Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Neglerioza rozdział XXIX.

XXIX. Słownik w gipsie

 

Jedynym czarnym charakterem tej bajki, legendy heroidiotycznej, opowiastki z nurtu mitologii pijackich, dehagiograficznego bzduropowiadania, jest Łukasz. Tylko i wyłącznie on. Nikt w promieniu kartki (metafora się trafiła, przyznacie - rektalna, z dupy) nie mieści w sobie tyle złej energii, nie roztacza wokół tak negatywnej aury: ani bracia Ignata, Margda, którą pożarłem, strawiłem całym ciałem, ogólnoustrojowo, i która odbija mi się w żyłach, krzyczy w mięśniach; kobieta, którą czuję w kościach; ani nawet - w co ciężko uwierzyć - Dorota "Żmija". Ani żaden Rehandianin, zresztą - zapomniałem już, czym są owe stwory.

Ani Romuś Prirodin, który zamiast mieć, jak normalni ludzie, kamień na zębach, miał zęby z kamienia, ani matka, moje byłe (może zmyślone) dziewczyny, merkantylne suczki chcące jedynie strzelić człowieka na kasę, wyssać z pieniędzy - i tylko z nich.

Ani małomówny garbus Djordje Wrazić, ani nowy proboszcz mający zastąpić odchodzącego do domu księży emerytów Mełgiewskiego, ani żadna z osób, z którą kiedykolwiek rozmawiałem na czacie. Którą zdarzyło mi się strollować (wiem - szczeniacki sposób spędzania czasu, odgryzanie łbów hydrze nudy, niegodne literata z krwi, śliny, jadu, skurwopoety, za jakiego się uważam) bez powodu zmieszać z błotem, albo złośliwie, kłamliwie pochwalić.

Swoją drogą - co mógł odpierdolić Mełgiewski, że zostaje - jak się domyślam - karnie - zniesiony z probostwa, usunięty z parafii? Emerytura to oczywista ściema, zasłona dymna, facet jest w sile wieku i daleko mu do zgrzybiałego starca, do osiągnięcia przewidzianego prawem kanonicznym wieku emerytalnego - 65,75 (nie chce mi się googlać) lat. Pedofilia? Defraudacje? Czego - na tym zadupiu? Co mógłby opchnąć na lewo - przeżarty przez korniki ołtarz florgustynowskiego kościoła? Bez jaj.

Może konflikt ze zwierzchnikami, sprzeczka z biskupem, niewybaczalna w silnie schierarchizowanej organizacji zbrodnia posiadania odrębnego zdania.

Łukasz Leoniuk, Jabba z Dadźborowa, dźwigacz stuczterdziestoośmikilowego kałduna, przy tym, żeby było śmieszniej - dumny właściciel przechodzonego daewoo tico, które kupił chyba sobie samemu na złość i którym z uporem maniaka codziennie starał się dojeżdżać do pracy w Kojpaszu, klaustrofobicznie ciasne toczydło jęczące z bólu przy każdej próbie łukaszowego sadowienia się za kierownicą; płaczące smarem, zgrzytające tłokami, stękające z żelaznej, bezsilnej złości, gdy hipopotamiczna dupa właściciela zalegała ma przednim siedzeniu.

Połamane resory. Puszczające wszelkie możliwe spawy. Skrzywiona geometria kół, opon, gaśnicy, geometria tabletek taninalu w obowiązkowej, pokładowej apteczce. Samochód z każdym dniem bardziej przypominający proszek, górę piasku, jeżdżąca, pudełkowata śmierć i on - kierowca bombowca, ważący więcej, niż swój wóz.

Nie streszczę cyrkowych wręcz, ekwilibrystycznych prób, jakie za każdym razem musiał podejmować opas przy wsiadaniu do tikacza, tych woltyżerek nożnych, żonglerek brzuszno-fałdowych.

Dam sobie spokój z opisywaniem słupowatych nożysk, kałduna, ud-głazów, cyc-głazów, poszatkowanego rozstępami, zrogowaciałego mięsa, skóry, zrogowaciałego tłuszczu, poodparzanego gdzie się da cielska. Ani smaczne to, ani potrzebne.

Codziennie oprócz weekendów, przed siódmą ranu góra smalcu wlewała się do wnętrza dobitego auta, sapiąc, stękając, usiłowała zająć miejsce. Płotka była zmuszona połykać Jonasza-wieloryba.

Żenada tym większa, że dosłownie wszyscy, włącznie z panem Gienkiem z okolicznej stacji diagnostycznej doradzali tłuściochowi zmianę auta, wyśmiewali jego sadystyczne znęcanie się nad małym Koreańczykiem z Żerania.

A ten - nie, uparł się, że dotoczy, dobije, zajeździ tak, że na złomowisku, jak kiedyś wreszcie skończy katować i zda tikacza, złapią się za głowy, że można aż tak zamęczyć auto, że w dwudziestym pierwszym wieku, w środkowo-wschodniej Europie zdarzają się aż tacy moto-barbarzyńcy.

Gdyby Łukasz mieszkał choćby w Białej Podlaskiej - pewnie wnętrze tikuli miałby zapełnione kubełkami z KFC, tłustymi papierkami po hamburgerach, kubełkami po frytkach z Maca.

U nas - prowincja, śmieciożarciodajni - nie uświadczyć; musiał więc, mój były chłopak, zasrać samochód w inny sposób.

Jak nie pety, to niedojedzone snickersy, jak nie opakowania po drażetkach, tic-takach, to zasmarkane chusteczki jednorazowe, chusteczki zaspermione, zapocone szmaty, jakimi wycierał wiecznie ociekającą, czerwoną twarz, porozrzucane wykałaczki, na które można się było niespodziewanie nadziać, jakieś drożdżowate pianki, niejadalne leguminy, płatki śniadaniowe (kto żre w samochodzie?), wreszcie: ozdoby choinkowe, służące, wbrew swojej nazwie nie ku ozdobie, zaśmiecające i tak nieprzestronne wnętrze łańcuchy, porwane pawie oka, pawie pióra, gwiazdy - począwszy od czerwonych, radzieckich, przez zielonkawe, mdłoburobeżowe, kończąc na największej - żółtej, z odłażącym napisaem "Alleluja".

Sagany i rondle. Garnuszki i miski. Quasi-zepterowskie sztućce z prawie-nierdzewnej stali, rozgniecione na miazgę płyty-gratisy z muzyką klubową, dance, house, dodawane do gazet kompakty z disco polo, którego nie szło słuchać w stanie największego nawet upojenia, spizgania tabsami, kasety magnetofonowe "Biesiada 1995", "Mega Prywatka z Antosiem Szprychą", "Grajcie mi, Cyganie", "Kwiaty polskiej ziemi", "Skoczne hity na nowy wiek", "Ta noc naszą tylko jest" i tym podobna kifoza, lordoza, skolioza nut, okraszona kastracio-przesłodzonym wokalem. Umazana kiczem, zanurzona w tym miodo-szlamie.

Samochód z Tartaru rodem - to jedno. Pokój - muzeum lat '80., łukaszowa graciarnia wszystkiego, co paskudne, zużyte, samym wyglądem proszące o dobicie, wrzucenie do pieca - to to temat na osobną opowieść, epos śmietnikowy.

Nadmienię tylko, że wielki fan Beastie boys, Vanilli Ice'a, Mc Hammera, a przede wszystkim Culture club, Village People, fanatyczny wyznawca Michaela Jacksona i Diany Ross, caluchne ściany pokoju miał wytapetowane wyblakłymi poplakatami swoich idoli, pożółkłym i miejscami czarnym od brudu papierem z trzydzieści lat młodszymi niż obecnie, gębami Stinga, Paula McCartneya, Eltona Johna.

Zabawki, oczywiście peerelowskie, pamiętające dzieciństwo Łukasza. Mumie-żołnierzyki, misie z odprutymi oczkami, karabiny z czerwonymi żaróweczkami na końcach luf, odpustowe miecze, rycerze właściwie bez twarzy, radzieckie kotki, pieski, króliczki odlane z twardej gumy i również praktycznie pozbawione rysów, resoraki o zezowatych reflektorach, słonik-garbusek, pudła klocków, hełm gladiatora, figurynki marvelowskich superbohaterów - prezent od bratanka, który wyrósł z zabawek.

Zepsuta lampa z kwiatowym abażurem.

"Wieża milczenia" - jak Łukasz nazywał niedziałający sprzęcior marki unitra.

Sprawny radiomagnetofon condor, również produkcji unitry.

Pierdoły, bibeloty liczone na kopy, mendle, megatony. Metry sześcienne ciężkiego chłamu, tandety, byle czego: zabawki z kinder-niespodzianek, kolekcja długopisów, ołówków, temperówek, masażery jakieś jak najfikuśniejsze kulkowe, elektroenzymetry, łapacze snów, łapacze koszmarów, parapsychologiczne stroiki-zapewniacze dobrej aury, kolorowe słoiczki pełne gumek do ścierania w kształcie dinozaurów, dinusi znalezionych w cola cao, fosforyzujący szkielet tyranozaura skompletowany za gówniarza z części dodawanych do gazetki Dinozaury (swego czasu - wielki hit De Agostini), poskładane w liceum modele bombowców, niedoskładany katamaran, zajmujący cały parapet galeon-lampa, koszmarnie tandetny, żenado-majestatyczny skuner-nie szkuner...

Dość. Wymieniłem może jedną trzecią łukaszowych skarbów, jakimi, najdelikatniej mówiąc, kompletnie, od podłogi po wykasetonowany sufit, zapierdolił swój nie największy pokój.

- Ty jesteś sygolloman... - jęknąłem pierwszy raz przekraczając bramy jego Świątyni Zrzygania. Tak to właśnie odebrałem - jako rozmyślne robienie pod siebie, fajdanie, zarzygiwanie miejsca, w którym się żyje.

Ale graciarstwo Łukasza, jego śmieciolubość, nie ograniczyły się tylko do auta i pokoju. Największy syfnik mój były chłopak miał w głowie. Tam nie zrobiłaby porządku nawet ekipa programu "Hoarders", najbardziej doświadczeni pracownicy firmy sprzątającej poddaliby się, bezradnie rozłożyli ręce.

Umysł grubasiska to arena bezustannych walk zła ze... złem, chaos powstający, gdy w jakimś zatłoczonym mieście typu Kalkuta, Bombaj, czy Biała Podlaska (no dobra - żart) wysadzi się zamachowiec-samobójca, nastąpi trzęsienie ziemi, do tego nie będzie internetu.

To zmieszane mrowiska, czarne, maleńkie postaćki zabijają czerwone, godzinę później - na odwrót, to krasnoarmiejcy wielkości jednej trzeciej zapałki, triumfują.

Trudno mi, człowiekowi jako-tako poukładanemu (i co z tego, że moje przedkomputerze, pokój, nora, gawra, krypta. kraina, w której się zamknąłem, gdzie wycofałem z życia, że to szare, wielkie pudło z daleka przypomina trumnę?) trudno jest spróbować choćby w ogólnych zarysach nakreślić stan ducha, psychiki, charakter Łukasza.

Najmłodsze dziecko Wandy i Kazimierza Leoniuków, brat Sylwii i Przemka był i jest po prostu ekscentrykiem, dziwakiem mającym naturę psychopatycznego oszołoma, maniaka głupoty, kolekcjonera wszelkiego rodzaju niewiedzy, fanem mylenia prostych nawet pojęć.

Nie wiem, na ile były te jego ucieczki w krainę prostoduszności, zamykanie się w pudełku kredek świecowych, albo klocków, zgrywanie pociesznego roztropka, który ledwie potrafi dodać dwa do dwóch, czystym wygłupem; ile było w tej żabiej, spolegliwej, rozlazłej, gadzio-płazio-ślimaczo dziecięcej naiwności, a ile (pod)świadomej obrony. Przed czym? A, choćby i przed światem całym; może nasz mały-wielki Łukaszek wyrobił w sobie nawyk zgrywania głupszego, niż był w istocie, albo cierpiał na syndrom Piotrusia Pana, chroniczną niedojrzałość (przodował w tym!) i tak cholernie chciał powrotu do okresu dzieciństwa.

Albo to po prostu, opierający się psychologii, psychiatrii, wymykający się regułom, niepoznawalny, ciężki zjeb, którego lepiej zostawić w spokoju, nie maglować psychoanalizą, bo można odgrzebać trzecią, albo i ósmą osobowość młodego Leoniuka i skończyć z nożem w brzuchu, czy poderżniętym gardłem, gdy zbudzi się uśionego potwora.

Niech śpi przykryty kołderką w misie, na podusi z napisem Toy story 2, niech mu się śnią Transformersi, starzy piosenkarze disco.

Śpij, Łukaszku, jak najdalej ode mnie. Skrzywdziłeś, powyginałeś mnie na wszystkie strony, jak podwozie zachetanego tikacza; wysmarowałeś tłuszczem, śliną. Tfu!

Czemu cię wspominam? A, jakoś tak naszło... Mam dużo czasu, ostatnio nic, tylko leżę. Nie mogę się wygoić. Nasiąkłem od zewnątrz własną krwią, wciekła mi z mokrych bandaży, przez pory, w głąb skóry i czuję, że nie jest już tą samą krwią, podobnie (może szczeniacki przykład, ale równam do twojego poziomu) jak powracający (czemu oni zawsze chodzą "szteriera", jakby byli ciężko narąbani? Przecież każdy z nich jest TRUPEM, a nie pijany W TRUPA) z zaświatów, wypełzły z grobu zombiak nie jest tym samym człowiekiem, którym był przed śmiercią; teraz to czyste zło, śmiertelne (dosłownie!) niebezpieczeństwo, bezkierunkowa i pozbawiona celu, idei głębszej, niż zaspokojenie głodu ("móóóóózg! - mamroczą) agresja, drapieżnictwo w czystej postaci.

Cholera, chyba coś plotę, wziąłem naprawdę silne lekarstwa, chyba ciutkę mi się przedawkowało i jestem w filozoficznym nastroju, spod bandaży wypływa mądrość niepojmowalna zwykłym śmiertelnikom, ani nawet Rehandianom.

Wcieka, wkapuje, wlewa się we mnie obca, trupia, zniekształcona krew, barbarzyńska i nieludzka, krew zagryzionego zwierzęcia, ofiary przegranego pojedynku godowego o wyjątkowo tłustą i szpetną samicę, która ma więcej cech męskich, niż kobiecych, ale za to której ruja nie kończy się nigdy.

Wiecznie atrakcyjna dla przeciwnej płci, najpiękniejsza, choć tak brzydka, wabi nas, napalonych frajerów, ciężkim, godowym zapachem.

Po części - Margda, trochę - Łukasz, w małym stopniu - ja, swoje własne dziecko, po części - Jurek Król i jego, wiodąca do samozatraty wola śmierci.

Chaotyczność, składanie się ze zbyt luźno powiązanych epizodów, bycie filmem, komedią, zbyt śmieszną i przez to zakazaną w szarej, zimnej, postsowieckiej Polsce, oddolne władanie nią, telepatyczne sterowanie z piwnicznej izby.

Taniec godowy półkowników w archiwum, książek przeznaczonych do spalenia, nieutylizowalnych śmieci z dzieciństwa, zabawek pozbawionych głów. Nasi partnerzy są zazdrośni o misie i lalki, którymi bawiliśmy się w przedszkolu. Dekapitują je.

Neoprawiczek, śmieszny z definicji, leży okryty pampersami, dusi się pod nasączonym jodyną, tetrowym cedziłkiem.

Odłazi mi się, odstaje na całego. Z zawodu chciałbym (za godzinę pewnie mi przejdzie) być czołgistą-kaznodzieją, jeździć po poligonach świata maluchem z dospawaną lufą i spowiadać pociski, bomby, odłamki.

Mam ochotę krzyczeć górnolotne frazy, długie i do rymu, litanie o C.K. sznytach, cesarsko-królewskim cięciu, za które dostaje się nagrody, jakich świat nie widział (i niech tak lepiej pozostanie): nieużywanego fiacika w stanie postagonalnym, nierokujący naprawy zezwłok jakże gustownie przyozdobiony przez ptactwo kwirewskie - tunerów wizualnych; ponadto - nieodwracalne zszarganie opinii, zostanie świrem w oczach współmieszkańców (współwięźniów?) małej, okołowłodawskiej wioski.

Nie wydobywam z siebie nawet grama dźwięku, nawet jednej chropowatej decybelki. Schlorowane, zdegradowane gardło odmawia posłuszeństwa.

Nieważne, Łukasz, jak zostaliśmy parą. Obaj - z jednej gminy, parafii. Może znaliśmy się od dzieciństwa, nasi ojcowie pracowali w jednym kółku rolniczym, zaprawiali się w robocie by potem, debatując przy n-tym piwie, kłócąc się do ostatniego, stoczonego przez próchnicę zęba, zacieśniać szorstkie, parciane więzy przyjaźni chłopo-robotniczo-menelskiej.

A może połączyła nas dyskoteka, na przykład Corrado w Różańcach, nasz krótki związek rozpoczął się w krzakach, gdzie rzygaliśmy o niepitnym winie i niedragowskim zielsku, albo w jedynej glory hole dawnego województwa bialskopodlaskiego (siedziałem ukryty w pustym pniu wierzby, ty - wkładałeś sprzęt do dziupli).

Mniejsza o to.

Nie liczy się też każda chwila naszej nerwowej szarpaniny, jaką od biedy można by nazwać związkiem. Spuszczam na to zasłonę milczenia. Tobie też radze spuścić (sorry - zabrzmiało obleśnie).

Pozwólmy chwilom zgnić w ciszy, niech zdechną jak osrany przez gołębie maluch, w kompletnych ciemnościach, zapomniane.

Pobawmy się w sadystów i nakarmmy je jedną z najstraszliwszych trucizn współczesności, tą, od której zdychają jak rude myszy, albo muchy na lepie i której jak diabły święconej wody boją się całe zgraje influencerów, instagramowych modelek, vlogerów, celebrytów z Youtube'a: obojętnością, brakiem uwagi. Przemilczeniem. Odwróćmy się, patrzmy w przeciwną stronę.

Niech będą jak wysychająca pleśń.

Ciągle nie domyślasz się, czemu cię rzuciłem i o co mam niewysłowione pretensje, co zarzucam i czemu, do stu tysięcy stuningowanych gównem małych fiatów, uważam, że mnie skaziłeś. Że, choć nie widzieliśmy się szmat czasu, ciągle uważam, że jesteś moim, chyba niemożliwym do usunięcia (na pewno nie bezbolesnego) pasożytem, wżarłeś się w umysł, wczepiłeś szczypczykami za obszar mózgu odpowiadający za wspomnienia, w korę, zagnieździłeś w płatach czołowych i ciemieniowych.

Promieniujesz. Nie sprawiasz promieniującego bólu. Cały jesteś bólem, odbieram cię jako niewidzialne, dentystyczne wiertło borujące mnie na wskroś, bez znieczulenia. Przez ciebie mam w głowie stajnię Augiasza, tysiąc nieużywanych samochodów dekomponuje się na zbutwiałej słomie. Były martwe od urodzenia, miały zatarte serca.

Zostawiam cię na chwilę. Nie wiem, na jak długą, może będzie istotnie chwilą, może potrwa rok, tydzień, lub małe, krótkie, półroczne millenium. Dowiesz się, co zaszło, bądź pewien. Czekaj, aż wykrzyczę prawdę.

Na razie - zobacz, w jak żałosnej, rozpaczliwej sytuacji się znalazłem, gangrena toczy mięśnie, czerń podpełza aż do serca.

Leżę obrośnięty pancerzem i nie mogę wypowiedzieć słowa, nawet szeptem. Mam cofkę, choć od czasu chlaśnięcia łapsk nie miałem niczego w ustach. Suche rzygowiny, ostre jak kolce opuncji, podchodzą pod gardło. Ranią je od środka.

Przełykam ślinę i spaaaaaaaaaaaaada kłębek posplatanych igieł, orząc mi przełyk, krtań, rozdzierając na (ile? Ktoś jest w stanie policzyć?) części.

Studium rozpadu: pod pancerzem dogorywa ktoś zbyt miękki, by istnieć. Rycerz przegrywający wewnętrzną wojnę. Idiota podający się za kryminalistę, starego garucha, któremu nie straszny nawet cesarski sznyt. Zdycha miłośnik wraków, rozkładającej się motoryzacji.

Żałować takiego, wyśmiać, zbyć milczeniem? Może obfotografować i wrzucić zdjęcia do internetu jako przestrogę dla innych koneserów z bożej łaski, fanów moto-padliny?

Ciszej nad tą ligninową trumną. Wstanę z niedomartwych, możecie być pewni. Przekroczę dozwoloną prędkość myśli. Dostanę karę śmierci za niezapłacony mandat.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 2 miesiące temu
    Tak do połowy, przyznam że nie przyswajałam, jak powinnam przyswajać charakterystyki środowiska, bo osobowość Tomasza Wojciechowskiego jest numer one moich zapotrzebowań czytelniczych. No ale jak już połączyłeś Łukasza z ego Tomka - the best.
    Przekroczona prędkość myśli:)
  • Florian Konrad 2 miesiące temu
    dzięki za koment. przepraszam za obsuwę, obiecuję teraz publikować regularnie :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania