Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Neglerioza rozdział XXXII.

XXXII. Erudyciarnia

 

- Naprawdę coś ze mną nie tak... - myślę zanurzając się w bajorzastą toń. Tomek-Szuwarek wypływa na poszukiwanie straconych szarych komórek. Bridget Wojciechowska w pogoni za rozumem.

Ścigam się z myślami, próbuję zapanować nad ich chaosem, poskładać jako-tako do kupy, jeśli nie wszystkie, większość, to co najmniej co dziesiątą (przypomina to próbę tresury mrówek z ADHD), dochodzę do szczeniackich, nie przesadzę stwierdzając, że niegodnych dorosłego człowieka wniosków.

Podważam drugi, trzeci, osiemnasty czerep ukryty pod czerepem właściwym, wyciągam pliki z myślami. Wszystkie - albo różowe, albo w plastikowych pudełeczkach z nadrukowanym Pikachu, albo marvelowskimi superbohaterami. Obciach, wstyd, żenada, niemęskość, sprowadzenie siebie do roli przerośniętego drugoklasisty. Tonę, biedabryka, w której siedzę, zapada się w bagno i pewnie przyjdzie mi zdechnąć, żałośni i kuriozalnie, bo przecie dałbym radę się oswbodzić, bez żadnego trudu wydostać z poedkowego malucha, a jednak nic sobie nie robię z narastającego zagrożenia, jakbym obserwował siebie na ekranie telewizora, monitorze komputerowym, był ludzikiem popierdalającym między prostokącikami, w labiryncie owoców, postacią z gry na gameboya, czy inne przenośne klikadło do zabijania czasu. Jakby nie tyczyło mnie wszystko, także to, co ważne, święte, niosące natchnienie, albo śmierć, co może skrzywdzić, ocalić od własnej głupoty, podniecić, albo ośmieszyć.

Czuję, że niejako odłączyłem się i nie znam tej osoby za kierownicą, a nie jestem na tyle empatyczny, by przejąć się losem kompletnie obcego kolesia.

Myśl, jaka przychodzi do głowy jest najszczeniacka, najbardziej absurdalna, jaką znam. Wyrazić ją, wyartykułować, to jak strzelić sobie w stopę. Z panzerfausta.

Podobają mi się stare komputery w zżółkłych obudowach. O zżółkłych monitorach, klawiaturach.

Uważam, że to dodaje im powagi, nobliwości wręcz, jest niczym patyna na miedzi, albo bokobrody, siwizna u ludzi. Moim zdaniem próby odwrócenia procesu zżółknięcia, najnaturalniejszych objawów starzenia, traktowanie obudów monitorów i jednostek centralnych commodore i apple z lat osiemdziesiątych i starszych, diabelską miksturą pod nazwą RetrObright jest istnym barbarzyństwem. To jak robienie komuś wbrew woli operacji plastycznej twarzy, naciąganie na siłę policzków, wypaczanie rysów i twierdzenie, że to dla dobra zainteresowanego, który pragnąłby starzeć się z godnością, nie zmieniać w swoją własną karykaturę.

Uświadamiam sobie, że jednym z głównych powodów, dla którego kupiłem od Żmii i Lecha wrak malucha był jego kolor, yellow bahama - jako żywo przypominający barwę zżółkłych, komputerowych obudów z ABSu. Potrzebowałem uberstarocia o wyglądzie zdradzającym wiek, odświeżonej padliny, puchnącego od konserwantów cielska zdechłego trzydzieści lat temu psa, które cwaniacy próbują sprzedać twierdząc z przekonaniem, że wierniejszego i bardziej posłusznego pupila nie znajdę w całym województwie, o - już mnie polubił, patrzy z miłością, szklanymi oczkami (przyrodzone wyjadły muchy, ale to szczegół).

Musiałem (może kiedyś w pełni pojmę, czemu, może prawda nie zostanie mi objawiona nigdy) zanabyć grata o wyglądzie grata, rzęcha sprawiającego wrażenie, jakby prezydent Narutowicz, albo Stanisław August Poniatowski nim jeździł, wymykał się nocami dla niepoznaki takim właśnie pierdojazdem do carycy Katarzyny. Potrzebny był mi "strucel" z historią, słynny, choćby lokalnie.

Podejrzewam w tym reminiscencje swojej... kto wie, czy nie największej miłości. Co ma jedno z drugim wspólnego, czemu z tęsknoty za znienawidzonym (sic!) facetem postanowiło mi się kupić (niejako w zastępstwie? E tam, nie jestem chyba aż tak popieprzony, mam zwichrowaną osobowość, ale nie do tego stopnia, by szukać sobie na siłę fetyszy, blaszano-gumowych lalek, zastępować człowieka wrakiem samochodu; co do kurwy - aż tak mi odbija?) zabawkę. Towar zastępczy. Starać się przekierować myśli na inny tor, rzucić się w wir wymuszonej pasji, oddać jej bez reszty.

Błoto wlewa się do nozdrzy. Jest mnie trzech (darujmy sobie konotacje religijne, nie ma w tej liczbie nic boskiego, doskonałego, ani w ogóle wartego uwagi; równie dobrze mógłbym rozmyślić się na sto osiemnaście kawałków): pierwszy, wyedukowaniec nie umiejący się nawet podpisać, modyfikuje gramatykę języka angielskiego, poprawia tłumaczenia Romea i Julii, uwspółcześnia je (fridge jest pomocne, refrigerator to zły duch zakazujący parze głównych bohaterów być razem; drugi, bardziej przypominający "mnie właściwego" otwiera właśnie muzeum Edwarda Zawielity, słynnego bon-vivanta, podróżnika (od sklepu do sklepu), obieżygminy; zaprasza do mojej stodoły (placówka tymczasowa). Na razie udało się zgromadzić jeden eksponat, ale jaki! Istny wehikuł czasu, karocę przenoszącą lokalnego birbanta nad birbantów z imprezy na imprezę. Z kwirewskiego świata - w inny, bardziej szalony!

To trzecie, które usiłuje zapomnieć, że łączą je ze mną jakiekolwiek wspólne cechy; małe i złe, wiecznie zapłakane Tomię, wpatruje się w wyłączony monitor. Ciekłokrystaliczny LG o nie zżółkłej (szkoda, wyglądałaby oldschoolowo!) obudowie.

W nieprzeniknionej czerni widzi, pieprzony fantasta, twarz J. (mniejsza o imię, i tak nikomu nic nie powie, a nie chcę, boję się go wypowiadać, tak wiele dla mnie znaczy, tak bardzo się go boję) - kobiety, z którą było mi tak dobrze, że aż robiłem wszystko, by mnie rzuciła (tania, gówniarska zagrywka, najczęściej stosowana przez dziewczyny, dwulicowe suczki, które wolą poodpierdalać gierki, niż zwyczajnie, uczciwie odejść pierwsze),a gdy nie pomagały nawet najcięższe pijaństwa i wszczynanie awantur o pietruszkę - wymogłem na niej rozstanie. Co było - patrząc chłodnym okiem - konieczne. I czego nie mogę sobie do tej pory wybaczyć.

J. - Królowa Długopisów, która dała mi w prezencie urodzinowym całe pudełko BICów, "żeby ci wystarczyły na całą powieść" (od czasu zerwania nie śmiałem dotknąć tych taniuchnych relikwii, artefaktów cywilizacji, która zginęła w jakiejś bzdurnej katastrofie, pamiątek z wycieczki do małego, nieco obskurnego Raju);

J. Pracująca Dorywczo, roznosicielka ulotek (olewała, jak chyba każdy zrobiłby na jej miejscu, tak "odpowiedzialną i społecznie użyteczną" para-robotę, i do dziś w sieniach, za kotarę leży sięgający niemal do kolan stos zaproszeń na otwarcie włodawskiej pizzerii Gekon, oczywiście - ich też nie wyrzucam, choć nie mają wspólnego z osobą J; jak widać - sentymentalizm to ciężkie, francowate zaburzenie charakteru);

J., Która Zapomniała Srebrnego Łańcuszka "zatrzymaj se" - słyszałem za każdym razem, gdy - już po rozstaniu - usiłowałem go zwrócić; wisi, jak wyrzut sumienia na szyi trzymającego w łapkach serduszko, pluszowego misia, który, podobnie jak ja, ma w oczach same łzy);

J. - Natchnienie; Poetycka, Prozatorska, Epicka;

J. Wiejska, Pocieszna, dobrze znana bozia, portret w ramce z polnych kamieni, z włosami przetkanymi zbożem, ostem i łopuchem rozmaitem, odświętna na co dzień, tyleż romantyczna, co smutna, J. Dolorosa, gdy znów byłem na bani;

J. - Skała pokryta siateczką hieroglifów, pismem ślinowym (sam też złożyłem autograf, oczywiście ani myślałem podpisywać się prawdziwymi personaliami, wyryłem "Indiana Jones was here");

J. zmieniająca się w monetę niemą, pozbawiona napisów i innych znaków umożliwiających bliższą identyfikację, blednąca; J. z zatartymi inskrypcjami;

J. nie świecąca w ciemnościach, by nie być jak tandetne, odpustowe figurki, jakie czasem kupują stare dewoty; analogiocznie: J. nie napełnialna wodą święconą, stroniąca od tekstów bardziej natchnionych, niż książka telefoniczna województwa bialskopodlaskiego, nieaktualna i przez to urocza;

J. grająca w skojarzenia, więc niejako wszech-J: borówka, borowanie, bór, borowik, borowina, Bormann;

J. wydająca mi absurdalne polecenia ("przetocz się przez lamparty na księżycu, nie, nie tym - mniejszym"), które bez słowa sprzeciwu wykonuję;

J. gwałcona przeze mnie, zarzynana, bita, całą w strzępach; J. rozerwana od pasa w dół, redeflorowana każdego wieczora, skanibalizowana, w częściach. A każda przypadająca innej, nieznanej nam obojgu kobiecie.

Rozdzielam cię, J., rozdaję pierwszym lepszym brzydulom , dziwkom, kłótliwym przekupom. Nie jesteś jak komunikant, porównałbym cię raczej do jadłodajni dla bezdomnych. Ratujesz im życie, ocalasz od śmierci głodowej. Żadna,c o było do przewidzenia, nie jest ci wdzięczna, odchodzą napuszone, z minami, jakby po latach walki, procesowania się dostały wreszcie, co im się prawnie należało, siakieś dobra rodowe, kolie po prababkach, czy inne precjoza, które chciałaś bezczelnie zagarnąć.

Czy widzę cię w każdej mijanej kobiecie? Wręcz przeciwnie: każdą obdarzam twoimi cechami. Nieważne, jak bardzo na początku się różnicie: nie ten wiek, rasa (dwa razy w Białej Podlaskiej, po drugiej stronie ulicy szła Murzynka), kolor oczu, włosów, a nawet zębów - i tak summa summarum stajesz się każdą, nawet zgrzybiałą staruszką. A ona - tobą.

Rwę cię i rozrzucam w tłum z włodawskiej, ratuszowej wieży, opisuję podając fałszywe cechy. I mutujesz, słowa na ekranie kompa zmieniają się samoistnie.

Próbuję wyrzucić cię z pamięci / pamiętać aż do bólu / znów zapomnieć.

Jednego tylko nie jestem w stanie: beczelnie kłamać na twój temat. Pan Bestia płacze, że "would do anything for the love (and oblivion!), but he won't do that".

J. kolczasta jak opuncja, kojąca, niczym koktajl z czystego spirytusu z dodatkiem aloesowego mleczka.

Ty - bieg, choć nie ma dokąd, wszystkie drzwi - zamknięte, a drogi zawiązano w gordyjski węzeł, supełek by nie zapomnieć, kto był, jest i pozostanie jedyną osobą, do której czułem cokolwiek innego, niż obojętność (nie wiem, co plotę, przeczę sam sobie, sorry, Łukasz).

Byłem letni, ambiwalentny, niedogotowany. Wrzałem stając się jednocześnie pustakiem, budulcem, z którego mogłoby powstać więzienie, strzeliste wieże katedr koncentracyjnych, baraków klasztornych.

Dałoby się ze mnie wznieść tyle ścian, zbudować przenajpaskudniejszych dewocji, fanatyzmów komór-dyskotek gazowych, gdzie trwałaby niekończąca się, bo ostatnia impreza, że... musiałem podłożyć bombę, usiąść za sterami dwupłatowego myśliwca i wbić się nim w mur niepowstałego budynku.

Czułem, że im głębiej będę kochać, tym większą to się skończy katastrofą.

Trach! - i nie ma, boeing 126p idzie na dno trzęsawiska.

J. - moja mała Lili Elbe przechodząca trzydziestą tego wieczoru operację korekty płci. Zmieniona w kobietę, potem w twardy, męski, wstydliwy strach.

Następnie - znowu w kobietę-mnie.

Kaktus totemiczny, który obejmuję, aby się pokłóć. Ból to rodzaj ślepej i bezkierunkowej modlitwy, podobnie, jak gardłowy krzyk, bez słów. To szczególna odmiana tępej, nieoświeconej, prymitywnej i dzikiej wiedzy, pierwotnego czucia, poza- a raczej okołozmysłowego połączeń między światami.

To gra na cieńszych od pajęczyn linach spajających płaszczyzny, niczym na strunach skrzypiec. Obłąkańcze pizzicato.

I nagle, gdy jestem w trzech formach, osobach, w trójnasób zalany bajorzyskiem błotnym, cuchnącą wodą z rowu, coś niesłychanie małego podrywa mnie i wyciąga z topieli.

Nie są to ogromne dłonie tego, czy innego boga, ani żadna wielka, ponadludzka, ponadnaturalna siła.

To małość, zatopienie się we własnym milczeniu, asceza. Crescendo-przygaszendo.

Trudno to lepiej opisać, wyartykułować co czuję, splot dziwnych stanów, wszelakich somatycznych bolączek, używając słów, mowy, gestów...

Naprawdę - zostaję zabrany z wraku tonącego malczana przez... ciszę. wiem, że w realnym świecie to, co mnie wyrywa jest jej zaprzeczeniem, ma głos, nie najprzyjemniejszy zapach, fetor właściwie - potu i smaru; że to twarde i bocheniaste łapy Antka Trochimiuka. Słyszę jego charkotliwy, półzwierzęcy głos, czuję woń szlugasów domowej roboty.

Klnie, wyzywa mnie od najgorszych, że pijak, żul, menel, alkoholik (jakby sam był lepszy!), że zachciało mi się jechać czort wie gdzie, pewnie do burdelu jakiego (sic!), znów na chłopy, cała wieś ma pośmiechowisko z ciebie, pederasto cholerny, nalał żeś mordę i sam nie wiesz, co robisz, życie ci, zboku, ratuję, no wyłaź, ile będę ciągnąć, nie zapieraj się nożyskami, bo połamię...

A ja dryfuję w ciszy. Nie określiłbym tego jako sen, malignę, letarg. Wyskoczyłem zwyczajnie na moment z własnego umysłu, jak wyskakuje się z pracy na lunch, papierosa, czy piwko.

Lecąc mijam kłujące wyfizdrzenia. Przez chwilę wraca pamięć poprzednich wersji, znów jestem chłopakiem / mężem / partnerem iriEi, nasze dzieci bawią się w Rehandian, duszą się, dźgają plastikowymi bagnetami. Karcę, próbuję tłumaczyć, że tak nie wolno, usiłuję grać surowego ojca, Katona, ostatniego sprawiedliwego w mieście, którego nazwy nie pamiętam, ale nie zdziwiłbym się, gdyby brzmiała VAYANOVKA; wcielam się w rolę moralisty, choć jestem ostatnią osobą, której to wypada.

Zostaję wyśmiany, gówniarze mówią, że uciekłem, jak niedojrzały tchórz i mam się zamknąć, wstydzą się, że taka wesz, kanalia, gnida, psie gówno jest, a raczej było ich ojcem.

Nie przejmuję się tym, choć może powinienem strzelić je w niewyparzone mordziaki, nauczyć szacunku do młodszych (w końcu to mój n-ty los z kolei, one - chyba zatrzymały się na pierwszym, uznały, że pierdolą całą tę reinkarnację, wędrówkę dusz z plecakiem pełnym konserw turystycznych, biwakowanie w zaświatach; zapełnianie kart pamięci komórek zdjęciami z miejsc, których i tak nie będą pamiętać).

Nie jestem w stanie stwierdzić, czy zachłysnąłem się szlamem, naciągnąłem błota do płuc i umieram, to ostatni gag komedii, agonia kończąca film z de Funesem, Chaplinem i Jasiem Fasolą, których z konieczności przyszło mi zastępować (na godzinę przed rozpoczęciem zdjęć odmówili udziału, a show - jak wiadomo - must go on).

Może to jedynie piosenka - przerywnik, murmurandowy utwór bez słów, przerwa na reklamy, plansza z napisem "Za chwilę dalszy ciąg programu", albo wielokolorowa kontrolka, taka z TVP, rycząca monotonnym dźwiękiem, syreną, która niczego nie obwieszcza, pustym, conocnym ostrzeżeniem, nakazem snu, niewypowiedzianym "Nie widzisz, idioto, że tu nic nie ma? Gaś telewizor!".

Może to złuda, cuchnący, szlamowy miraż, torfomorgana, błędny ognik szlajający się pomiędzy pałkami i straszący bobry, wydry, wszelaką, mieszkającą w zakwirewskich lasach zwierzynę. Może tego nie ma, krzesło, na którym siedzisz, twój granatowy sweterek, włosy ciasno związane w koński ogon bzdurzą mi się podczas najnormalniejszego w świecie zdechu.

Wiem jedno - widzę cię, J. Jak "żywą". Biorę ten wyraz w cudzysłów, bo wiesz, jak jest. Biegniemy przez warstwy, doganiamy siebie, by wyślizgiwać się z rąk, wymykać i chować w mysie dziury, tracić się z oczu.

Siedzisz nienaturalnie sztywno, aż chciałoby się zapytać, czy smakował kij od mopa, który musiałaś połknąć, albo zażartować, że urzędaska, bo masz masz zbyt zaciętą i wrogą minę, by określić cię milej - "urzędniczka" - to taka starsza wersja kujonki-podpierdalaczki, szkolnej lizuski, której nienawidzi każdy, nie wyłączając nauczycieli.

Wpatrujesz się w klawisze trzymanej na kolanach maszyny do pisania.

Klak! Klak! - pokwakuje sfatygowany mechanizm.

Poznaję cudo - to jasnoniebieska Lettera 32 Olivetti, najdroższa maszyna świata (czytałem o niej artykuł w necie), na której Cormac McCarthy napisał "Rącze konie", "To nie jest kraj dla starych ludzi", "Drogę".

Historyczny sprzęt z 1963 roku sprzedany na aukcji za 250.500 dolarów. Podniszczony maszynorzęch ze zdartym lakierem. Precjozny rupieć.

Podchodzę na nogach jak z waty.

- Cześć - zagajam nieśmiało, bez polotu, bez sensu. Bez języka, mruczę to litym błotem, czystą rdzą uwolnioną z poedkowego gardła.

Pożarło mnie bajoro, wcześniej - maluch. Jestem trupem, więc wolno mi gadać od rzeczy.

Nie odzywasz się, zaaferowana klepaniem w klawisze. Otulona biało - żółtą mgłą, wrośnięta w obudowę z ABSu, przypominająca, przynajmniej z twarzy, Evelyn McHale, dwudziestotrzyletnią księgową, która 1 maja 1947 roku skoczyła z tarasu widokowego Empire State Building i spadłą prosto na dach limuzyny ONZ.

Najpiękniejsze, jak się wówczas mówiło, samobójstwo w historii. Kultowe zdjęcie. Kultowa mina. Słodka drzemka w pościeli z pomiętych blach.

Bez słowa, unikając kontaktu wzrokowego, jakby szczerze nienawidziła, czułą do mnie obrzydzenie, nerwowym gestem wskazujesz nieduży, kawowy stolik, na którym piętrzy się sterta kartek. Mam brać, czytać, doedukować się, poznać prawdę prawd, czymkolwiek miałaby się okazać, choćby regulaminem hali sportowej włodawskiego MOSiRu.

Biorę jeden karteluch, ze szczytu kopczyka. Gotyckawa, zawijasowata czcionka, jakby sam hrabia Drakula, albo Nosferatu siedział po nocach przy kandelabrze i klepał w buchającą płomieniami, diabelską machinę do pisania.

Lista. Wykaz. Spis. Kogo? Znam ich, aż za dobrze. Boję się, unikam i zapraszam pod skórę, w sny. Na urodzinową stypę, imprezę pożegnalną wyprawioną na dzień przed odjazdem na Marsa (maluch-rakieta już grzeje silniki).

 

"Osobne:

1.) Zmyśleni kumple sprzed paru rozdziałów, - twoi najukochańsi wrogowi, jedyni, niewidzialni przyjaciele, których nie wstyd mieć będąc dorosłym i jedyni, którzy przeżyli twoje dojrzewanie; gatunek zagrożony; chronić, absolutny zakaz polowań;

2.) Margdalena Wojciechowska, alter-ego de facto nie istniejącej osoby; skażona jak ty; dziewczyna o chorym imieniu, bezbronna i niebezpieczna, opozycjonistka na siłę, przykład: zamiast Myslovitz woli zespół Myshejtingz - i nie przeszkadza jej, że nie ma takiego, jednostka potrzebna do prawidłowego funkcjonowania ekosystemu, chronić przed odstrzałem;

3.) grobowce, w których spoczywają komputery o pożółkłych obudowach, puste krypty, lustra zdolne odbijać strumienie energii blasterów

-napisz o tym powieść;

4.) Jureczek Król - prestidigitator i nieuleczalny miłośnik samobójstwa, pomocnik emerytowanego maga, który jest za stary, by udała mu się najprostsza sztuczka; mały, śmieszny człowieczek, któremu najlepiej wychodzi podrzynanie sobie gardeł; chcesz mu w tym pomóc - weź osełkę, naostrz wszystkie noże, jakie znajdziesz w kuchennej szufladzie;

5.) Twój ojciec - zagubiony między kartkami złudnych biografii, załganych pamiętników; osoba tyleż tajemnicza, co niewarta uwagi, prawdopodobnie żyje na Seszelach z nowym partnerem, albo ukrywa się przed Fiskusem pod Cigacicami;

6.) Matka - kobieta-tłuczek, wyżymaczka pralki frani, poetka dnia codziennego., filozofka z magla. Szanować;

7. Rzeczywistość, w której słowo "zakochanie" rymuje się z "popiół", albo "cukierek" (zależnie od pogody i nastroju osoby chcącej napisać wiersz);

8.) Romuś Prirodin i Djordje Wrazić - to dopiero pajace! Zagramaniczni kidnaperzy-kapłani kultu zmienności, składający cię w ofierze. Tak ciut-ciut, po trochu. Doprawiający tobą wielką, kosmiczną zupę. Szczypta do smaku, nie więcej, bo będzie niezjadliwe;

9.) Dareczek Wydwaruk - przynęta, alter-ego, które nie chce się do ciebie przyznać, imitator głosów ptaków, mało znanych polityków, lokalnych papieży. Sen-wabik. Uważaj - łatwo przeradza się w koszmar;

10.) Renata, tak naprawdę dawno zmarła siostra Margdy. Bliższych informacji - brak, więc w zasadzie mogłaby być kimkolwiek. Krążą plotki, że ostała zamordowana przez klienta w domu publicznym (do ustalenia);

11.) Zespół Stawianci - najlepsza kapela w PRL, jako że wszystkie jej nagrania zaginęły - kultowość opiera się wyłącznie na przekazach ustnych. Zespół, który przeszedł do legendy, choć dziś nikt nie pamięta, czym było to motywowane, ani czy na pewno zasłużone;

12.) Przyszłość, której nie dożyjesz: tragiczny wypadek w pierwszej na Ścianie Wschodniej, drugiej w kraju elektrowni atomowej - EA Florgustynówka;

13.) Łukasz Leoniuk - były chłopak. Twój i Margdy. Opas, tucznik, biseksualna góra mięsa, człowiek o sylwetce Bibendum. Tęskni za tobą, choć rozstaliście się w najgorszy możliwy sposób. Milczeć o tym, pielęgnować wspomnienia, ale nie do przesady. Wrócić do niego, na klęczkach, tylko po to, by następnego dnia odejść;

14.) IriEa - najukochańsza współwięźniarka, narzeczona, wdowa po tobie. Również twoje alter-ego. Niewolnica. Iskra zapalna, od której spłonie niejedna przyszła noc.

Symetryczność: ty przeciwko niej. Ty w niej, powracający do źródła tylko po to, by zobaczyć, że już wyschło. Ty obok niej, pijący wodę mineralną ze śmierdzących tanim i cienkim plastikiem butelek. Ty wybierający sztuczność;

15.) Holding VAYANOVKA opuszczający Polskę. Zwijanie biznesu, straty, nasi rodacy masowo pozbywający się komórek. Powszechny strach przed posłuchami. Szepty, metajęzyk, konspiracja. Gesty, tajemne symbole. Dokańczanie budowy wieży Babel;

16.) Zwierzęta na wykładach gender studies. Upowszechnianie się uroczych parafilii. Ludzie zbaczający z utartych ścieżek. Imprezy w krzakach, parady równości; ty i Łukasz wybrani najpiękniejszą parą. Pierwsze miejsce na Nadbużańskim Festiwalu Pogardy;

17.) Agawy, opuncje drobnokolczaste rosnące na grobie Margdy;

18.) Edek Zawielita, brat Lecha, szwagier żmijowatej Doroty, wujek Kuby i Szymona. Postać autentyczna, dumny współwłaściciel johna deere Z-38, w którym pękło mu serce. Nie z miłości. Twój idol, mentor, czerwononosy Yoda, od którego nauczyłeś się panowania nad mocą. Zawartą w butelce wódki. Ktoś, kto wyprowadził się niemożliwie daleko, osiedlił za horyzontem. Biegnij, połam kulasy. I tak go nie odwiedzisz. Czas to groźny pies warujący przy furtce. Gryzie bez ostrzeżenia. Nie reaguje na "siad", ani "waruj";

19.) Bezdenny kretynizm twoich wierszyków;

20.) Lodówki, o których należy wyrażać się z szacunkiem, albo wcale;

21.) No, chyba, że przerobimy je na chłodziarki;

22.) Ten maluch naprawdę ma symboliczny przebieg;

23.) Słońce w kolorze yellow bahama. Chmury, z których sypie się rdza. Ziemia jako wygniłe podwozie. Ani zaprzeczyć, ani potaknąć;

24.) Małżeństwo wieloosobowe - jesteś mężem Łukasza i żoną Margdy. Chcesz tego, przyznaj.

25.) Rehandianowie- strażnicy moralności, dawnego porządku, siepacze szeroko pojętego konserwatywizmu (na ten trąd cierpią mieszkańcy wszystkich światów, płaszczyzn i wydaje mi się, że nigdy nie zostanie wynalezione skuteczne lekarstwo, a walka, nawet na śmierć i życie, jest jedynie leczeniem objawowym), stwory bez uczuć wyższych, twarzy i płci, jednostajni, toczący się siłą bezwładu w dół. Bestie kochające mordować. Tęp ich, strzelaj, wyrywaj z korzeniami, depcz jajeczka, pal gniazda. Staraj się nie myśleć, że to walka z wiatrakami;

26.) Samobójstwo, które pożyczysz od Jurka Króla i oddasz dopiero po parunastu dniach, znoszone i pełne dziur;

27.) Społeczeństwo glam clownów, do którego aspirujesz; koła żywego różańca, do których cię zapisano wbrew woli;

28.) Herstoria: dzieje Ziemi, światów, płaszczyzn widziane z perspektywy twoich żeńskich inkarnacji, czasy, epoki geologiczne, literackie, prądy filozoficzne, kierunki w sztuce, trendy architektoniczne, designerskie, mody przeróżniste - a wszystko z doczepioną spinaczami biurowymi, niedepilowaną, porośniętą gęstymi kłakami, nieuleczalnie wilgotną, arcyuroczą cipuchą;

29.) Abstynencja i jej powikłania: nasilenie się fobii społecznej, ataki paniki;

30.) Każdy uczony dureń, biegły mechanik-inżynier twierdzący, ze złom bez przebiegu to nadal złom - z racji wypowiedzenia tych słów z miejsca przestaje być autorytetem, wszelkie stopnie i tytuły zostają mu dożywotnio odebrane

31.) Chrzanić relacje interpersonalne; siedźmy w pokojach zamknięci na cztery spusty. Pieprzyć związki; bądźmy niewolnikami własnych kroczy. Lepsze to, niż narzeczeństwa, cały ten ślubny parch. Spotykajmy się na domówkach, nieznajomi, obcy sobie - i hajda. W tany. W cug. A potem - z powrotem - do kucz, do ciemnic. W słodki, lukrowany niebyt.

32.) Góralski klub LBGTQ: drag queens w sukienkach z parzenicami, transwestyci wymachujący ciupagami, gej-baca ujeżdżający juhasa. Opisz to.

33.) Promocja w klinice medycyny estetycznej: do każdego wampirzego liftingu - lobotomia gratis! ;

34.) A co, jeśli wąsaty fiakier, który w 1995 roku wiózł twoją matkę na Morskie Oko w rzeczywistości jest gwiazdą gejowskiego porno? Nie opisuj tego;

35.) J. - twoja jedyna miłość, królewna, która straciła dziewictwo z maszyną do pisania. Święta, doktor kościoła, której muzeum prowadzisz. Oboje wierzycie tylko w zmienność, przenikanie się form, płaszczyzny będące w istocie jednością. W niekończący się gwałt (ty - ją, czasami ona - ciebie, najczęściej robicie to na zmianę, zwłaszcza wtedy, gdy żadne nie ma na to ochoty);

36.) Bluzgi, jakimi raczy cię Antek Trochimiuk, wybawiciel, kwirewski superman, heros ratujący pijaków z błotnej topieli. Da się z tych wulgaryzmów uszyć całkiem gustowną makatkę, serwetkę pod i na telewizor, bieżnik na ławę (stylówa a'la Druga Rzeczpospolita Ludowa);

37.) Jesteś demiseksualny. Zapoznaj się z książkową definicją. Wyśmiej ją.

38.) Zmuś się do bycia konsekwentnym. Zacznij od błahych spraw a przekonasz się, jakie to łatwe: graj w podtapianego, trzymaj głowę w bajorze tak długo, aż utoniesz, potem pójdzie jak z płatka, będziesz monolitem. Na razie konsystencją bliżej ci do miału. Pamiętaj - nikt nie lubi ludzi o sypkiej naturze;

39.) U źródła każdej twojej ucieczki nie leży strach. To nie przejawy tchórzostwa, konformizmu, a dojrzała i świadoma wola zaniku, powolnego władowania się do wewnętrznej lodówy, odśrodkowego refrigeratora; chęć stłamszenia wszystkiego, co w tobie gorące, żywiołowe; potem - całkowitego zamarznięcia;

40.) Oto dotarłeś do końca listy zakupów. Sklepik zamknięty, trwa Stan wojenny i musisz się zdecydować: roztrzaskać mi na głowie cud-maszynę i wrócić do świata realnego, zostać przywitany ciężką zjebą przez Antka, czy dalej bawić się w łowcę głów i parodystę w jednym, ścigać, odnajdywać w sobie okruchy sybaryty-Zawielity, drążyć, ostrożnie wyciągać pęsetą mikroskopijne odłamki jego szklanej, czerwonej twarzy.

Stoisz przed zwęglonymi drzwiami supersamu. Wiesz, co jest poza twoim zasięgiem. Rusz głową. Działaj.

...ysynu ...dolony... - sarka śmierdzący fajurami Trochimiuk waląc mnie na odlew w twarz. Plask! Plask! - bryzga błoto.

Tomasz Wojciechowski, którym znowu jestem, otwiera zaklajstrowane szlamem oczy. Przez chwilę jest echem, dudni, powtarza jedno słowo.

Kolce. Kolce. Kolce.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 2 miesiące temu
    Erudyciarnia... no tak:)
    Znakomity spis haseł ( w tym postaci) z Negleriozy spod ręki J. No dużo tu się wyjaśnia.. Ta J. to chyba jedyna oddzielna postać, znaczy od zwielokrotnionego Tomasza. Bo zaczynam widzieć wszystkie osoby powieściowe poza nią jako uosobione stany emocjonalne, cechy osobowościowe, zdarzenia jednej świadomości.
    Stany, cechy bohatera poukładane w osobne byty i przedstawiane w tańcu czerni, turpizmu, nekrofilii pamięci. Stan chorobowy - neglerioza - tu się powoli wypala, a w zasadzie Tomasz jak Kafkowski robal wychodzi z niej. Dokonała się przemiana po bolesnym przeglądzie auto(fiat)tożsamości.

    Intrygujący rozdział.
    Dwa poprzednie również, nie masz słabszych fragmentów w pisaniu, ale tu treść szczególnie ruszyła.
  • Florian Konrad 2 miesiące temu
    jeju, dzięki. Ta J. to oczytwiście osobna osoba od Tomasza zwielokrotnego. Dodam, że kompletnie wyssana z palca i niezależna od życia mojego, czyli autora. Tomasz nie jest mną, J. nie ma cech kogokolwiek ze świata realnego.
  • Wrotycz 2 miesiące temu
    Okey:)
    Niemniej ładne o idei/ideale:
    "Wiem jedno - widzę cię, J. Jak "żywą". Biorę ten wyraz w cudzysłów, bo wiesz, jak jest. Biegniemy przez warstwy, doganiamy siebie, by wyślizgiwać się z rąk, wymykać i chować w mysie dziury, tracić się z oczu. "
  • Florian Konrad 2 miesiące temu
    dzięki. jutro wkleję ostatni rozdział Negleriozy.
  • Wrotycz 2 miesiące temu
    A w planach ( może w pisaniu) kolejna powieść?
  • Florian Konrad 2 miesiące temu
    zobaczymy. na razie muszę podzbierać materiał, myśli. to nie tak, że będę pisał taśmowo, jedną powieść za drugą. i tak już sześć ich napisałem. i 7 zbiorów opowiadań. i 544 wiersze. na razie mój umysł jest na wakacjach i czeka na wiosnę.
  • Wrotycz 2 miesiące temu
    Masz tyle literackiego dorobku, że wakacje mogą być długie.
  • Florian Konrad 2 miesiące temu
    oby nie

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania