Neglerioza rozdział XXVIII.

XXVIII. Kwirewczyk - znaczy diabeł

 

Było sobie wyobcowanie, takie dziwne żyjątko z ektoplazmy. W zasadzie nie miało cech poza jedną: przelewaniem się, brakiem kształtu. Nawet bezbarwne nie było, bo i po co, i tak nie było nikogo w pobliżu, kto mógłby na nie patrzeć i go nie widzieć, poza tym za dożo z tym zachodu, tak wiecznie przepuszczać światło.

Możecie wierzyć, lub nie, ale nasz tworek miał, co nie często zdarza się u istot jego gatunku, personalia. Co więcej - wymawialne, nie przypadkowe zbitki nosowo-gardłowych głosek, charczenia, pohukiwań.

On po prostu nazywał się. Do tego - całkiem po ludzku: Tomasz Wojciechowski.

Ale to imię i nazwisko nie stanowiło cechy wyobcowanka, istniało niejako niezależnie, czy może wręcz na przekór, POMIMO niego.

Było jak mieszkający nieopodal, znienawidzony sąsiad-meliniarz, który dzień w dzień imprezuje do białego rana ze stadem równie zżulałych żuli, albo niczym garb-głośniczek, który wyrósł nie wiadomo kiedy wyrósł na plecach, nie daje się amputować i gada donośnym barytonem kompletne brednie, głosi teorie spiskowe.

Gdy jest się wyobcowankiem - nie wypada się nazywać, to dobre dla światowców, obieżyglobów, wiochtrotterów.

Stosowniej jest milczeć o sobie, wędzić się jałowcowym dymem, palić w sobie krzaki najprzeróżniejsze, owoce mamilarii, kolce echinokaktusów.

Tomek nie jest outsiderem, ma braci i siostry w wierze, zaprzysięgłych wrogów, z którymi potrafi się wykłócać do zęba, często o pietruszkę, wyzywać od najgorszych. Aż do spuchnięcia klawiatury.

Tomuś miał miłość życia, ale nienawidził jej. W Łukaszu wszystko było nie takie: wzrost, tembr głosu, woń potu, waga, zwłaszcza waga.

Znienawidził więc ukochanego, wziął korektor i skisło białą, farbą koloru ecru, wymazał ze swojego życia.

Tomek nie jest gejem, o nie! Świadczy o tym jego tekstura, smak, niewypłowiały lakier, równe, gładkie szczeliny między drzwiami, a błotnikami, choineczka wunder baum wisząca na szyi zamiast pedalskiego krzyżyka, halogenowe tęczówki.

Tomek ukrywa, że ma niski przebieg, jest tak leniwy, że ostatnio nie rusza się sprzed komputera dalej, jak po zakupy.

Tomasz, bo czasem trzeba powiedzieć o nim tak oficjalnie, urzędowo, kolekcjonuje, choć w zasadzie nie chce. Samo mu się zbiera, graty pączkują w stodole, mnożą się jak blaszane, potworkowate króliki.

Do edkowego strucla nie dalej, jak wczoraj dołączył drugi, kupiony na części we Florgustynówce, mały fiat. Udało się pustelnikowi literackiemu - jak kiedyś o sobie pomyślał na haju i czego do tej pory się wstydzi - zbić cenę do nędznych trzystu złotych, a co to jest za relikt PRL, to nic, że z 1998 roku, na fali resentymentów teraz każdy maluch jest z PRL; trzy stówy za czterokołowego świadka historii, dziecko słusznie minionej epoki, można nawet rzec - prawie wóz esbecki, radiowóz pomilicyjny, prawie nyskę-sukę, okratowaną, zroszoną krwią ze złamanych nosów opozycjonistów - to jak za darmo!

W co drugim przecież fiaciku pod siedzeniami szmuglowano do kraju paryską Kulturę, przewożono powielacze, drukarki, bibułę, pliki spiętych gumką recepturką ulotek antysystemowych. W niemal każdym są skrytki, w których w czasie Stanu wojennego ukrywali się co tchórzliwsi opozycjoniści, solidaruchy o zajęczych sercach.

Wprost trudno uwierzyć, że znalazł się naiwniak chcący wyzbyć się dobra narodowego, skarbu nacji, za marne trzy stówy! I co z tego, że bez przeglądu, nie na chodzie, ostatni raz był odpalany sześć i pół roku temu? Zabytek to zabytek, nawet i lepiej, że przestał w szopie, pod dachem, niż miałby być narażony na działanie deszczu, czy - o zgrozo - gradu. O pamiątki trzeba dbać bardziej, niż o własne zdrowie, musowo chronić historię przed rdzą, grzybem. Ku pamięci, dla potomnych. Czyli - po nic.

Tomka boli. Z dnia na dzień - coraz bardziej, gorące, beżowe iskierki promieniują od łokci w kierunku żeber.

Poranki są trudne, nim Tomuś zwlecze się z łoża boleści, leży bez ruchu trzy, a bywa, że i cztery godziny. Budzi się i, starając się oddychać jak najpłyciej, by nie pogarszać sytuacji, nie rozdrażniać endoczorta, wsłuchuje się w swój ból, liczy gryzące go kły, tnące mięśnie ostrza, szatkujące harpuny.

Ciach! - i przez mięso sunie tłuste, gorące. Powoduje paraliż, obezwładnia, brudny kaftan bezpieczeństwa o łańcuchach zamiast pasów. Żelazna, niewidzialna dziewica przytula się kolcami, powoduje niewysłowiony ból przy próbie zmiany pozycji. Kaleczy skaleczenia, karze za każdy ruch. Drażni ropiejące mięso.

Do Tomeczka zaczyna docierać, że gra nie była warta świeczki, że powikłania mogą skutkować kalectwem, jakimś nieodwracalnym syfem typu właśnie syf, zakażenie, parch, trąd, gangrena i amputacja; że chęć zdobycia legendy legend - autentycznego malucha niemal bez przebiegu, nie pucowanej padliny, ale najbielszego z kruczysk, może skończyć się w szpitalu, na sali operacyjnej, gdzie małodobry kat-chirurg nie będzie się litować nad przyszłym laureatem nagród i , coby powstrzymać martwicę, upierdoli obie łapy przy samych pośladach, albo lepiej - odetnie mu korpus, doszyje - jak się okazuje - kompletnie bezmózgi - łeb do stóp i biedny marzyciel-kolekcjoner opuści lecznicę w dość żałosnej postaci - jako głowonóg.

Gaza jest ciężka i pływasz w niej. A ona w tobie, dostraja się do rozprutych żył, zasysa ją puls i wciąga w głąb obolałego ciała.

Jesteście w sobie nawzajem - człekokształtny kompres wewnątrz ustroju "nosiciela" i pan poeta-autoagresor założony przez żywy, cuchnący maściami, nasiąknięty krwią, limfą, jodyną, kamforą i syropkami na kaszel, kompres.

Wygląda to kuriozalnie, jakby "płaszcz" wyświadczał ci przysługę, że daje się ponosić, z wielką łachą pozwolił się założyć, nie wierzgał, nie szarpał się. I oczekuje teraz wdzięczności, szmata jedna.

Orientujesz się, biedulo, że pijus Stacho jest sto razy większym psychopatą, niż jego brat, Stefan; obaj są ciężkimi świrami bez serc, bez grama empatii. Cyniczne z nich, sadystyczne bestie, które nie wiedzą, co to człowieczeństwo. I że dałeś się zrobić w bambuko takim właśnie psycholom, tępemu żulowi i chciwcowi-socjopacie, poniosła cię durno ułańska, szczeniacka fantazja-przekora i powinieneś się modlić, choć nie masz do kogo, by wszystko skończyło się jedynie na bólu, pieczeniu, biegnącej wzdłuż i w poprzek, bliźnie.

Zrobiłeś to, chujcu! Na zasadzie"na złość mamie odmrożę sobie uszy" (można jeszcze dodać "i upierdolę żyletką jajca").

Sznyt cesarsko-królewski, od czubka głowy, przez całe ciało, po palec u nogi! I, omijając żyły, od dłoni, przez przedramiona, wszerz klatki piersiowej! Dla obsranej blachy, która nie przypomina już nawet malucha, wyciąłeś sobie na ciele krzyż! Ty - w dodatki zdeklarowany ateista, odpierdoliłeś quasi-więzienną manianę... - załamuje ręce narrator.

A przecież brzydzisz się kryminałem, dresiarzami, nawet uliczny rap ci nie podchodzi. bo jesteś za miękki, za bardzo pan literat z ciebie.

Pochlastałeś się dla złomu, dałeś pożreć wariackiej idee fixe. Najdosłowniej: przekreśliłeś się.

Prześcieradło i koc są mokre od specyfików, jakimi się smarujesz. W powietrzu można powiesić już nie poczciwą siekierę, ale halabardę. Ciężka, duszna, PALNA atmosfera. Klimat wyczekiwania.

Za ścianą gra telewizor. Matka ogląda Koło fortuny. Gdyby akurat powtarzali Graczyków - pewnie poczłapałbyś, jak niedoschnięta, przeciekająca mumia, i rozbił kineskop. Tak błaha rzecz, a wpieniłbyś się, dostał amoku, białej gorączki. Margda w tobie żyje, nie zatraciła samoświadomości. Nie pożarłeś jej.

Omne trinum perfectum - jesteś sobą, kobietą, dzieckiem. Doskonałą układanką nie przedstawiającą jakiegokolwiek obrazka, tak pięknie bezcelową podróżą, ucieczką od wszystkiego, co mądre, racjonalne. Wierszem bez puenty o pierwszej zwrotki, spoilerem nienakręconego filmu. Idealnym świrem.

Nawet Stacho, kloszard koczujący w garażu, śpiący pomiędzy rowerami, zniszczony przez ukochaną wódę, wyśmiał cię. Uwierz - nie chciałbyś wiedzieć, co myślał patrząc, jak dla osranego przez gołębie, blaszano-błotnistego grzyba, góry guano, z taką zapamiętałością, jakbyś nie czuł bólu, tniesz się, szlachtujesz.

Regina ze Stefanem również byli w niezłym szoku, ona nawet chciała dzwonić po karetkę, sanitariuszy...

Żałujesz, wiem to. Zawziętość okazała się zdradliwa, przefajnowałeś, nie zajarzyłeś w porę, że to był tylko żart, okrutny co prawda, bezczelny i zwyczajnie bezrozumny, ale jednak żart i Stacho, gdybyś drugi raz poprosił, opchnąłby ci pozostałości nieużywanego fiata za kratę piwa.

Poszedłeś na żywioł, na całość, diabeł (mam coraz większą pewność, że jest nim duch Edka Zawielity) podszepnął ci jak najgorzej i wybrałeś bramkę, w której był Zonk: pluszowa, żywa czarna pantera. Nim zdążyłeś zareagować, w ogóle zatrybić, że jest fatalnie - leżałeś z przegryzionym gardłem u stóp prowadzącego głupi teleturniej.

W najmniejszym stopniu nie znasz się na ludziach, kompletnie nie łapiesz ironii. Wszystko, choćby było wypowiedziane z półuśmieszkiem, bierzesz na poważnie. Takiś madro-głupi, bezkrytycznie naiwny.

Chlaszczesz się żyletką,. prymusie - kolego ze szkolnej ławy Izabeli Łęckiej, gogusiu w sweterku w serek, rozpaczliwie chcąc udowodnić, że jesteś rodzaju męskiego, podczas określania płci nie zaszła pomyłka, twojej matki nie badał ślepy ginekolog, ciąży nie prowadził inny - z zaawansowaną demencją, porodu nie odbierał krypto-wojownik dżenderyzmu, głęboko zakonspirowany żołnierz LGBTQ, który wszystkim nowo narodzonym dzieciom wpisywał płeć przeciwną do biologicznej w nadziei zrobienia z nich przyszłych transseksualistów, albo choć transwestytów.

Jesteś Plastusiem-bis, Tomku, więc kroisz się, bez nieczulenia, aby - mimo łezek w oczach, łezek jak grochy - pokazać, ze to marmurmodelina, twardy surowiec, półskała. Że możesz się posiekać w kosteczkę i usmażyć z cebulką. Że zamiast krwinek masz pineski, w miejscu serca - siekierę-pięściak opleciony stalową linką.

Robisz dobrą minę do złej gry, Ramzesie XVII, udajesz, że twoja twarz jest sucha jak pieprz, zastygła w surowym grymasie. Chcesz być męski, obojętny, wywyższać się i jednocześnie być ponad doczesnostki.

A tu - krwawy, nasiąknięty terpentynianami sodowymi, kwacz robi za zbroję, pancerz oddzielający porżnięte ciało od reszty świata. Masz kisnąć pod ligniną, okładziną z mokrych ręczników kuchennych, chusteczek higienicznych i kłaków przesyconej jodyną, brązowej wiskozy.

Matce powoli przechodzi złość, przestaje naprzemian lamentować, to rzucać jobami, że ma syna, co z rozumu zszedł, zostawił go w książkach, czytał za dużo, całe noce, wieczory spędzał jak pustelnik, aż odlekturzył mózg, szaleju dostał, przecież nikt normalny tak się nie zachowuje, kolejnego śmiecia przywlókł, obesrany przez ptaki, obrobiony z góry na dół, chyba na zbytki Ignaty mu sprzedali, choć na wsi gadają, że za darmo wziął, za samo pocięcie się... Całą kabinę władimirca krwią zabryzgał, rzeźnia normalnie, jakby kogo tam zaszlachtowali, patrzeć nie idzie... Ja wiedziała, że oni obaj meszygiene są, durnowate i bezsowysny, ale nie, że do tego stopnia... podmówili Tomka, żeb się pociął - to dadzą mu wrak... A moje duryło pewnie się rechotało ze szczęścia... Poetą, pisarzem chce być, a daje się wykorzystywać byle komu, łajzom, chorym psychicznie...

Tak jojczała, jak przyciągnąłeś - bądź co bądź prawie nieużywany - samochód (Stacho wywiązał się z umowy, choć wariat i pozwolił odholować spadek po "Fiedoryku").

Gdy przyjechałeś, byłeś jednym z biczowników, który miał dość odgrywania męki Pańskiej, chłostania się, wsiadł do traktora-staruszka i spierdolił z Filipin - aż tu, do Kwirewki, gdzie, jak ma nadzieję, nikt nie będzie mu kazał udawać Jezusa i jego oprawców w jednej osobie.

Przyjechało, zdjęte z krzyża krzyżęcio, niebożęcio z rozharatanymi rękoma, brzuchem i torsem. Nie pozwoliło - pewnie w imię pełnego, głębokiego umartwienia grzesznego ciała - wezwać karetki, okleiło się nasze małe stygmatyczątko, ojczulcio Pio, czym tylko się dało, od ligniny po parę razy prane, używane bandaże, okutało się co czystszymi ścierkami (brakowało jeszcze, by się słomą ogacił, chochoł cholerny, bezrozumny!) i kuruje się. Gnije-goi.

Miał leżeć, obiecywał, że będzie uważać, nie zabrudzi cesarskiego sznita - a za cztery dni - co zrobił? Ciągnikiem, całym w zakrzepłej krwi, wymknął się i do Florgustynówki pojechał. Obsesja jakaś go ogarnęła, razem z Markiem Adamiukiem przyciągnęli kolejnego malucha... I co, że niby tylko trzysta złotych kosztował, jak do niczego nie zdatny. Mógł nawet i złotówkę - takie samo barachło...

Przesilił się tą jazdą,s trupy popękały, tylko co zasklepione, krew znowu wystąpiła... I stoi, już trzeci maluch... - załamywała ręce pani Wojciechowska.

A ty masz plan. Znaczy raczej to on cię ma, wziął we władanie fiś nad fisie, hiperszmergiel rodem z Bielska Białej. Ciągnie za sobą na stalowej lince. Na szubienicę?

Czort cię wie... Ty wariat jesteś, utajony rottweiler. Kaganiec ci się utlenia, rozpuszcza w śmierdzących bandażach, śmierdzącym powietrzu wokół skisłych okładów na mordzie.

Już toczy się piana. Już warczy ci się. Tylko sam jeszcze nie słyszysz, bydlaku. Bestio. Dziecko. Czubie zamknięty w śpiewającej fridge, która ma taką luzacką, lifestylową nazwę, że wręcz rzyga ciepłem, promienistymi drinkami, jest niczym klub, kabina solarium, burdelik dla klientów płci obojga, mieszczący się na plebanii, wyjście od podwórza, pukać trzy razy - dzwonek zepsuty; hasło "neodym".

Ugotuj się pod bandażami, albo w fiatowskiej fridge. Matka się ucieszy - tyle problemów z głowy...

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 4 miesiące temu
    "Nawet bezbarwne nie było, bo i po co, i tak nie było nikogo w pobliżu, kto mógłby na nie patrzeć i go nie widzieć, poza tym za dożo z tym zachodu, tak wiecznie przepuszczać światło. (...) Omne trinum perfectum - jesteś sobą, kobietą, dzieckiem. Doskonałą układanką nie przedstawiającą jakiegokolwiek obrazka, tak pięknie bezcelową podróżą, ucieczką od wszystkiego, co mądre, racjonalne. Wierszem bez puenty o pierwszej zwrotki, spoilerem nienakręconego filmu. Idealnym świrem. (...) Czubie zamknięty w śpiewającej fridge, która ma taką luzacką, lifestylową nazwę, że wręcz rzyga ciepłem, promienistymi drinkami, jest niczym klub, kabina solarium, burdelik dla klientów płci obojga, mieszczący się na plebanii, wyjście od podwórza, pukać trzy razy - dzwonek zepsuty; hasło "neodym".

    Znakomite.
    Psychodela mózgu bohatera na zimno, racjonalność w metaforze. Czasami myślę, że to co piszesz, to próba specyficznej jego medytacji, odcięcia się od ego, desperackie poszukiwanie ucieczki od ja.
  • Florian Konrad 4 miesiące temu
    dziękuję za komentarz. kocham te moje filozofiady, te ropuszczenia języka, pióra :D

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania