Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Neglerioza rozdział XXX

XXX. Naśliniony

 

Zrastanie się powinno być długie i bolesne, przebiegać ekstremalnie wolno, ponadlogicznie, ponadnormatywnie wolno, tak, by do cna wymęczyć ozdrowieńca, wykatorżniczyć go, by dostał życiową nauczkę, popamiętał do końca i by raz na zawsze przeszły mu głupoty w stylu "zobaczymy co będzie, jak przepołowię się scyzorykiem".

Cierpienie ma mieć walor wychowawczy, reedukacyjny, moralizatorski, może nawet i kaznodziejski, uwznioślić bezmózgowca antyreligijnego, sprawić, by na łożu boleści, ogipsowany bandażami, zawinięty w jałową gazę zaczął wzywać księdza z Florgustynówki, błagać o ostatnie namaszczenie, o namaszczenie chorych, tak kurewsko, diabelnie, zajebiście chorych, że głowa mała; by odrodziła się , równie poszatkowana co ciało, prawdziwa wiara.

Strup powinien się tworzyć powoli, jakby niechętnie, dobrze, jakby z rany szła cuchnąca i oleista substancja, zielona ropa, albo by choć piekło sznycisko, szczypało nieludzko. Mrówki pokutne. Tak! Herezjarchę-autoagresora mogłyby obleźć niewidzialne mrówki-swędziwki, mrówy-gryzule.

I co, że w obecnej wersji życia nie ma takich? Rehandianowie też zostali w tyle, należą do świata-przeszłości, a jednak samo myślenie o nich wywołuje niepokój.

Można by więc dla naszego kustosza youngtimerów wyczarować mrówki-skurwyczywki. Pewnie gdzieś się znajdą, wystarczy popytać po wersjach. Płaszczyznach.

Zdrowiuch powinien gryźć ściany, bandaże, oparcie krzesła, jeśli będzie miał siły, by usiąść, z bólu i przerażenia zbliżającymi się amputacjami, wizytą na OIOMie, może - w kostnicy, zgonem, studentami zgromadzonymi wokół prosektoryjnego stołu, na którym rodzimy, włodawski doktor Tulp (tutaj pewnie: Tulpiuk) pokroi niedozdrowieńca na plasterki.

Strach musi być siłą napędową... pokuty, jakkolwiek durno to brzmi.

Odcierpiałem swoje, po trzykroć, za każdego pierdolonego malucha niech przeklęte będą we wszystkich przyszłych, skurwiałych moto-wcieleniach.

Trzy razy obdzierałem się z cienkiej jak bibuła, niemal przezroczystej skóry, odpadałem wraz z opatrunkami, zrywałem samego siebie, by od nowa narastać. Jak pasożyt, albo bakteria gnilna (może coś w tym jest; poeci i pisarze to przedstawiciele nekrofauny?); wnikałem w głąb i toczyłem się, przeżuwałem i trawiłem, by rosnąć w swoim stukomorowym żołądku, nabierać sił, masy mięśniowej.

Na powierzchni muślinowej skóry odrastały kości, zespalały się z twardą skorupą gaz, lignin, zbrylonego pulpiszcza z gumy i papieru, tworząc endoszkielet.

I tak trzy razy: za każdą z zarżniętych w amokidalnym szale-nie szale osób boskich: iriEę - stworzycielkę wszystkiego poza mną, władczynię Niepoznawalnego; pana Darka Wydwaruka, który istnieje jedynie w okolicach ruin plebanii, jest dadźborowskim widziadłem; i last, but not least - VAYANOVKĘ - Pramatkę, współistotną dwóm siostrom-braciom-córkom, bezmiar istnienia, boga-firmę telekomunikacyjną, przez którą musiałem zrezygnować z telefonu, rozbić komórkę, bać się rozmawiać przez stacjonarny.

Odpokutowałem, odzaciskałem zębów, odprzeklinałem w żywe kamienie sukinsyna Stacha i jego C.K. sznyt.

Zmartwychwstało mi się równo tydzień temu, kameralnie, bez fanfar, pękających nieb i trąb anielskich. Paruzja odbyła się cichaczem, po kryjomu.

W najgłębszej tajemnicy zwlokłem się z wyra, rozprostowałem postnogi. Wyciągnąłem przed siebie postręce, szeroko otworzyłem postoczy.

Pod stopami leżały resztki szaro-beżowej zbroi, kokon, z którego wykluł się owad.

Żyłem, nie ulegało wątpliwości. Przeistoczenie...

Obmacałem się dokładnie, żeby sprawdzić, czy nie wyrosły mi dodatkowe odnóża, czy nie mam skrzydeł, czękoczułek, rożysk (kto niby miałby je doprawić?!).

Stwierdziwszy jak najorganoleptyczniej, że jestem w miarę kompletny i niezmutowany, poczłapałem do stodoły, by się napawać. Nie było co prawda i nadal nie ma czym, prestiż, klasa, elegancja maluchów jest równa zeru, albo i nawet wsteczna, poza tym - nawet jeśli byłyby to zadbane, nieprzechodzone, nieosrane egzemplarze, wyrwane za psi grosz od nadgrzybiałych staruszków, którzy chuchali i dmuchali na nie, pieścili i w ogóle traktowali jak własne dzieci - trzy "kaszlaki" to trzy biedasamochody, reprezentacyjne jak, nie przymierzając, star asenizacyjny.

Jeśli masz trzy maluchy, to nie myśl, że masz jedną trzecią bentleya, albo nawet MG, choćbyś obłożył się fiatami - nie będziesz mieć gustownego auta, tu nic się nie sumuje, trzy budżetowe toczydła nie równają się jednej wypasionej furze, beemwicy w skórze, na alusach, mercowi klasy S. Stado zabiedzonych kociąt to nie jeden jaguar.

Wiem o tym. I mimo to się napawam, cieszy mnie widok "kolekcji". Jest środek nocy, w świetle latarki trzy pokurcze sprawiają wrażenie jeszcze mniejszych i jakby skulonych z zimna; tulą się do siebie drzwiami, ocierają resztką lakierów.

Mówię do was świeżo odrosłymi ustami. Wiedziecie mnie gdzieś. Czuję wyraźnie. Powziąłem zamiar, którego nie jestem świadomy.

Daję się wam ciągnąć na powrozie, niczym bydlę na rzeź, ślepa i ufna koza. W prostokątnych, poziomych źrenicach dopaliły się ogarki. Jestem bezwolny, chętnie kładę głowę na pieńku.

Słysze dudniące echo dawnych wersji, bladych, złuszczonych, zdartych ze skórą, do krwi, zapomnianych, strawionych świacisk.

Krzyczą coś porośnięte kolcami Rehandianidła, zespół Stawianci wyśpiewuje swoje największe przeboje.

W całej tej hecy nie chodzi o naśladowanie Edka - lokalnego cwaniaczyny, rozpitej karykatury macho, o moje wycofanie, bierność i próby zamaskowania ich poprzez naciągnięcie na japsko cudzej twarzy, wejście w buty prymitywa-sybaryty.

W tym jest zakodowany głębszy sens, jakiś pieprzony hipopotam o twarzy Mae West, albo coś równie dziwacznego. Na przykład... abstynencja, poznanie nowej dziewczyny, faceta, wpadka, zostanie tatusiem mimo woli.

Lub - o zgrozo - wyjście do ludzi, rzucenie się ze schodów w głąb Kwirewki, ścieku głębokiego jak Bug.

Janusz Siabina - mechanik nad mechaników - obłowił się na mnie i mojej cudacznej fiatomanii. Sprawny silnik od "kaszlaka" - miał. Fach w łapach, zdolności manualne - w przeciwieństwie do mnie, który za sukces uważa obranie kilograma ziemniaków bez zacięcia się w palec - również.

Przeszczep "serca" do florgustynowskiej budy, podłączenie wszelkich kabelków, ssawko-tchawek, gaźników i degaźników, dekarburatorów, odoławiaczy, odjodawiaczy, zamontowanie paneli solarnych, paneli przeciwsłonecznych, zajęło panu Siabinie dobre pół dnia. Lokalna złota rączka utytłała rączki w smarze, aż po łokcie.

- ...rrrdolony złom, coś ty nakupił! - sarkał mechanol wbijając (!) klucz oczkowy w "płuca" kaszlaka.

Giętorurki nie pasowały, okrężnice miały za małą przepustowość, aorta - średnicę... Ale, z wielkim trudem i mozołem, udało nam się zreanimować truposza.

Zastękał, jakby wyrwany z zasłużonej hibernacji, przeciągnął się, zmarszczył brwi i warknął: "Czego, do cholery?".

Zabuczały cięgna ryzalitowe, brzęknęły blaszane tympanony, z rury wydechowej wypłynęła sina chmurka spalin. Zapachniało lizolem, mixolem, mixokretem.

Już - już miałem zapytać cudotwórcę, czy nie pomylił się czasem i nie założył czasem dwusuwu od syreny, ale ugryzłem się w język.

Koła - są, nawet obute w opony, kierownica - w miarę okrągła i na swoim miejscu; znaczy - nic, tylko siadać i jechać. Dookoła studni.

Świeżo zagojony do kupy, zbliznowacony do tego stopnia, że śmiało można by mnie czytać, jeśli ktoś zna alfabet Braille'a - na pewno dowie się niejednego z moich szorstkich, skamieniałych strupów, blizn-kanionów - nie miałem odwagi. Ręce, ścięgna - nie te. Wyszedłem z wprawy, której nigdy nie miałem.

Janusz - kierowca testowy siada za stery bolidu, wrzuca jedynkę. Wehikuł faluje, buczy, beka, ale pomału, jak to maluch, toczy się po podwórzu, okrąża studnię, spichrz, oborę.

Czy się cieszę? Z czego? Zaraz przyjdzie zabulić Siabinie, ostatnie oszczędności, mięśniaki, bo nazwać tę kasę zaskórniakami to to jakby nic nie powiedzieć; super tajne, trzymane na najczarniejszą godzinę pieniądze trzeba będzie wyłożyć na remont złomu, którego chyba nie będę mógł nawet zarejestrować (ciężka sprawa, choć ciągłość umów jest zachowana, a rep nie jest objęty żadnym zabezpieczeniem, nikt z pociotków i pownuków pierwszego właściciela, o ile mi wiadomo - nie rości sobie praw do bugatti 126p).

Dobrze, że udało się uruchomić choć tego. Będzie nosicielem edkowych genów. Ja - już jestem, od dawna.

Hiperrodzicielstwo Edka, jego oddziaływanie na każdego, kogo spotkał. Pozazmysłowe infekowanie buntem, który pozbawiony był najistotniejszej cechy: buntu właśnie. Rebelia utracjusza Zawielity zaczynała się i kończyła przy, w, pod butelką.

Płacę "chirurgowi". Żegnamy się dość chłodno, jakbyśmy mieli do siebie pretensje: no - że poszło za łatwo, powinien był wcisnąć mi kompletny szmelc, silnik popowodziowy - i stać się moim domownikiem, uczynić z niekończącego się remontu stałe źródło dochodu, kasować tęgie złotówy za byle pierdnięcie, potem - za samo pojawienie się w robocie.

Mnie jest żal kasy, to oczywiste. Nic dziwnego, ze rozstajemy się w nieprzyjemnej atmosferze.

"Rytualny przeszczep lusterek" - tak mógłbym zatytułować kolejny rozdział powieści. Melodramatyczno-nastoletnie, w takim tytule brak tylko wampirów i licealnej miłostki.

Deska rozdzielcza. Tu mam problem, nigdy nie rozbierałem samodzielnie niczego bardziej skomplikowanego i większego od długopisu.

Dobra, jakoś poszło. Z pomocą wezwanego w sukurs Janusza, ale to szczegół.

Fotele - również wymieniamy we dwóch. Z niezużytych - na edkowe, będące w katastrofalnym stanie.

Lusterko wewnętrzne.

Na płaszczyźnie car audio - również deremont: sprawny radiomagnetofon zmieniamy na niedziałającego elektrośmiecia. Grunt, że z wozu mego "idola".

Przerzucanie artefaktów, to nic, że bardziej zniszczonych; wypieranie lepszego przez gorsze, więc przewrót bądź co bądź kopernikański.

Wykazywanie się antyopurtunizmem: stawanie dęba, okoniem, naprzeciw trendowi, zbrzydzanie i psucie ledwie odratowanego wozu, zamiana części na starsze, gorsze (wyjątek: koła; jeszcze mi życie miłe. Resztki dwóch poedkowych felg nadają się tylko do położenia w ogródku; nic, tylko pomalować na złoto-różowo i posadzić w nich rośliny, zasiać maciejkę, czy kolczastą gruszkę).

Hołdowanie jednej, niezmiennej i niepodważalnej zasadzie moralnej:...

- ... dwudziestkę podaj - carodziej wyciąga lepką od smaru dłoń. Grzecznie spełniam prośbę.

Do wieczora ogołacamy szczątki malucha w kolorze yellow bahama ze wszystkiego, co dało się przekręcić; zostaje z nich skorodowany szkielet bez podwozia, podłużnic, bez ducha byłego właściciela. Truchło z oderwanymi jajami i wszytym na to miejsce esperalem, wykastrowany, nieedkowy wrak wraku.

Co mi dała ta przekładka? Mobilność para-edkowego auta, pozbycie się nienaprawialnych części. Zrobiliśmy co prawda atrapę, ale mniejsza z tym.

Wiecie, jakie to uczucie siedzieć na fotelu, trzymać kierownicę, patrzeć w szybę pochodzącą z samochodu swego idola-nie idola, guru-nie guru, wreszcie: PROWADZIĆ TO AUTO?

Jadę cadillackiem Piłsudskiego, prezydenckim lincolnem continentalem SS-100-X, w którym zastrzelono Kennedy'ego, ZiSem Stalina, ZiŁem Breżniewa i Czernienki, kieruję landarą każdego kacyka w dziejach, od Pol Pota, po obecnego prezydenta Botswany.

Coraz szybciej, szybciej! Mam dość mdlącego kołowania wokół studni, wypadam na polną dróżkę. I hajda - spinam malca ostrogami, jak mawiał kumpel z liceum - "daję zrywa".

Przed przednią szybą eksplodują gwiazdy. Kosmos, wzburzony, zagotowany w wielkich fajerkach na osmolonym saganie, wrze. Buzują litery moich wszystkich listó pożegnalnych.

Przez moment jestem Jureczkiem - Królem samobójców, celebrującym nie tyle śmierć, co parcie ku niej, pompatyczne i do bólu żałosne zmierzanie z całym orszakiem, w lektyce, z koroną na głowie, z nabzdyczoną miną.

Objeżdżam Kwirewkę, znaczy - zwiedzam więcej, niż Wszechświat. Ogarnia mnie smutek starych, kamiennych, budowanych przez setki lat katedr. Łączę się z milczącymi głazami, do tego - ślepnę, by przypominać proroka - Raya Charlesa, ulicznego grajka z Włodawy-Hawany.

Bazyliki pełne poważnych bóstw, ciepłe ołtarze i rozgrzane do białości konfesjonały. Moja skłonność do wymyślania bzdur, które śmiem nazywać wierszami.

Szampon do pieczenia włosów, pożywka dla ludzi-drodży, trutka na dziewice.

Pustynnienie, kobiety wywrócone na drugą stronę, by wyschły. Ich starzy mężowie z kryształkami soli na wargach.

Głupawe bon moty wypowiadane przy kieliszku przez wąsatych wujaszków.

"Jak się chce - można zgrzeszyć i w smarcie", "Jak się chce upić - to i herbata - wódka".

Okrążam mikroświat, staję się kometą wystrzeloną z przeolbrzymiej armaty. Raz nad milion lat przelatuję nad swoim dawnym domem.

Ze smutkiem patrzę, jak matka coraz bardziej rehandianieje, staje się obca, zmienia gatunek na wrogi mi, drapieżny.

Wiem, powinienem być wyrozumiały, od ponad trzech lat przekwita i jakoś nie może zmenopauzieć, wyjałowić się. Wszystko ją denerwuje i sprawia, że ma ochotę wrzeszczeć.

Nawet durny film w tiwi, niepozmywane naczynia, czy moja labilna orientacja seksualna, która na dobrą sprawę powinna ja gówno całe obchodzić, ale co zrobić - na okołokwirewskie tereny nie dotarła jeszcze cywilizacja, dwudziesty pierwszy wiek; tu ciągle tych krwiożerczych sodomitów ubija się widłami, tłucze przez łby kłonicą, że o odsądzeniu od czci i wiary nie wspomnę. Kto to widział, by takie sprośności czynić dwie wsie od kościoła, świątyni pod wezwaniem Chryzostoma Eremity-Prawiczka?!

Wjeżdżam w chaszcze. W grzęzawisko. By choć przez chwilę poczuć się jak Edek tonący po pijaku w rowie pełnym błota? Może...

Działam intuicyjnie, na czuja, niejako kierowany instynktem antysamozachowawczym. Z zaświatów dobiega bełkotliwy głos, wyciągają się mocno nadgniłe ręce i chwytają malucha.

Potępiona dusza grzesznika nad grzeszników rozpoznaje w składaku części swego wehikułu: drzwi, błotniki, przednią i tylną maskę w kolorze yellow bahama. Karze mnie - ślepe dziecko, za fanatyzm, zbyt wybujałą wyobraźnię, gargantuiczną fantazję. Miażdży dłońmi wielkimi jak wrota stodoły. Bo śmiałem chcieć być taki jak on - luzacki, psychopatycznie nie przejmujący się konsekwencjami życiowych wyborów, nonkonformistyczny. Bo zamiast szukać dziewczyny, chłopaka, pracy, meblować sobie pomalutku życie, świadomie ładowałem się w alkoholizm, wpełzałem w ekran komputera, jakbym miał nadzieję, że odnajdę tam cienie zabitych na niewybuchłej wojnie przyjaciół, rodzeństwo zaginione podczas katastrofalnego trzęsienia ziemi, albo porwanych przez Cyganów synów i córki, progenituraski spłodzone z kobietami, które były na tyle nieśmiałe, że nie odważyły się przyjść na świat,

kryły się, podobnie jak ja, w ciemnicy, dokonały tam żywota, co się nawet nie rozpoczął, zestarzały się i zmarły z nieistnienia.

Zawielita-sybaryta krzywi się z obrzydzenia na mój widok. Jak coś takiego, ksobne, wycofane, aspołeczne, unikające jakichkolwiek relacji interpersonalnych, dzikolud, którego nawet własna matka nie kocha, a ludzie we wsi traktują jak jeśli nie całkiem pomylonego, to na granicy szmerglasa, zdolnego do wszystkiego i niczego zarazem, bo z jednej strony - kto może być pewien, co takiemu po głowie się szwenda, może planuje zamach na starostę, albo prezydenta Lublina, wybiera się z bombą domowej roboty do magistratu Włodawy, albo na dożynki,z drugiej - to przecież indolent, mruk i nieudacznik, nawet, jeśli obmyśla zbrodnię - jego plany i tak spalą na panewce, ma dwie lewe ręce i w zasadzie dobrze, że pochował się za życia - unika przez to porażek, kompromitacji, oszczędza sobie wstydu.

I teraz to coś, robak, który założył zbroję i twierdzi, że jest rycerzem, karaluch w todze, wesz udająca tygrysa, śmie zajmować miejsce Edka! Ta zniewaga krwi, wyprucia flaków, gwałtu co najmniej wielokrotnego, analnego wymaga! Żałosny noł-lajf, co tylko trollować potrafił, nie istniał poza internetem, zgrywa kozaka, pijusa, Edka nad Edków!

Rzężenie. Silnik rzyga, dogorywa, dusi się błotem. Trzęsawisko pochłania świeżo odremontowany samochodzik. Szumią pałki, parę z nich pęka i wsypuje do wnętrza kaszlaka szumujące nasiona. Ejakulat, lepki i paskudny.

Muł to zdychający ptak. Okrywa mnie zgniłymi skrzydłami. Konwulsje, przedśmiertne podrygi. Moje i jego. Taniec sardynki w zardzewiałej puszce. Próba wyrwania się? Wręcz przeciwnie: celebrowanie ciasnoty, wariacka fiesta z radości, że jest się zamkniętym. Wydrapywanie inicjałów na blaszanych ścianach. Czyich? Grubaska, którego n-ty miesiąc wyrzucam z pamięci, jak widać - z marnym skutkiem.

Niepoznanej Margdy, którą kochałem nad życie. Nad śmierć. Nad kompa. I która wyblakła, utleniła się, jest teraz kostką niejadalnego smalcu, płytą DVD, której nie da się odczytać. Za dużo rys. Największa i najgłębsza szrama na dwa palce - biegnie przez in inicjały, personalia. Zaciera je.

Reaktory zostają wygaszone, oficjalnie - ze względów bezpieczeństwa.

Nie daję się nabrać rządowej propagandzie, sprowadzonemu do parteru, do szczekania językowi prasy, Telewizyjnego Dziennika VAYANOVSKIEGO, który leci na wszystkich kanałach, zastępuje Wydarzenia, Teleexpress, Wiadomości.

Nie denerwuje mnie hegemonia Ruskich, ich monopol na dostęp do informacji.

W bagażniku malucha - potwora Frankensteina ukryłem cały zapas wiedzy, jaką jaką przez lata udało mi się wycisnąć z Wikipedii. Zamarynowałem, starczyło tego na dwa pięciolitrowe słoje. Dużo, mało?

Nie mnie oceniać, jestem tylko przypadkowym konsumentem, idę jak ostatnia roździawa z niedomkniętą buzią, nawet nie czuję, co do niej wpada, czym jestem mimowolnie karmiony - smarem, lakierem do włosów, samozapalającym się mięsem białego nosorożca północnego (przeze mnie giną gatunki bezbronnych zwierzaczków, jednak jestem bardziej gruboskórny, niż wspomniany nosorożec i i mam to kompletnie w dupie).

Fiacik grzęźnie w szlamie, ciężkie i niewidzialne ręce Edka wgniatają go po dach. W koleinie zapada ciemność. Nieprzenikniona. I cisza, gruboziarnista, trąca o skórę niczym papier ścierny.

Czy da się mnie odszorować z idei, chciejskich mrzonkiad, zdrapać misternie utkaną, niemożliwą do rozplątania pajęczynkę powiązanych ze sobą (ciaśniej się nie da!) fobii, obsesji, nałogów (maluchoholizm drżenny), zedrzeć z człowieka kokon?

Cholera, przecież nawet bałem się zwierzyć komukolwiek z tego, co mnie trawi i trapi, w obawie przed wyśmianiem, kompletnym niezrozumieniem.

Ileż razy przeprowadzałem autodiagnozę, skanowałem łepetynę w poszukiwaniu wirusów, programów szpiegujących, rozmaitej maści różowego maleware!

Wiecznie z tym samym skutkiem: wosk przelany przez klucz formował się w głowę psa, z wróżby wychodziła tęga zjeba, że przewróciło mi się w dupie i powinienem znaleźć chłopa, który porządnie mnie zerżnie, tak, że przez ruski, VAYANOVSKI miesiąc na tymże dupalu nie usiądę.

- Użalaj się bardziej, Tomuś - szydzi dobiegający spod kierownicy, znajomy głos. Ciągnie się, niczym rzadkie ciasto, skleja na końcach wyrazów, rozwleka przedostatnie sylaby.

- Masz przed sobą ostatnią powieść, najdłuższą książkę w dziejach polskiej literatury; epopeję, której nikt ze śmiertelników nie jest w stanie przeczytać, bo zwyczajnie nie starczy mu życia nawet na pierwszy tom. Więcej - nie dojdzie nawet do końca pierwszego zdania, rozpocznie je jako pacholę ledwie umiejące składać literki, umrze jako superstulatek w poczuciu niespełnienia,

Niczego przed sobą nie masz, roisz zbyt wielkie, kosmiczne byty, zamiast słuchać języka chaszczy, próbować porozumieć się z trutniami, czerpać wiedzę z kolców opuncji i słojów ściętych w ubiegłym, roku dębów, poznawać chropowate narzecza kory i skał.

Starasz się objąć Boga,w którego nie wierzysz. Przyszedłeś do niego na pogaduchy z plecakiem. Na wstępie, bezceremonialnie, jakby był twoim ziomem z jednej klatki, bramy, współćpunem, każesz zapakować sobie dwie - trzy konstelacje, fifki, zapalniczki, strzykawki.

Mówisz, że zapłacisz kiedy indziej, musi trochę poczekać, teraz jesteś pod kreską, ale takiej solidnej firmie można ufać, bo czy poeta kiedykolwiek kogokolwiek okłamał? Nie ma takiej opcji, nacja bajarzy, plemię Rymian jest ultraprawdomówne i szczere, jakby z własnej woli, zamiast poczciwego browca wolało łoić serum prawdy.

Nie przyjmujesz do wiadomości odmowy. Naciskasz, nalegasz, podnosisz głos. Walisz pięścią w stół-chmurę, jakbyś zapomniał, z kim masz do czynienia.

Wreszcie: posuwasz się do gróźb, straszysz, pardon - jedynie uprzedzasz, że nie z takimi cwaniakami da się zrobić porządek, nauczyć moresu jak psa, co nie chce aportować patyka, gardzi rzuconym frisbee, a przecież od tego jest, jego sobaczy los ma polegać na bezustannym spełnianiu poleceń pana i władcy, który pozwala kundlowi żyć, nie zabija z wiatrówki, okazuje tym samym bezmiar łaski, filantropię, hiperdobroczynność, zalewa zalewa zwierzaka cierpką, smakującą jak kwasek cytrynowy, interesowną empatią.

Za wysoko zadzierałeś nosa, Tomeczku, na dodatek wmawiałeś sobie, że siedząc w zamknięciu jesteś cichym i pokornego serca, poczciwym i prostodusznym eremitą, który zrezygnował z uciech doczesności dla wyższych celów, jest prowadzone przez niewidzialne dla innych światło boskiej latarni.

Łżesz, okłamujesz się, nie chcesz przyjąć do wiadomości, że to rekluzywność jest największym hajem, poza pokojem, który zmieniłeś w escape room nie do opuszczenia w jednym kawałku, komnatę tajemnic, gdzie poukrywałeś dziesiątki listów pożegnalnych - nie istniejesz.

Wypościć cię z klatki, dobrowolnego więzienia na dyskotekę - to jakby cię zabić, przejechać tirem. Kilkakrotnie.

Podejść z uśmiechem i spytać, czy się podobało.

W psychice zaszły nieodwracalne zmiany, zdecywilizowałeś się, bo słowo "zdziczałeś" nie dość trafnie opisuje twój stan ducha. Nie jesteś dziki, zwierzęcy, raczej gamoniowato-bojaźliwy, pokrywasz się mchem. Od wewnątrz porasta cię śródziemnomorska, skarłowaciała roślinność. Endoflora pełna kolców.

Czemuś się uczepił obrazu agaw, opuncji, piaszczystych wysp? Kolejny przypadkowy fiś, fiksacja podróżniczo-mitomańska, rojenie sobie, co by było, gdybyś obudził się mając inny charakter, zechciał nie tyle wyjść z domu, wyjechać z Kwirewki, ruszyć w świat - i to bynajmniej palcem po mapie, jak najbardziej na serio - co... pożreć się, połknąć w całości i strawić. Wierzysz, że wtedy odnalazłbyś dalekie krainy, co więcej - stał się jedną z nich, Sardynią - wyspą jak sto wulkanów gorącą, Kubą pełną starych samochodów (są i fiaty 126!) z namalowanymi aerografem na maskach i drzwiach podobiznami El Comendante; Kostaryką, najmniejszą wyspą Bahamów - Postrzelbią, niezamieszkałym skrawkiem piaszczystego (kolor malucha!) zadupia, gdzie nawet mewy się zawracają (jedyny plus - absolutnie nie ma zasięgu, tam nie dotarli kacapscy hegemoni z VAYANOVKI), a zamiast palm rosną jedynie kaktusy.

Marz, Tomuś, opij się pysznego błocka, otul puchową kołderką z okwiatu pałek wodnych.

Udawaj wspomnienia, kłam, że żyłeś. Pluj do ucha, może uwierzysz. W najgorszym wypadku - utoniesz we własnej ślinie.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania