Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Neglerioza rozdział XXVI.

XXVI. Bauta

 

Masakra jakaś: pomimo, iż Rusek i Serb co chwila podrzucają do pieca co się da: szmaty -nie szmaty, plastikowe butelki, w "sali tronowej", za jaką tymczasowo robi kotłownia smętnego bloczyska, jest zimno jak w psiarni.

Jurek Król, bo tak przedstawił się udredowaniec, oświadczył, że będzie trefnisiem. Postanowił mnie zabawić w najbardziej niezabawny, niekomiczny sposób świata: podrzynając sobie gardło. Dokłądnie tak - uznał, że będę pękać ze śmiechu widząc, jak zapamiętale, z zimną krwią, powolutku, bo i po co się spieszyć, tnie sobie szyję scyzorykiem, traktuje ją jak jabłko, które trzeba obrać ze skórki przed zjedzeniem.

Początkowo patrzyłem na jego maniakalną precyzję, twarz bez wyrazu, na której nie odmalowywał się jakikolwiek grymas, ze zgrozą.

Po półgodzinie mi spowszedniało. Tnij, kalecz się, dziab, drap, najmniej śmieszny durniu. Najgorszy błaźnie w dziejach.

Siedzę na skleconym z palet, obciągniętym czerwoną płachtą biedatronie. Jest twardy i niewygodny, dechy wrzynają mi się w plecy i tyłek. Jasnodredziarz przesuwa nożyk powoli, centymetr na godzinę. Ślimacza śmierć, samobójstwo z opóźnionym zapłonem.

Zaczynam żałować, że pozwoliłem mu na takie wariactwo. Że w ogóle zgodziłem się powładać tym bajzlem.

Porywacze zapewnili, że spadnie na mnie splendor, chwała, poddani będą kłaniać się w pas, albo i padać na twarz przed królem-cesarzem, czeka mnie klawe życie jak w piosence, zero zmartwień, zapisanie się złotymi zgłoskami na kartach historii, zamiast podejmowania ważkich decyzji - jedna wielka laba, niekończące się wakacje w osiemdziesięciogwiazdkowym hotelu, bo tak naprawdę będę jedynie figurantem, marionetką sterowaną - jak wszystko - przez koncern telekomunikacyjny VAYANOVKA, kukiełką na uwięzi naszych wschodnich braci, którzy przecież chcą dla każdego jak najlepiej, bez ich interwencji, nieoficjalnych działań, zakulisowego pociągania za sznurki już dawno wytracilibyśmy się w bratobójczych walkach, zagryzali jak te wściekłe psy.

Dupek ze mnie, że nie odmówiłem, cholerny, wygodnicki konformista bez kręgosłupa moralnego. Żadna nowość.

Wrastam więc, atrapa króla, w atrapę tronu. Powieki ciążą, przed oczami przesuwa się szarobury film, truchta korowód poddanych. Każdy czegoś chce, gorączkowo wyrzuca z siebie prośby, pretensje, zalewa mnie skargami.

Dwie kobiety na przykład, jedna w średnim wieku, druga trochę młodsza, pokłóciły się o dziecko. Niemowlę, lat zero, miesięcy sześć.

Każda twierdziła, że jest jego matką, zarzucała rywalce kłamstwo, chęć sprzedania malca za granicę, w niemieckie, albo mołdawskie ręce.

Kazałem przeciąć chłopca, było mu Marcin, i dać każdej po części: starszej - główkę i raczki, młodszej - całą resztę.

Nie zareagowały, żadna nie zaczęła mnie błagać, bym darował dziecku życie. Zrobiło mi się głupio, ale jakie miałem wyjście? Pacta sunt servanta, biedny dzidzior (zamknąłem oczy, nie dało się patrzeć!) został rozkawałkowany przez Wrazicia.

Kobiety opuściły mój piwniczny zamek (sic!) nawet w dobrych nastrojach, pogodzone.

Następnym petentem, o ile można go tak nazwać, był szczerbaty staruszek z supermarketową reklamówką. Wiecie, co mi przyniósł? SENS.

Tak - sens życia, tej historii, objaśnienie wszystkich snów, nawet tych, których nie wyśnię, sens wędrówki przez światy, kształty, formy, płcie, przez lądolody, światła, kości, kruszące się nagrobki, przez rzeczy, które na przestrzeni żyć będę pragnąć, nienawidzić, albo którymi się stanę.

Sens w kolorze yellow bahama, postkwirewski, trochę rehandianowski, sens o twarzy pana Darka Wydwaruka, albo kogoś, kogo nie znam, mechanika zajmującego się naprawianiem wyłącznie maluchów, chirurga kluczy oczkowych, nasadowych., psychologa gaźników, który gardzi i szczerze nienawidzi wszystkich modeli aut poza "kaszlakami".

Jakby nigdy nic, kładzie mi przed oczami, dziadyga, to Bo-o-coś-mu-przecież-musi-chodzić, odpowiedź na tysiące niezadanych pytań, rozwiązanie zagadki sprzed wieków, sprzed er.

Nie dowierzam. Nieforemne to-to, uporczywi i z rozmysłem pozbawione kształtu i w ogóle przymiotów, przelewające się od lewa do prawa, an wprost i nazad. Hipermutacja jakaś, która nie prowadzi nigdzie, cofa się i znów na abarot: co miało być skrzydłami ewoluuje w uzębione rączki, potem, na krótką chwilę staje się szczypczykiem, jednym, częścią ciała homara-kaleki, i z powrotem przeobraża się w rączynki, tym razem niebieskie i dwupalczaste.

Głowa sensiku? Jest,a le rzekoma, tworzą ja dwie złączone,a le niezrośnięte dłonie (a może to nerki?)

Ust - jak na lekarstwo, oczy - też - ledwie zarysowane, wciśnięte w brunatnawą skórę, ginące pod krzaczastymi brwiami, tonące w zbyt głębokich oczodołach, nos - równie symboliczny.

Porozmawiać z tym niewieszczącym wieszczydłem - niby jak? Spytać o cokolwiek?

Mruczy to tylko pod jednym z członkopalców, że głupi jestem i się nie leczę, ale przyjdzie kryska na matyska, doigram się, skończy się babci sranie (co to za tekst?!).

Jestem znużony, Jurkowi nie chce odpaść głowa, krew tryska powoli, chyba jest za gęsta; w tym tempie strączkowłosy baniak nie odpadnie do Wielkanocy, albo i wakacji.

"Trefniś" sapie, stęka, mnie zaczyna łapać migrena, w skroniach pulsują gorące kamienie.

Klak! Klak! Klak! - bije mnie własny puls. Zirytowany każę staruchowi zabierać suwenir i nie pokazywać się z paskudą na oczy; no - chyba, że chce, aby jego, a w zasadzie mój SENS skończył w piecu C.O.

Po szczerbulcu przyplątuje się wieszczka. Niestara i całkiem ładna, jak na swoje lata. Mówi zalotnie, że poprzedniej nocy śniłem jej się. I było to proroctwo, najczytelniejsze, jakie kiedykolwiek otrzymała.

Podpieram ciążącą głowę, przymykam oczy i każę jej nawijać, referować. Pieprzyć głupoty.

Plan snu. Ramowy. Wymykający się z jakichkolwiek ram. Punktowy. Bezplan.

 

1). Dynastia. Jesteśmy parą Amerykanów z Malibu. Kochamy się na blacie kuchennym willi. Biały, stupokojowy dom na wzgórzu. Budynek, w który wsiąkają nasze gorące płyny.

Aż tu nieszczęście: kabrioletem - i nie jest to nasz, marki FSM - wraca z pracy jej mąż. Parkuje na podjeździe.

2). Telenowela dla przygłupów. Daje mi obrzemek szmat, jakieś stare swetry, że niby jestem biedakiem, odłączyli mi prąd i przyniosłem sąsiadce rzeczy, by mi wyprała, bo jednak pauper pauperem, ale godność mam, a za pranie w fontannie miejskiej grozi kolegium.

3). Horror w wersji light. Niebo zasnuwają czarne chmury, zrywa się noc (dobrze mówię!) i razem z mężem-rogaczem i wieszczka idziemy w ciemność. Hekatomba, większość drzew połamanych przez wichurę.

Docieramy do szpitala. Pytamy. Nikt nie chce nam udzielić informacji. Musimy wiedzieć, czy dziewczynki (chyba córki Pytii), na które spadł konar - przeżyły. Prorokini z nerwów zmienia się w Audrey Hepburn. Cisną ja buty.

4). Andy Warhol czeka w korytarzu na zabieg. Mamy dylemat, czy powiedzieć mu, że go nie przeżyje, czy pozostawić sprawy swemu biegowi.

5). Stary i niewidomy Kubańczyk, jako żywo przypominający Raya Charlesa, hawański poeta-miłośnik i hodowca ślepych jak on kotów, spogląda na mnie parą bielm i mówi, ze w moich oczach nie ma skaz, nawet najmniejszej niepożądanej plamki, co znaczy, że będę długo, ale bezowocnie żyć, wieść bezproduktywną, papierową egzystencję, mówić masą solną, zamiast betonem zbrojonym. I że to nieuleczalne.

Prawie zasypiam, kiwam się pajacowato w przód, niemal padam na pysk.

"Widząca" przerywa opowieść, pyta, czy dobrze się czuję. Zirytowany każę jej wypieprzać, zająć się czymś sensowniejszym, bo w sny to stare babska mogą wierzyć, to odmóżdżające as fuck, ma sobie iść, włożyć głowę pod kran, albo do sedesu,z robić sobie "spłuczkę", otrzeźwieć z bzdetów, oczadzenia.

Następny proszę.

Przebieraniec w pelerynie i dziobatej masce doktora plagi, koleś z latarnią na kiju. Pardon - lasce.

Won, bez gadania, niech się nawet nie odzywa. Co taki czub może mieć do powiedzenia? Won, pókim dobry.

Jureczek zaczyna krwawić coraz obficiej. Kroi bez wytchnienia, popełnia szyjne seppuku.

Król Tomasz I Wojciechowski - bo zlepiając, zrastając się z dziewczyną przyjąłem jej nazwisko - udaje się na sjestę.

"Ostatni, jeszcze ostatni poddany" - skomli garbus.

No dobra, byle szybko. I podłożyć tych szmat do pieca! Książki? Jakie? Podręczniki? Też. Spalić wszystkie książki obcych autorów. Nawet nienapisane. Zwłaszcza takie.

Nie, żebym chciał wprowadzić cenzurę. Po prostu jest zimno jak chuj. A idee najlepiej płoną, co nie?

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 2 miesiące temu
    Uff... niełatwo rządzić w świecie idei, odwracających się w swoje zaprzeczenie.
    Wyrazy współczucia dla Tomka:)
    5.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania