to lokaj zabił.

Gonitwa myśli, wszczepienne,w masowane ADHD sprawia, że choć trzyma mnie dwóch chłopa, a trzeci kroi i w rany wkłada mięso dziewczyny z nadprogramowym r w imieniu - mogę wszystko!

No, prawie, jednak nie zbuduję perpetuum mobile - ni, chyba, ze samorozdrapujacą się i samopaskudzącą się ranę, wrzód nie do zagojenia...

To nieprawda, że umiem umiem tylko dekonstruować, kazić, plątać nici, być jak dziegieć w oceanie miodu (spadziowego, świeżo wydalonego przez mszyce). Mogę uczepić u szyi tabliczkę z szumnym i zaczepnym napisem "Nadaję się!", a potem chodzić tak po miastach i wiosczynach, po morzach i oceanach, liczyć tych, którzy daliby się sprowokować, zażądaliby ode mnie kwalifikacji, skoro taki jestem chojrak i zdolniacha, do tańca i do różańca, że można by mnie wystrzelić w kosmos i wyżyję, spadnę tego samego dnia przed południem, w dodatku pamięć komórki będę mieć zapełnioną zdjęciami odległych gwiazdozbiorów.

A tak, kurwa - nadaję się! - podnosi mi się ciśnienie. Samoocena.

Fiut też, ale jakoś tak na bok, jakby ze wstydem.

Przyjmuję kobietę, jej mięso. Więc niejako sam jestem kobietą, tak - daję w siebie włożyć. Wepchnąć właściwie, bo to w końcu gwałt.

Wepchnąć, ale i ... poczęstować, pozwalam zaprosić się do stolika na pogawędkę, próbuje specjałów. Wącham, ostrożnie biorę pierwszy kęs.

Wyborne? E, lekko przypalone, cuchnie dymem i jakby jałowcem - nie jałowcem. Zdecydowanie przewędzone, ale zjadliwe, nie powoduje cofki.

Drapie, przyznaję,w gardle i pod żebrami, ale co zrobić? Jak się nie ma...

Mogę (prawie!) wszystko! - spuszczam powoli z tonu.. Coraz bardziej tracę rezon. Przed momentem czułem się jak zawodnik MMA w klatce, grubokarki byk który wie, ze zwycięży dużo słabszego przeciwnika.

Teraz... kobieta to woda, żywioł rozmycia się. Jestem, jakkolwiek śmiesznie to zabrzmi, wypłukiwany z własnego organizmu.

Nie wiem, czy chcę wrócić.

Średnia ocena: 2.3  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 2 miesiące temu
    "Gonitwa myśli, wszczepienne,w masowane ADHD sprawia, że choć trzyma mnie dwóch chłopa, a trzeci kroi i w rany wkłada mięso dziewczyny z nadprogramowym r w imieniu - mogę wszystko! "

    Fakt, możesz wszystko ze słowem zrobić. Ale pomysł!
    Połączenie dotąd oddzielnie płynących wątków, scena w klatce - przewrotna ze względu na odbudowę poczucia wartości narratora:)

    Trzy ostatnie zdania - mistrzostwo!
    Chciałabym przeczytać realistyczną (w sensie elementów świata przedstawionego) historię miłości napisaną przez Ciebie. Taką na poważnie.
  • Florian Konrad 2 miesiące temu
    są, w moich wcześniejszych powieściach :))))))))))

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania