Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Neglerioza rozdział XXXIII.

XXXIII. Shittiest

 

Kłuje w nos, niczym cholerne opuncje. Tyloletni, zakrzepły, wręcz skamieniały kwas ciągle ma moc, jadowity zapach. Rozpuszcza mi kosmki w nozdrzach, zalewa tchawice, żre płuca. Domestos przy tym ma zapach macierzanki.

Sto milionów pięćdziesiąt siedem warstw twardego jak głaz guano, gównidła, z którego dałoby się budować warownie, wznosić fortece,; betongówno, kał zbrojony, murarski.

Na karoserii samochodu jest posadowiony ptasi kasztel, twierdza rycerska, nie do zdobycia. Ściany prawie niemożliwe do zburzenia.

W grubych rękawicach (alergia i prawiczkowo-lalusiowa, cieniuchna, nieróbcza skóra dłoni), maseczce na twarzy, szpachelką, dłucikiem, szczotką klozetową, starą szczoteczką do zębów, nie tyle pucuję, myję, co odgruzowuję nadwozie nieużywanego malczana. Walka jest diabelnie nierówna, syf ani myśli schodzić, trzyma się jak przyspawany, ale nie mam zamiaru odpuszczać.

Zaopatrzony w pół reklamówki szmat, wiadro z wodą, płynem do podłóg, do naczyń, w pastę minos do polerowania nagrobków, pastę feniks, sprej jakiś polerski, tak stary, że ledwie działa, siurdoli cieniutkim strumyczkiem, niczym facet mający problemy z prostatą; od dwóch i pół godziny walczę z oporną materią gówna.

Pokolenia ptasich betoniarzy przez kilkadziesiąt lat sukcesywnie dokładały "cegiełki". Powstały z nich kolejne piętra, cuchnące kondygnacje. A teraz weź to, człowieku, usuń. Dobre chęci to trochę, kuźwa, za mało.

Zaciskam zęby, staram się jak najdłużej wstrzymywać oddech. Ręce zaczynają mdleć od szorowania, góra-dół, góra-dół, cholera, powinienem był założyć okulary ochronne, oczy mi wypali, pieprzone kwasisko.

Próbuję nie myśleć o sznycie, wypieram z pamięci fakt, że za kilkanaście, jeśli kilkadziesiąt kilo ptasiej kaki zrobiłem sobie dość poważną krzywdę, mega kuku, niemal przepłaciłem to to zdrowiem; przez osrany wrak straciłem resztki dobrej opinii, w oczach Kwirewskich stałem się ultra świrem, gówno(dosłownie!)żercą, koneserem śmieci, ścierwojadem. Rzucisz takiemu niedopałek, to będzie cię w stopy całował, dasz puszkę po piwie, by sprzedał na złom, to na twarz padnie przed dobroczyńcą.

Widzą teraz we mnie donaszacza ubrań, lumpeksiarza (nigdy nie kupuję używanych szmat), amatora starzyzny, przebierającego w kontenerach na śmieci dziada, którego zadowoli byle chłam, odpad komunalny, nadgniła resztka jabłka; niegroźnego, hiperżałosnego czubka, co to uważa puste, plastikowe butelki za rarytas, znosi, gromadzi "skarby", młodego kloszarda-wariata.

Zepsuta opinie - raczej nie do odbudowania, co jakoś niespecjalnie mnie martwi. Wiem swoje - po drugiej stronie lustra nie stoi czub. No, może leciutki; pocieszny pasjonat, którego można by umieścić w Teleexpressowej Galerii Ludzi Pozytywnie Zakręconych. Zasiadłbym w Loży Motoryzacyjnych Koprofilów.

Jak to nawijał Coolio w "Gangsta's Paradise": "Even my momma thinks that my mind is gone".

Od wypadku z wypadkiem (sic!) dała mi spokój, nie rzwędzi, nie opieprza. Mija mnie w milczeniu, jakby się bała (że nie ufa - wiem od lat!), woli nie zaczepiać pomyleńca, nie prowokować świra ("spalić może, zaszlachtować, jak wieprzka, albo znęcać się, sekować, żyć mi nie będzie dawał, Boże Jedyny, za co taki krzyż, kogo ja wychowałam; niby choroba nie wybiera, nie jego wina, ale mam do siebie pretensje; może gdybym bardziej pilnowała, chodziła kr ok w krok, gdy był mały, częściej biła - wyszedłby na ludzi, wyrósł na kogo godnego, a nie na pośmiechowisko, czucało horochowe").

I dobrze, chociaż jeden plus gównozakupu.

Wyłania się. Nieśmiało, jakby się wstydził po tylu latach z powrotem być na powierzchni, wyjrzeć na światło.

Lakierobjawienie: spod zwałów guana zaczyna prześwitywać farba. Plamista, bo odchody zareagowały z nią, wżarły się do podkładu, do gołej blachy.

Stacho, jak to się mówi "odpił rozum" i nie pamiętał, jakiego koloru był jego wóz; Stefan i Regina też plątali się w zeznaniach: raz, że "Fiedoryk" nie wziąłby z Polmozbytu, Motozbytu, Maluchozbytu szarego auta, nawet, gdyby akurat było do odbioru, spłacone; za mało transparentny kolor, on się musiał pokazać, być widoczny na pół wsi, że jedzie, synów też nie uszczęśliwiłby samochodem w bylekolorze, w zasadzie tylko czerwony wchodził w gr; potem - że jednak ugiął się tatulo pod presją, realia PRLu były jakie były, komuna nie rozpieszczała i tylko dureń by nie brał, jak akurat rzucili, a z niego przecież światły człowiek, gospodarz wzorowy i każdego by wziął, jakby nie było wyboru.

Lilaróżowuś, barwa kwiatuśka, jaki dwunastoletni, ociężały umysłowo Romeo, wspiąwszy się po bluszczu ofiarowuje cztery razy starszej od siebie, rzygającej z balkonu, szczerbatej i niedomytej Julii - menelicy (marzy się przygłupowi stały związek, może ślub, gromadka dzieci, a nie dostrzega, że jego bogdanka to Miss Chlamydiozy 1597, przeorana przez dziesiątki, jeśli nie setki kutasów w kryzach i żabotach, renesansowa donna kurwa, lady wywłoka, wiecznie napruta madmoiselle Capuletka-delirianka).

Wyblakło się biednej czerwieni meksykańskiej (kod lakieru: 171), zbabiało w fatalnych warunkach. Stał, stał ponad trzydzieści lat po pas w błocie i jaja mu odgniły, wytworzyła się w ich miejscu piczasta przetoka, zgęstniały olej, żółta etylina 94 i inne płyny eksploatacyjne, ustrojowe, z czasem zmieniły się w prolaktynę. Maluszka, teraz rodzaju żeńskiego, dzielnie gniła czekając na lepsze czasy; z roku na rok coraz bardziej babiejąc.

Zestrogeniały, praktycznie nieużywany kaszlak obrastał gównami, znikał wmurowany w ścianę syfu.

Pochlastałem się okrutnie, dostałem zakażenia i niemal skończyłem na intensywnej terapii, w kostnicy, z powodu różowego wraku małego fiata.

Jestem głupszym, w zasadzie kompletnie zidiociałym bratem Adasia Miauczyńskiego. Pcham samochodową ruinę przez polne, kwirewskie ścieżki, peregrynuję z wrakiem donikąd. Krucjata bez celu, nienarzucona pokuta. Wystawienie się na pośmiewisko.

Pękają gębiska bliższych i dalszych sąsiadów, wylewa się rechot. O to chodziło; zawracam i drugi, jedenasty raz okrążam wieś. Żeby było komiczniej - zaczynam podskakiwać, tupię, krzeszę piętami iskry, mruczę, podśpiewuję amelodyjnie jakieś bzdety, swoje rymowanki.

Macie, zagryźcie, śmiejcie się, aż wam przepony i żołądki zrakowacieją, gardła zmienią się w bananowy kisiel. Aż zaszczekacie się na amen, wasze głowy będą jak walące się, omszałe budy.

Daję wam siebie - cyrkowca, pajaca mimo woli, melopatetycznie, z grafodramatyzmem rzucam się na pożarcie wąsatych i otyłych, krasnopyskich lwów-rolników, agrotygrysów. Macie wyżerkę - lekko popsute, ale ciągle zjadliwe mięso artysty. Bezsmakowego poety.

Żujcie, jestem konsystencji papieru, wcale nie gorzki, ani nie czuć mnie chlorem, czy wódką (przymusowe trzeźwienie - to dopiero katorga!).

Wyobraźcie sobie, że jecie gazetę. Nasz dziennik, Słowo Podlasia, Nie, Fakty i mity, albo Przyjaciółkę (wedle uznania).

Mówię do was przez niezadrukowane strony, szepczę ze szpalt Twojego weekendu, gardłuję z ulotek pizzerii Gekon (nie wyrzucę ani jednej, czułbym się tak, jakbym pozbywał się J., rugował ją z pamięci, choć przecież nie zawiniła mi niczym, to człowiek-kostka cukru, ja - wór pieprzu, nawet na sól się nie nadaję).

Zróżowiały malczan, jego przeżarte rdzą resztki są talizmanem chroniącym przed dobrą opinią.

Patrzę w swoje przekrwione oczy. W szybie odbija się straceniec skierowany (przez kogo?) do usuwania skutków awarii reaktora, likwidator stopionych prętów, zacieków guano. Walczę z toksynami, konserwuję obsranego przez kawki, gołębie, białego kruka, rarytas fekalny.

Przepaskudna praca, żmudne robocisko.

Do tego jestem przygnębiony. Wiadomość o śmierci Łukasza nie powiem, że mną wstrząsnęła. Ale na pewno wybiła z rytmu (jakiego? Pełnienia warty honorowej przed kompem?), dolała błota do zupy, którą próbuję w siebie wmusić.

Biedny grubcio. Ale się wjebał. Kierowcy kamaza już postawiono zarzuty. Półtora promila miał, baran. Dwadzieścia sześć lat, dziewczyna w ciąży - i tak sobie spieprzyć życie...

Wyrok wyrokiem, na pewno zabeczy aż miło, ale miej tę świadomość, że zabiłeś człowieka... Na to nie pomoże nieposzlakowana wcześniej opinia, tego nie wykupią pieniążki rodziców, choćby ci wzięli z dziesięć chwilówek w Bocianie, czy Providencie, z tego nie wybroni najlepszy adwokat. Zapomnij o okolicznościach łagodzących. Jeśli masz sumienie - będzie twoim stalkerem, może nawet zmusi do wylogowania się.

Pojutrze pogrzeb baryły. Wypadałoby się nie zjawić, de-savoire-vivre, ale i zdrowy rozsądek nakazują trzymać się z daleka. Bo jeszcze (najpewniej!) będzie skandal: "zobacz, kogo przyniosło, to ten jego kochać, spedalał naszego słodkiego misia, sprowadzał na manowce, nie szło odegnać czorta, wtrowił się i jak zły szeląg ciągle przyłaził, zbok; ojciec pewno w grobie się przewraca, mateńka-starowinka siwieje i zmarszczków ze zgryzoty dostaje; nie ich wina, ni ma roda bez wyroda; tupet ma, sukinsyn, normalny wstydziłby się pokazać na oczy, a on - przylazł, jakby nigdy nic, sodomita; musi to moralności za grosz nie mieć; Boga ani ludzi się nie boi; zaraz, pani, podejdę i powiem do słuchu, na całą kaplicę nie wypada, niech się zabiera, skąd przylazł, do bagna, bajora, ancychryst; jeszcze kwiaty przyniósł, jakby na zbytki, patrzeć nie idzie; czekaj, pani, znicza kupił; fajfusa niech se lepiej podpali, dżender!".

Iść, zrobić porutę, oborę? Czy do końca być świnią, grać rolę skurwysyna i nie pożegnać...?

Około piętnastokilowy płat kaki odrywa się od błotnika i spada mi pod nogi. Ukazuje się ładna rozeta - gnilny kwiatek o burgundowych płatkach.

Niesamowite, co potrafi samoistnie powstać. Gdybym chciał - nie narysuję od ręki, bez cyrkla, tak równych...

Gówno ma więcej talentu plastycznego ode mnie. Żadna nowość.

Następne częściNeglerioza rozdział XXXIV. - OSTATNI  

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Margerita 4 miesiące temu
    Florian losowanie zapraszamy
    później przeczytam
  • Florian Konrad 4 miesiące temu
    okej, gdzie się zgłosić?
    :)
  • Agnieszka Gu 4 miesiące temu
    Florian, losowanie Tw trwa... Zgłosiłem się i nic nie wybrałeś??
  • Trening Wyobraźni 4 miesiące temu
    Florian Konrad, oto Twój zestaw:
    Postać: Rudowłosa sklerotyczka
    Zdarzenie: Pół wieku w piwnicy

    Gatunek (do wyboru): Punk (wszystkie odmiany) lub Western
    Czas na pisanie: 10 marca (niedziela) godz. 19.00

    Powodzenia :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania