Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Nieszkodliwi – Pięć

Kolejnego dnia obudziło mnie czyjeś nakurwianie pięścią w drzwi.

– Księciuniu, wpuszczaj! – wydarł się Denis. – Srać muszę, do cholery! Zaraz se znowu wejdziesz! – W odpowiedzi z łazienki huknęła suszarka, a Denis rozzłoszczony jeszcze bardziej, musiał kopnąć drzwi, bo aż lampa w sypialni zaczęła się lekko kołysać.

Kto to w ogóle projektował; bladoróżowa lampa przypominająca kwiatka do ciemnozielonego pokoju? Ja rozumiem, że to niby miało imitować trawę, ale ten cholerny sufit jest brązowy!

Rudzielec wrócił do sypialni i zamknąwszy za sobą drzwi, obrażony usiadł na swoim łóżku z założonymi rękami.

– O, cześć Margaret – uśmiechnął się lekko, zauważając, że przyglądam mu się spod przymrużonych powiek.

– Elo. – Wyciągnęłam rękę spod kołdry po telefon na szafce nocnej. 06:57. Stęknęłam przeciągle załamana. – Naprawdę nie wytrzymasz, aż wyjdzie?

– On siedzi tam od za piętnaście szósta – stwierdził niezadowolony.

Odpięłam telefon od ładowarki i przewróciłam się na plecy, by się przeciągnąć.

– A po co żeście tak wcześnie wstali?

– Laura powiedziała, że potrafisz siedzieć godzinę w łazience. Księciuniu siedzi półtorej, ale jak on zacznie się tłuc, to zaraz się budzę. Jeszcze wczoraj po tym żarciu dostałem sraki i do dzisiaj mnie czyści. Jeżeli on zaraz nie wyjdzie, przysięgam, że zesram mu się do walizki.

Złapałam się za twarz, zamknąwszy oczy.

– Tylko błagam, oszczędź mi widoków – poprosiłam.

Chłopak zacisnął na moment kącik ust, uśmiechając się przy tym lekko.

– Wybacz, ale w tym momencie nie ręczę za swoją dupę.

– Wytrzymaj jeszcze chwilę – poprosiłam ze śmiechem. Usiadłam na łóżku i z westchnieniem wysunęłam spod niego swoją walizkę. Wyjęłam z niej stanik, po czym ruszyłam do łazienki, zabierając po drodze kosmetyczkę ze stolika.

Suszarka ucichła. Złapałam za klamkę, ale skurczybyk się zamknął.

– Dziesięć minut, Denis. Daj mi cholerne dziesięć minut! – warknął zza drzwi Sebastian.

– Przykro mi – wsadziłam paznokieć kciuka w metalowy rowek, przecinający na pół kółko pod klamką i przekręciłam go, po czym otworzyłam drzwi – ale mnie się chce siku właśnie teraz. Wypad.

Zjeleniały chłopak z wilgotnym gniazdem na głowie z prawdziwego zdarzenia, gapił się na mnie przez moment, aż nie odzyskał mowy. Jeszcze chwila, a nad jego głową zaczęły by krążyć bociany, szykując się do lądowania.

– A gdybym był nago?

– To może dostałbyś komplement. A teraz sio. – Wepchałam się do łazienki i podniosłam klapę sedesu, po czym złapałam się za spodnie. Spojrzałam na zdezorientowanego blondyna. – Bo wysikam się przy tobie.

Zaczerwienił się po same uszy.

– Jezus, już wychodzę! – wrzasnął cienko. Trzasnął za sobą drzwiami, zaczynając na mnie głośno narzekać, ale po chwili jego krzyki zagłuszył donośny śmiech Denisa.

W pośpiechu wyszorowałam zęby, przemyłam twarz i założyłam stanik, po czym wyszłam z łazienki, zastanawiając się, czy zwieracz Denisa zdołał przetrwać jego atak głupawki. Trzymający na głowie poduszkę Sebastian spojrzał na mnie ponuro.

– Zapomniałaś czegoś? – zapytał naburmuszony.

– Nie, już skończyłam. – Rudy usłyszawszy to, pobiegł do łazienki. – Obudźcie mnie, jak będziecie wychodzić na śniadanie, dobra?

– Jasne – odparł kolega z klasy blondasa. Ziewnął przeciągle. – Też wracasz spać?

– Tia.

Uśmiechnął się. Przykrył się bardziej kołdrą i ułożył w wygodnej pozycji, a ja poszłam w jego ślady.

– To dobranoc.

– Dobranoc. – Spojrzałam na Sebastiana. – Co robisz z tą poduszką?

– Wy sobie po prostu nie zdajecie sprawy, ile ja wysiłku muszę włożyć w to, by wyglądać przyzwoicie! – oburzył się nagle.

– Pytałam o poduszkę – bąknęłam zaskoczona. Chłopak zdjął ją z głowy zamaszystym ruchem i zaraz skrzyżował ręce na piersi, opierając się plecami o ścianę. Wpatrywał się we mnie cały nastroszony, aż w końcu nie wytrzymał.

– No dalej, śmiej się! – warknął cienko, niemal płaczliwie. – Wiem, że wyglądam jak debil – wyburczał, już nawet nie patrząc mi w oczy.

Tego się po nim w życiu bym nie spodziewała.

– Jak debil to ty się zachowujesz, a szkoda. – Nakryłam się kołdrą po same uszy i odwróciłam do niego plecami. Nie chciałam się znów kłócić. – Dobranoc Księciuniu.

– Eh. Dobranoc Morda.

Niecałą godzinę później na śniadanie obudził mnie Denis. Mieliśmy jeszcze kilka minut do wyjścia, więc ogarnęłam się trochę bardziej, ale na stołówkę i tak poszłam w pidżamie, z narzuconą na ramiona kurtką. Znalazłam na sali moich przyjaciół i ruszyłam w ich stronę.

– Z daleka wyglądasz, jakbyś była chora – stwierdziłam z przekąsem, podszedłszy do blondynki.

– Ale nie jestem – odparła spokojnie. – Od dziecka mam cienie pod oczami. Co jest? – zapytała w końcu, gdy od dłuższej chwili wgapiałam się w nią przygryzając przy tym wargę.

– Jesteś prześliczna – bąknęłam w zachwycie. Zaraz złapałam ją za policzki i zaczęłam rozciągać. – Izi, jaką ty masz plastyczną buzię!

– Margaret, przestań – wybełkotała zła. Złapała mnie za ręce i odciągnęła od swojej twarzy. – To boli.

– Przepraszam. – Wróciłam na swoje miejsce i trochę przygaszona, nalałam mleka do swoich płatków.

– Morda, nie wybaczyłabym ci, gdybyś narobiła mi zmarszczek – stwierdziła nagle poważnym tonem, a Rafał zaczął się z niej głośno śmiać. – To nie miało ciebie rozbawić, deklu – syknęła. – Morda, nie jestem na ciebie zła, ale od rana ludzie gapią się na mnie jak na dziwoląga i czuję się niezręcznie. Plis, nie bierz tego do siebie.

– Spoko, ale i tak przepraszam. Już zdążyłam zapomnieć, jak to jest, jak cię ciotka wytarga za policzki – zaśmiałam się niezręcznie. Źle mi. Już nigdy tak nie zrobię.

– Też prawda. Ale słuchaj, od wczorajszego wieczoru Laura nie daje mi żyć, razem z tą drugą lochą. Przekopały mi w nocy kosmetyczkę, a rano podglądały w kiblu. Czy ty to rozumiesz? Przez pieprzoną dziurkę od klucza! Musiałam ją w końcu zapchać srajtaśmą!

– Przesadzasz – stwierdził chłopak, wywracając nonszalancko oczami.

– Nieprawda! Ludzie, czy ja wyglądam aż tak dziwnie bez makijażu? – zapytała załamana.

– Mam wrażenie, że patrzę na zupełnie inną osobę. Ale jesteś ładna. Bardzo.

Rafał jebnął otwartą dłonią w stół, strasząc nas obie.

– Weź nie pierdol. Piękna, Mordo. PIĘ-KNA. Słyszysz mnie, Iza? – zapytał, dźgając blondynkę łyżką w bok, w czasie gdy jej zdziwiona buzia zaczęła się wolno czerwienić. – Jesteś pię-kna. Mam ci to, kurwa, przeliterować?

– Rafał, chyba do niej dotarło – mruknęłam rozbawiona. – Nie męcz jej.

– A właśnie, że będę! – stwierdził w nerwach. – Aż nie spali tego swojego pieprzonego zestawu małego tapeciarza. Słyszysz mnie, blondyno? Naturalna najbardziej mi się podobasz – fuknął.

Była cała czerwona. Na twarzy, uszach, szyi a nawet klatce piersiowej.

– R-Rafał... – wydusiła cicho. – Spalę to ja się z-zaraz ze wstydu. N-nie umiem oddychać... – Posłała mi nieporadne spojrzenie, zaczynając machać sobie dłonią przed twarzą. Wstałam natychmiast z krzesła, nachylając się w jej stronę ze śmiechem i zapalczywie zaczęłam ją wachlować obiema rękoma.

– Oddychaj głęboko! Wdech! – Wystraszony Rafał poszedł w moje ślady. – I wydech! Wdech! I wydech!

– Co wy odwalacie? – zawołał Warczyński z końca sali.

– Nie wiedziałem, że ona ma astmę! – zapiszczał spanikowany Rafał.

Iza zrobiła kilka głębokich wdechów, po czym dała mu w łeb. Spojrzał na nią jakby wstrząśnięty.

– To twoja wina, imbecylu – warknęła zła, mimo to uśmiechając się szczerze. – I nie mam żadnej astmy!

Na dziś wychowawcy zaplanowali dla nas wspinaczkę górską, po której mieliśmy zejść do oberży po drugiej stronie by coś zjeść i wrócić do ośrodka okrężną drogą. Wieczorem czekał na nas długi spacer nad jeziorko, gdzie mieliśmy zrobić ognisko. Iza wspomniała, że pod koniec tygodnia pogoda ma się sporo pogorszyć, ale Kuwata szybko ją uspokoił, zapewniając, że w niczym nie zdoła ona nam przeszkodzić.

Szykowałam sobie właśnie ubrania do wyjścia, kiedy zadzwoniła do mnie zapłakana matka. Poinformowała mnie, chlipiąc co rusz, że ojcowi już do reszty siadło na mózg, bo teraz wydzwania do mojego wychowawcy i nie chce jej powiedzieć co się stało. Typowe.

– Mamo, przesadzasz...

– Margaret – pociągnęła nosem – on dzwoni do tego „warczącego” już chyba dziesiąty raz od wczoraj. – Znów zaczęła łkać. – Proszę cię, dziecko… nie rób niczego głupiego, bo boję się co ten szajbus znowu odjebie.

Po kilku minutach uspokajania jej i zapewniania, że wszystko będzie dobrze, do naszego pokoju zapukał Warczyński.

– Jest Meg? – zapytał Denisa. Oho, tatko chyba naprawdę przegiął.

Szybko pożegnałam się z wstawioną mamą, obiecując jej, że pogadam z ojcem. Brunet stanął w progu sypialni i poprosił mnie na słówko. Poszłam za nim do pokoju, który dzielił z Kuwatą. Tam klapnął sobie na łóżko z ciężkim westchnieniem.

– Twój tata wydzwania do mnie od wczoraj i nie daje żyć – oznajmił. Nie wiedząc co odpowiedzieć, tylko zacisnęłam kącik ust. – I domyślam się, że nie chcesz żadnych korków z maty.

– Nie. – Podeszłam do niego, krzyżując ręce. – Wątpię, żebyś w ogóle potrafił uczyć, więc nie ma tu nawet o czym rozmawiać.

– Słuchaj, smarku – warknął, podnosząc się lekko na łokciach. – To, że jestem leniwy, nie ma nic wspólnego z tym, czy potrafię uczyć. Jestem na tyle miły, że mógłbym ci poświęcić te parę godzin w tygodniu, ale jeśli nie chcesz, to twoja sprawa. Pamiętaj tylko, że Aneta i tak zrobi wszystko, byle byś powtarzała klasę. A przez tą sucz najwięcej dzieciaków kibluje.

– Nie przez ciebie? – zapytałam zdziwiona, uśmiechając się sarkastycznie.

– Haha, nie. Tylko zmieniają szkołę.

Wywróciłam oczami, wzdychając głęboko.

– No to rzeczywiście jest się czym chwalić.

Do pokoju wszedł Kuwata.

– Sex taśma? – zapytał z szerokim uśmiechem, po czym rozejrzał się po pomieszczeniu i zmarszczył brwi, zamykając za sobą drzwi. – A gdzie kamera?

– Właśnie dlatego w szkole brakuje księdza – stwierdził Wścieklizna. Opadł plecami na łóżko. – Czasem już nawet wolałbym tego egzorcystę.

Uniosłam lekko brwi.

– Bo żaden z tych katoli nie ma poczucia humoru – stwierdził nadąsany biolog. – I nie wspominaj mi tu o Franku, bo to właśnie on chciał mnie wtedy spalić. A na siostrę zakonną nie mamy nawet co liczyć, po tym jak jedna zarywała do Gabriela na basenie. – Spojrzałam po nich, nie dowierzając, co się w tej szkole odpierdala. – A tak właściwie, to czemu tu jesteś?

Obejrzałam się na Wściekliznę, który ziewnął przeciągle.

– Zebraliśmy się tu, ponieważ wkurwia mnie jej ojciec, a ja, jako wychowawca, nie mogę go ot tak zablokować – odparł spokojnie. – No i słyszałem jak twoja mama płacze i mu czymś grozi. Powinienem zgłosić do Opieki Społecznej, że ojciec was bije czy coś?

– Nie bije, poza tym to i tak bez sensu. – Westchnęłam wywracając wolno oczami, bo dotychczas to właśnie ojciec zbierał baty od matki. – Tylko ostatnio mu odbija przez problemy w pracy i nie chce powiedzieć, co się dzieje – dodałam zrezygnowana. – O co pytał?

– Głównie jak się sprawujesz. Jeszcze trochę, a chyba będę musiał wszędzie za tobą chodzić i pisać mu wiadomości o tym, co robisz – stwierdził rozbawiony.

– Oh, Boże, tylko nie to… – Jeśli jeszcze trochę to się pociągnie, już wszyscy będą wiedzieć, że Mordy to sama patola.

– Przecież nie powiedziałem, że faktycznie będę za tobą chodził, spokojnie.

Westchnęłam.

– Nie, to nie to.

– Margaret… A ty nie masz przypadkiem kuratora? – zapytał Kuwata ostrożnie.

– A faktycznie – wtrącił Warczyński, momentalnie podnosząc się na łokciach.

– Tak. Pan Andrzej już dawno dałby mi spokój, gdyby tylko moja matka tak go nie karmiła podczas każdej wizyty – stwierdziłam gorzko. Mężczyźni wymienili spojrzenia. – Przepraszam za mojego ojca; spróbuję z nim pogadać. – Kiedyś w końcu będę musiała.

~***~

Wspinając się na szczyt góry, towarzyszył mi kolega Sebastian, gdyż okazało się, iż pan Kuwata skonsultował się z owym białogłowym w sprawie moich zadziwiających umiejętności matematycznych, o których oczywiście nie omieszkał się poinformować go mój zacny wychowawca i zarazem nauczyciel (wyłącznie z tytułu) matematyki.

– Ile razy, do kurwy, mam ci jeszcze powtarzać, że nie chcę jebanej pomocy? – zapytałam gardłowo, już nawet nie próbując nad sobą panować, skoro układanie w głowie zajebiście elokwentnych zdań nie przynosi żadnego skutku.

– Nie bądź żyd, no zgódź się, no – stęknął przeciągając sylaby. – Morda no! – zapiszczał oburzony, kiedy bez słowa przyśpieszyłam kroku.

Spojrzałam na niego spod byka, gotowa wyciągnąć z plecaka butelkę mrożonej herbaty i zacząć go nią okładać. Mogłabym potem próbować wmówić innym, że picie samo go zaatakowało, gdyby tylko w tym uniwersum jeszcze było to możliwe…

– Błagam cię, do cholery. Mam klęknąć, żebyś się zgodziła?

– Uważaj, bo jeszcze możesz faktycznie klęknąć. Tyle że po tym, jak już cię kopnę w jaja.

– Racja. No ale zgódź się, no!... – stęknął przeciągle. Złożył dłonie jak do modlitwy, po czym zatrzepotał zalotnie rzęsami, siląc się na sztuczny uśmiech.

Moje pięści zadrżały wściekle, gdy zacisnęłam je, burcząc nieludzko.

– Król, ostrzegam – odezwał się nagle Warczyński, całą drogę idący na końcu grupy pilnując, abyśmy się przypadkiem nie pobili. – Zamknij się, bo jeśli nie ona, zaraz ja zrobię ci krzywdę.

– Przepraszam – bąknął blondyn pokornie. Zaraz złapał mnie za przedramię i przyciągnął do siebie, jednocześnie przyśpieszając kroku. – Zgódź się gnido, bo będę cię nękać do końca szkoły – wycedził przez zaciśnięte zęby.

Siłą odepchnęłam go, obrzydzona.

– Ale co ci tak na tym zależy?!

– Ocena z zachowania.

– Naganna – burknęłam zła.

– To nie było pytanie – stwierdził zrezygnowany. Warczyński zachichotał, a ja rozzłoszczona aż zaczęłam zgrzytać zębami, niemal trzęsąc się ze złości. – Kuwata obiecał wpisać mi pochwałę, a potrzebuję jej, żeby mieć na świadectwie rządek pięknych szósteczek, jak na elitę przystało – wytłumaczył nadzwyczaj dumny i przejechał dłonią po skrytych pod grubą warstwą lakieru włosach.

– Ciekawe czy tylko ego masz tak wyrośnięte – mruknął Wścieklizna drwiąco.

– Moje burrito nie ma z tym nic wspólnego. Margaret, no weź się zgódź. No…

Sapnęłam zła. Skoro męczy mnie już drugą godzinę z rzędu, szanse na to, że znudzi mu się to w końcu są… marne, zważywszy na jego nadzwyczajną umiejętność bycia upierdliwym. Z kolei jeśli się zgodzę, będę musiała znosić go jeszcze dłużej, niż mam na…

– Jeśli wyciągniesz od niego, ile ma centymetrów, wpiszę ci piątkę z następnej kartkówki.

Obejrzałam się na wychowawcę zszokowana.

– Zaoszczędzę ci tej algebry. Piętnaście. – Rozdziawiłam gębę, zatrzymując się raptownie, a Sebastian uśmiechnął się szelmowsko. – Teraz musisz się zgodzić.

Spojrzałam gdzieś w przestrzeń między drzewami. Miałam wrażenie, że właśnie opuściła mnie dusza, tak jak Bóg już przed laty.

– Czym jest życie – mruknęłam głucho. I algebra.

– Meg, przecież twój tatuś się ucieszy – stwierdził Wścieklizna. Wyjął swój telefon z kieszeni, po czym pokazał mi wyświetlacz. – Powiedzieć mu? – zapytał ze śmiechem, a mi chwilę zajęło dojście do tego, że Wapniak na wyświetlaczu, to w istocie mój ojciec.

Natychmiast wyrwałam mu telefon z ręki, każąc zmienić tę chamską nazwę, po czym zdenerwowana odebrałam i odeszłam kawałek od tych dwóch przygłupów.

– Tato, czy ty nie masz nic lepszego do roboty? Odpuściłbyś w końcu!

– Nie pyskuj mi tu? – syknął wyraźnie zdziwiony. – Dlaczego masz telefon swojego wychowawcy?

– Bo z nim właśnie rozmawiałam! – pisnęłam zdesperowana. – Powiedziałbyś mi w końcu, o co ci chodzi, a…

– Margaret, opanuj się – polecił spokojnie. Osowiałam. – A teraz oddaj telefon swojemu wychowawcy, bo chcę z nim porozmawiać.

– Nie oddam, dopóki nie powiesz mi, o co ci chodzi – warknęłam stanowczo. Miarka się przebrała.

– Przestań, Mar…

– Nie! Już nawet mama do mnie dzwoniła przez ciebie. Mam cię dość. Przeginasz tato.

– Ty w tym momencie też przeginasz, dziec…

– Ale w tym momencie mnie to nie obchodzi! – wypaliłam oburzona. – Jeśli jeszcze raz zadzwonisz, naopowiadam głupot babci Róży, a ona od razu wsiądzie w pociąg! Razem z egzorcystą. I już sobie, kurwa, na nikogo nie pokrzyczysz. Skończy się.

Po drugiej stronie zapanowała cisza. Miałam ochotę napluć sobie w twarz, rozpłakać się. I dlaczego w ogóle czuję się odrobinę dumna z siebie?

Ojciec westchnął ciężko.

– Margaretko... – Usłyszałam, jak ktoś za mną chichocze. – Przepr…

– Proszę mi wybaczyć, że przerywam – zaczął Warczyński, zabierając mi swój telefon. – Jesteśmy w trakcie zajęć w terenie, dlatego gdyby mógł pan zadzwonić koło dziewiątej…

– Margaretko – bąknął rozbawiony do granic możliwości Sebastian. Spojrzałam na niego zła i zażenowana, a chłopak chwilę po tym jak zgiął się w pół, poszurał chwiejnie do drzewa. Oparł się o nie dłonią, gdy desperacko próbował zaczerpnąć powietrza, a łzy ciekły mu przy tym ciurkiem po policzkach, zostawiając po sobie wyraźne ślady.

– Kurwa, aż się rozmazałem – stwierdził ze śmiechem, przetarłszy twarz dłonią. Pociągnął nosem. – Morda, masz chusteczkę?

Moje życie to jakiś kiepski dramat. Halo, czy jest na sali Szekspir?

Warczyński chrząknął, schowawszy swój telefon do kieszeni. Spojrzał na mnie badawczo, gdy podawałam Księciuniowi chusteczkę.

– Meg, a ty tak właściwie masz kogoś na oku? – zapytał całkiem poważnie.

Spojrzałam na niego zaskoczona. Zalał mnie zimny pot i zaczęłam się wolno czerwienić.

– Jestem samowystarczalną kobietą z kotem, okej? – warknęłam zażenowana. W panice rozejrzałam się za Izą i Rafałem, ewakuując się do nich w trybie „nał”. Nie wiem, skąd mu się to wzięło akurat teraz, ale było to pytanie, na które sama nie chciałam znać odpowiedzi.

Po wspinaczce przyszła pora na papu, więc wraz z Karłem i Szpachlą grzecznie czekaliśmy na nasze zamówienie. Wtedy właśnie kolejny raz zadzwoniła do mnie matka.

– Halo? Margaret, coś ty powiedziała ojcu, że aż zabrał Serwusowi bimber? – zapytała na wstępie. Nie mogłam się powstrzymać od uśmiechu.

– Poszczułam go babcią Różą.

– To wiele wyjaśnia – stwierdziła rozbawiona. – Ale i tak jestem w szoku; przyszedł do mnie i przeprosił bez żadnego powodu. Już myślałam, że zmówiłaś się z tym warczącym i to on mu przemówił do rozumu, a tu taka niespodzianka. – Ojciec jak ojciec, ale że ty tak szybko wytrzeźwiałaś też robi wrażenie.

– Wiesz mamo, myślę, że po prostu pan Andrzej ma nas za jakiś czas odwiedzić.

– Przecież to z tobą ma ustalać spotkania, nie z ojcem. Poza tym pozbyliśmy się go już, co ty, zapomniałaś?

– Poważnie? – zdziwiłam się szczerze. – Nikt mi nic nie powiedział.

Krótką chwilę ciszy, podczas której pozostała dwójka wpatrywała się we mnie z zaciekawieniem, przerwało w końcu westchnienie mamy.

– Muszę coś załatwić, Margaret. Trzymaj się i bądź grzeczna, kocham cię.

– Dobrze, ja ciebie też kocham.

– Co ma takiego babcia Róża, że twój tata się jej boi? – zapytała blondynka, jeszcze zanim zdążyłam schować telefon do kieszeni. Rafał roześmiał się cicho.

– Wiarę – bąknęłam, sama starając się nie zaśmiać. – Nie lubi go i tyle. Chyba w każdej rodzinie są jakieś spięcia, nie? – zapytałam, chcąc jak najszybciej zmienić temat.

Iza niemo przyznała mi rację, a do naszego stolika przyszła kelnerka z dwoma pizzami.

– Bierzemy jeszcze jedną? – zapytał Skrzat, już oblizując się na widok potrójnego sera. Albo kelnerki. – Nie starczy to nam, sam całą bym najchętniej wcisnął.

– To niech pani dopisze do zamówienia – stwierdziła Iza, gdy kobieta posłała nam pytające spojrzenie. – Taką samą, nie Morda?

Przytaknęłam ruchem głowy, już pożerając swój kawałek. Na migi pokazałam kelnerce, że przydałaby się jeszcze jedna cola, a ona uśmiechnęła się uroczo, zasłaniając dłonią usta.

– Mała czy duża?

– Duffa – bąknęłam, starając się przy okazji nie opluć.

Kiedy kobieta odwróciła się, Rafał aż sapnął przez nos, ciągnąc za nią wzrokiem.

– Ale ma dupę… – mruknął z uśmiechem.

Iza aż zakrztusiła się piciem.

– Palce lizać – sapnęłam, biorąc kolejnego gryza pizzy.

– Morda! Co w ciebie wstąpiło? – zapytała ze zmieszanym uśmiechem. Zaczęłam się śmiać, bo widocznie zostałam źle zrozumiana.

– Zawsze chciałem mieć koleżankę lesbijkę – stwierdził nagle Rafał. Gęba mu się cieszyła jak nigdy. – Dawaj Morda, olej Wściekliznę i będziemy razem chodzić na panienki.

Iza bez słowa pociągnęła kilka dużych łyków coli, wpatrując się tępo w jakiś obiekt na stole. Zaczęłam cienko popiskiwać przez śmiech, bo wizja, która stanęła mi przed oczami, była dla mnie za mocna. Myślałam, że się zaraz uduszę.

~***~

Walczyłam usilnie, starając się nie zasnąć. Ale prawdę mówiąc... byłam śpiąca. Powinnam iść za tym, co podpowiada mi mój zwierzęcy instynkt. Powinnam zamknąć oczy i...

– Margaretko, twoja kolej! – zawołał dramatycznie Sebastian, specjalnie trzaskając głośno drzwiami łazienki.

Wydałam z siebie dźwięk umierającego w agonii zwierzęcia i z pomocą resztki swej wewnętrznej czakry podniosłam się do siadu. Spojrzałam ponuro na blondyna w czerwonych bokserkach, aktualnie robiącego sobie „urocze” selfie z widokiem na swoje łóżko.

Ja ci, kurwa, dam Margaretkę.

– Masz insta? – zapytał, robiąc do swojego ajfona dzióbek. – Bo powinnaś dać mi follow.

– Wystarczy mi, że będę cię follow przez pięć kolejnych dni – odparłam i z westchnieniem zabrałam naszykowaną wcześniej bieliznę i ręcznik z łóżka. – Ile jeszcze mamy czasu do wyjścia? – zapytałam, rzucając mu przelotne spojrzenie.

– Czterdzieści minut – odparł szatyn, grający na konsoli w łóżku. – Spokojnie zdążysz się odpicować.

– Chyba zabić. Jeśli nie wyjdę w ciągu dziesięciu minut, to znaczy, że umarłam. Nie musicie mnie ratować.

– Weź – skrzywił się – masz większe jaja od Księciunia, mogłabyś się chociaż ładnie ubrać.

Zacisnęłam usta z przekąsem i spojrzałam krótko na Sebę, który przyglądał mi się uważnie.

– Kewin ma rację – stwierdził. – Pomijając oczywiście tą część z jajami, bo zaraz cię ich pozbawię, ty kutafonie niedorobiony. – Odchrząknął. – Ale wracając. Jak chcesz, mogę cię nauczyć paru rzeczy. Masz ładne, duże oczy, a szkoda nic z nimi nie pokombinować.

Zamrugałam zdziwiona. Speszona machnęłam na niego ręką i bez słowa ulotniłam się do łazienki. Po chwili namysłu spojrzałam w lustro.

To teraz tak określa się oczy bazyliszka? Ładne i duże?

Wzdrygnęłam się z jakiegoś powodu, gdy dreszcz przeszedł po moim ciele, zostawiając za sobą gęsią skórkę. Odkręciłam wodę i szybko się rozebrałam, by wziąć prysznic. Cholera, czasem naprawdę się cieszę, że wtedy wpadłam pod samochód.

…Kurwa, dlaczego ja nigdy nic nie mogę sobie przypomnieć. Do diabła z takim mózgiem. Mogły mnie nawet porwać ufoki, a ja i tak bym niczego nie potrafiła ze sobą skojarzyć ni przypomnieć.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 2 miesiące temu
    Wróżku zgniłku - wielkie brawa, czytam sukcesywnie, cieszy język, humor, drapieżność, no i te obyczajowe szkolne odstępstwa od normy.
    Fun.

    Pozdrawiam:)
  • wróżek zgnitek 2 miesiące temu
    Wrotycz, jeśli masz fun, to ja dostaję skrzydeł i lecę produkować następny haha
    Naprawdę dziękuję Ci z całego serca za tak miłe słowa, a już szczególnie za czas, który poświęcasz na czytanie, o więcej nie mogłabym prosić.

    Jeszcze raz dziękuję ♥
  • Canulas 3 tygodnie temu
    Od strony jakości chyba najlepsza cześć. W sumie muszę docenić coś, czego do tej pory (nie wiedzieć czemu w zasadzie) nie doceniłem. Mianowicie:naprawdę dobrze grasz na wiele głosów. Ludki są rozróżnialne, całość oparta głównie o dialog, ale bardzo płynnie. Jest zabawa, z niektórymi można się zżyć. Całkiem spoko story, choć widać, że lubisz pogawędzić.
    Pozdrox.
  • wróżek zgnitek 3 tygodnie temu
    Canulas, lubię i to bardzo, ale jak nie ma się do kogo gęby otworzyć, to... sam widzisz.
    Dziękuję :) Fajnie, że znwou wpadłeś.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania