Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Neglerioza rozdział XXV.

XXV. Bioasekuracja

 

- To ... hmmm... Czyściec? - wypalam w końcu. Usta - coraz mniej blaszane.

Kacap, garbus i mały, polski Bob Marley - w śmiech. Zbija mnie to nieco z pantałyku. Myślałem, że dotarłem do Praprzyczyny, Źródła Źródeł i byłą nią moja, zwyczajna lub dramatyczna, może w męczarniach, śmierć.

Że jestem na końcu tunelu.

- Więc, kurwa, Piekło... siadam skołowany na, jak się okazuje - zaszczanej - podłodze.

Poprzednia lokatorka klatki z braku innej możliwości robiła pod siebie.

Plama czepia się do mnie jak żywa, wykwita na spodniach, pełznie po nich. Mokry i śmierdzący ogień, w którym można by topić żaby.

Głązozęby Romek, z przymilnym uśmiechem tłumaczy, ze gdzież tam, żadne Piekło,co ja - ochujał, to zwyczajny uskok reinkarnacyjny, e czasami tak trzeba - pokomplikować wszystko, zestawić, skłócić, przepuścić przez mikser i podać lekko podsmażone, z cebulką, pięciometrowymi ząbkami czosnku, kolcami mamilarii.

- Pryjde, pryjde, szybciej, niż spodziewajesz się - mówi w dwóch językach naraz.

- Albo i ny. Może ostaneszsia w teji formy... - "pociesza".

Najchętniej wrzeszczałbym wniebogłosy, wołał o ratunek, walił spuchniętą, już niesamochodową głową w żelazne pręty.

- Wy - kto? Pośrednicy między światami?

- Można i tak skazaty. Zabirajem ludy, kradem. I łączym. Powstaje nowe, najczieńściej - liepsze. Mieszajem formy. A znajesz, kto tym steruje? VAYANKVKA. Boh istnieje, tu jest jak siet' komórkowa, dla innych objawlajetsia jako firma pogriebowaja. Albo kaktas. Jak ty byw płachoj - budiet twaim katom, tierrarystam. Takij sam, TOJ SAM, a prijdiot jak diaboł...

Prirodin, krzesząc iskry kamiennymi zębami, uspokaja, że śpię, krzywda mi się nie dzieje, on i jemu podobne cudaki odrywają "tyci - tyciuśki" kawałek ludzkiej myśli, robią (hodują?) niej odbitkę/ kopię całego umysłu - i dalej takiego rozmnażać, najczęściej z zaskoczenia (sic!) i na siłę, łapać mu równie fragmentaryczną partnerkę i zmuszać oboje do seksu; a jeśli odmawiają, są wybitnie niekopulacyjni (łatwo da się poznać, czy z tej mąki będzie chleb, zakalec, czy garść robaków) - wtłaczać jedno w drugie "po niewoli", bo inaczej się nie da.

Światy to połączony układ nerwowy, tkanka, która musi powiększać swój obszar, nikt nie wie, dlaczego, rokrzaczać się, rozkrzewiać, zapuszczać korzenie gdzie się da, wbijać gałęzie w... ciszę.

Tak, Istnienie pożerające pustkę, wszelkimi możliwymi metodami, chcące wbijać w nią gałęzie i rozdzierać na kawalątka.

Ile jest odmian światów? Nie "nieskończenie wiele"! Prawidłowa odpowiedź brzmi "ciągle za mało".

Są wersje-wdowy, porzucone przez odtwórców głównych ról, wymarłe, pełne kurzu i zapadających się płaszczyzn, budynków, które się walą (niezmiernie rzadko można taką spotkać, w końcu Ziemia to duża planeta i żyje na niej ładnych parę istot; żeby wszystkie zginęły potrzeba nie lada hekatomby, zarazy, o jakiej się nie śniło), ZŁĄCZYWKI, bo tak mówi Rusek, całkiem głupie, albo brzydkie, nieudolne mariaże (państwo młodzi kończą w rynsztoku jako para czerwononosych kloszardów, albo mordują swoje dzieci i wyruszają w świat na poszukiwanie diabli wiedzą, czego), albo przeciwnie: piękne wykurwiście, najcudowniejsze z cudownych. Mówi się o takich "książęce".

- Obsiewajem, wydysz, przestrzeń kosmosami. Pec, pec, pec - ziarenka w gliebu. Szto wyroste - ny znajom - pochmurnieje.

- A... kto...? - podsuwam się.

- Kiedyś się dowiesz.

- Od Rehandian - rzuca z uśmiechem dredulec.

I zaczynają się słowne przepychanki, garbus twierdzi, że to formy wysychające, coraz mniej potrafią, niedługo nie będą mogły nawet oddychać; pacjent dentysty-kamieniarza - że przeciwnie, ich czas dopiero nadchodzi, z pokolenia na pokolenia rodzą się brutalniejsi, bardziej agresywni i niedługo rozpoczną ekspansję na okoliczne światy, mają potencjał, trudną do wyobrażenia wolę przetrwania, jeszcze się zdziwi, Djordje, jak zdominują większość płaszczyzn, będą wiodącym gatunkiem w swojej wersji świata, niech się nie śmieje, w końcu to prawie homo sapiensy; może nawet sami będą przenikać do uskoków reinkarnacyjnych i tworzyć własne...

Słucham dwóch uczniaków sprzeczających się o to, czy dwa plus dwa bardziej równa się pięć z prawej, lewej strony, czy może od góry. A czy jeśli dodawane cyfry będą różnych kolorów, to to wynik będzie taki sam?

Nie mają do końca pojęci, o czym mówią, moi porywacze od siedmiu boleści są terminatorami, przyuczają się do fachu... yyy... jakby go nazwać?

- ...i rany drążące będą! O - tak pochlastany! - gardłuje Wrazić.

- ...sorki, ale mam pytanie... Maluch. Po co mi był? To jakieś... hmmm... fiksum-dyrdum, talizman, "samochód totemiczny"? Ja nawet nie lubię staroci... Antyki - owszem, ale to co innego, relikt PRL, zgniły - się nie zalicza.

- Haczyk. Zwyczajny wab. Od zawsze miałeś mieliście smykałkę do kręcenia śrubek. Dryg techniczny.

- Ja?!

- A tak, tak. Tylko wytraciłeś podczas połączeń, rozwodniłeś się genami (tu w oczach garbusa dostrzegam zły błysk) kobiet. Ale całkiem - nikt nie traci... To jest jak z jazdą na rowerze.

- Nie dało się mnie inaczej... wywołać z rodziców? - nie wierzę, że to mówię .

Kurdupel z ukraińskim Rosjaninem zaczynają się sprzeczać. Jakich argumentów używają!

- ...a ostatni poziom będziesz miał, skurwysynu - pod obrzeżem kibla! Nie wygrzebiesz dziubkiem wc-kaczki! Rozpanoszą się i nie będziemy mieli gdzie uciec! Myślisz, ze spierdolisz poza układ?

Wstaję z plamy moczu Mar... Marrty(?) i własnych płynów ustrojowych. Chłodnym okiem patrzę, kogo mam przed sobą. Dwa pajace i ich pomocnik-karzełek, uciekinierzy z mechanicznego teatru, w którym byli jedynymi żywymi aktorami. Za niska gaża, zbytni despotyzm nakręcanych pierrotów - więc poszły w długą, zamiast zabawiać ludzi zajęły się czymś pożytecznym: swataniem ich. Mniejsza z tym, że na siłę, albo co najmniej bez wiedzy zainteresowanych.

Kojarzą nie małżeństwa, ale głębiej - ciała, spajają osobowości. Nie chcą powiedzieć, gnojki, na czyich są usługach, od ilu milionów lat łączą w pary inteligentne formy życia, nie zawsze ludzi, ani (najważniejsze!) na czyje zlecenie/ rozkaz odbywa odbywa się ta cała patchworkowa gra luster, cieni, dymów (smoke and mirrors, błyskają płomyki zapalniczek zippo, wąsaci dżentelmeni w lożach przypalają cygara patrząc znudzeni, jak klauni i ich pomagierzy z niemałym trudem bełtają w zupie genetycznej, sosie ustrojowym, śmierdzącej brei, która zaraz wyleje się z sagana; jak doprawiają kardamonem, bazylią i oregano, wrzucają świeże rączki, wątróbki, okrężnice; kryminalna szarada, jakiej nie wstydziłaby się obmyślić Agatha Christie).

To wyjdzie z połączenia zamkniętej w sobie nimfomanki i sześćdziesięcioletniego bibliotekarza, a kto okaże się przedstawicielem gatunku dominującego, pożre sąsiadów, wszystkie sześć matek, potem - dom, drzewo genealogiczne, wyrwie swoją przestrzeń z korzeniami, a dół zasypie wapnem, labo przesadzi świat w inną, łagodniejszą glebę.

Kalambur, stykają się ciała nieznajomych osób. Obie miały błędy: jedna w imieniu, druga w genomie, ciała były wielkim, chodzącym błędem.

Nie poznałem cię, Margda. I musiałem pożreć. Nic o tobie nie wiem. I jestem nosicielem, mam cię. Bardziej, niż ktokolwiek jest sobie w stanie wyobrazić.

W biedamieszkaniu kapie kran. Przelewają się ludzie, oczy, poglądy, wspomnienia. Zbyt długi pobyt tutaj grozi nasiąknięciem.

Paradoks: odziedziczyłem kilku mężczyzn - byłych kochanków. Znam ich szczeciny, wgłębienia, smak potu.

Jednocześnie - zapuszczam dziewictwo, zapominam o dawnych partner(k)ach.

Znów nachodzi ochota na układanie bzdur, z tą różnicą, że teraz są (muszą być, inaczej... nie wiem, porwę się na coś, zabójstwo mera tego kuriozalnego miasta, albo wyrwanie sobie-ważce skrzydeł; tak! porwę się na strzępy porywając na coś, spalę, przegram, jeśli nie będą!) podszyte głębszą treścią, czymś błyskotliwym, ważkim.

Pełno armat w gałęziach tego drzewa, znaczy - zbliża się rozbrojenie, nowi wójtowie mocarstw już pudrują łysiny, sprawdzają, czy ordery dostatecznie nabłyszczone. Wszystko musi być ładnie, pięknie: waterman, złocone oprawki okularów, podniosły ton.

Jutro podpisanie traktaty denukleo, ustanawiającego strefę bezatomową na większości terytorium mojego pokoju: od łóżka, przez lampowe, niesprawne radio, które samo w sobie jest śmiercią, aż po okno, za którym może się kryć wszystko: słowiki nadziane na kolce opuncji, procesje biczowników w imię przebłagania Nikogo za grzechy jego siostry i zarazem córki, aż po wyfizdrzenia, ostre i niosące zgubę, aż po te ostre skurwopierdolniki.

Palalele i patelnie - to też rośnie w miąższu. Kobiety, które mnie nie chciały i ich matki, które tak wiele by dały, bym im włożył. Kartkę z wierszem.

Założę się, że gdybym to zrobił i wyjął - byłaby zapisana obelgami.

Drzewo o korze jak jajecznica, o teksturze ściętego białka.

Myślę o swoich fobiach. Nie było ich za dużo, a i to - Margda, nowy gość, lokatorka, część składowa, musiała uleczyć wszystkie.

Celowo ją tam wlepiono, bym był lepszy. Idealniejszy. Dobrze się prowadził, jak jeden z dziewięćdziesięciu rolls-royce'ów Osho, guru-bibliofila.

Jak wielki jest stwórca tego bajzlu i czego ode mnie oczekuje? Bym znów gadał do rymu? Jaką mądrość krzewił? Może - przepił?

Gdzie teraz mieszkam? Mój dom to samiec, czy samica? Zabrano mnie na Arkę Noego, skojarzono z dziewczyną mającą błąd w imieniu. Ona to ja, to my. Przyszedłem na świat światów, a może raczej - uwolniono mnie. Wywołano, jak ducha, albo zdjęcie ze starej kliszy.

Co teraz? Nowa, jakby kompletniejsza wersja mnie będzie wieść, że tak powiem, życie żyć?

- Chodź, Tomeczku... - podchodzi białodredy pokurcz. Perli się, skrzy, fosforyzuje.

- Jeszcze za wcześnie, ale musisz się przygotować. Przyzwyczaić... - mówi kaznodziejsko-prorockim tonem.

Czuję, ze nie będę już nigdy maluchem, w jakimkolwiek uskoku reinkarnacyjnym się znajdę - wszędzie będą mi mówić z szacunkiem "panie rolls". Lub traction avant, stanę się czarnym ubekowozem. Albo pozłacaną szambiarką

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 2 miesiące temu
    "Pośrednicy między światami?

    - Można i tak skazaty. Zabirajem ludy, kradem. I łączym. Powstaje nowe, najczieńściej - liepsze. Mieszajem formy. A znajesz, kto tym steruje? VAYANKVKA. Boh istnieje, tu jest jak siet' komórkowa, dla innych objawlajetsia jako firma pogriebowaja. Albo kaktas. Jak ty byw płachoj - budiet twaim katom, tierrarystam. Takij sam, TOJ SAM, a prijdiot jak diaboł...

    Prirodin, krzesząc iskry kamiennymi zębami, uspokaja, że śpię, krzywda mi się nie dzieje, on i jemu podobne cudaki odrywają "tyci - tyciuśki" kawałek ludzkiej myśli, robią (hodują?) niej odbitkę/ kopię całego umysłu - i dalej takiego rozmnażać, najczęściej z zaskoczenia (sic!) i na siłę, łapać mu równie fragmentaryczną partnerkę i zmuszać oboje do seksu; a jeśli odmawiają, są wybitnie niekopulacyjni (łatwo da się poznać, czy z tej mąki będzie chleb, zakalec, czy garść robaków) - wtłaczać jedno w drugie "po niewoli", bo inaczej się nie da.

    Światy to połączony układ nerwowy, tkanka, która musi powiększać swój obszar, nikt nie wie, dlaczego, rokrzaczać się, rozkrzewiać, zapuszczać korzenie gdzie się da, wbijać gałęzie w... ciszę.

    Tak, Istnienie pożerające pustkę, wszelkimi możliwymi metodami, chcące wbijać w nią gałęzie i rozdzierać na kawalątka.

    Ile jest odmian światów? Nie "nieskończenie wiele"! Prawidłowa odpowiedź brzmi "ciągle za mało"."

    Kosmogonia by Florian Konrad.
    Znakomity rozdział - gdybym musiała wybierać z dotychczas przeczytanych - najlepszy.
    Dużo tu do przemyślenia, wyrwania prawd spod galopującej powierzchni.
  • Florian Konrad 2 miesiące temu
    dziękuję. i mam nadzieję, że użyty przeze mnie język chachłacki nie był z błędami :) dziękuję za czytanie i zapraszam jutro na kolejne 2 rozdziały :)
  • Wrotycz 2 miesiące temu
    Sprzedaż mi chachłackość w każdym opakowaniu, bo się na niej nie znam.
    Oczywiście przybędę:)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania