Nigdy więcej - Rozdział 5 część 2

Serce mi zamarło, a potem zaczęło bić jak szalone. Nie, to niemożliwe. Nie spadła, nie zginęła. Musiała się chwycić jakiejś wystającej półki. Na pewno. Wstałem na trzęsących się nogach, ale zamiast iść do przodu, zrobiłem kilka kroków do tyłu i oparłem się plecami o skałę. Kosmita stał odwrócony główną twarzą, że tak powiem, w stronę przepaści i rechotał. Nagle coś bardzo szybko wyleciało z przepaści i zawisło nad krawędzią klifu. Serce podskoczyło mi do gardła i zsunąłem się po ścianie na ziemię. Wielkie, kruczoczarne skrzydła z łatwością utrzymywały ją w powietrzu. Długi, łysy ogon zakończony wachlarzem z piór bujał się delikatnie na boki.

– Popełniłeś śmiertelny błąd. – Wycedziła F wyciągając sztylet z buta.

– Bha… Bha… – Dukał się przerażony cofając.

F machnęła skrzydłami i ruszyła na niego. Zaczął uciekać, ale nie miał z nią szans. Dopadła go zanim dotarł do wejścia jaskini. Wbiła mu sztylet w bark przewracając na ziemię, po czym wykręciła jedną z jego rąk i szarpnęła wyrywając ze stawu. Kosmita zawył z bólu. F siedząc na nim wyciągnęła sztylet z jego ciała i wbiła mu go w drugi bark, a następnie złamała drugą rękę. Zrobiła tak z pozostałymi dwoma, a potem wróciła do zabawy sztyletem, kilka razy wyrywając i wbijając ostrze w różne miejsca na ciele przeciągając nim tworząc rozległe rany. Cel wył wniebogłosy rzucając się pod nią coraz słabiej, a ja patrzyłem z przerażeniem na to wszystko. F wyrwała sztylet i uniosła go do góry. Zamierzała zadać ostateczny cios, a mieliśmy dostarczyć go żywego.

– F! Zostaw go! Mamy go wziąć żywcem! – Krzyknąłem sięgając po broń.

– O tym też zapomniałeś mi powiedzieć?! – Warknęła rzucając w moją stronę mordercze spojrzenie.

Zanim zdążyłem otworzyć usta, by odpowiedzieć, rzuciła się na mnie tak nagle i tak szybko, że moje ciało sparaliżował strach. Przybiła mnie do skalnej ściany wbijając w nią zakrwawiony sztylet tuż obok mojej głowy. Serce tłukło mi się w piersi, a w żołądku czułem nieprzyjemny ucisk. Z jej czarnych oczu ziała ciemność. Zauważyłem, że jej uszy zrobiły się spiczaste jak u elfa, a ich krawędzie pokrywały małe pióra. W dodatku kły jej się wydłużyły i nie przypominały już tych u człowieka. Dodać do tego skrzydła, ogon, szybszą regenerację, zwiększoną siłę oraz wytrzymałość i nasuwa się tylko jeden wniosek. Bhalorianka.

Bhalorianie byli dumną rasą nadludzi, jedną z najniebezpieczniejszych we wszechświecie. Słynęli z wywyższania się ponad inne rasy, a w szczególności ludzi, którymi gardzili bardziej niż innymi. Szczycili się swoim potężnym wojskiem i zaawansowaną technologią. Nazywano ich Aniołami Śmierci, bo wszędzie, gdzie się zjawiali zostawiali za sobą tylko śmierć. Jeszcze do niedawna żaden przedstawiciel jakiejkolwiek innej rasy nie miał wstępu na ich planetę, ale obecnie pod rządami prawowitego króla, zawierają traktaty pokojowe, a nawet sojusze otwierając się na świat.

Powoli docierało do mnie, że F jest Bhalorianką. Pieprzonym Aniołem Śmierci. Zostawia za sobą tylko trupy, co potwierdza misja, na której się poznaliśmy. Wtedy myślałem, że nie mieliśmy wyjścia. Musieliśmy zabijać, by uratować siebie i tych biednych ludzi. Ale to wcale nie znaczyło, że lubiłem to robić. A teraz nie jestem już taki pewien z jakich pobudek zabijała F. To, co zrobiła dzisiaj utwierdziło mnie w przekonaniu, że znęcała nad swoimi ofiarami z czystej przyjemności.

– Boisz się mnie, K? – Zapytała F przekrzywiając lekko głowę.

– Ja... – Zacząłem nieświadomie przykładając broń do jej piersi.

– Boisz się. – Prychnęła zerkając na pistolet. – Śmiało, naciśnij spust. – Przybliżyła się do mnie świdrując mnie wzrokiem, jednocześnie wbijając sobie lufę pistoletu w ciało. – Śmiało, zabij bestię. – Zniżyła głos do szeptu. – Zabij, zanim ona zabije ciebie.

Patrzyłem jej w oczy próbując się uspokoić. Widziałem w nich ten sam dziki błysk, który miała też w ludzkiej formie. Przecież to była F. Ta sama, z którą spędziłem ostatnie cztery miesiące. Ta sama F, z którą tańczyłem na imprezie w kwaterze głównej. Nie wierzyłem, że mogła mnie zranić, a co dopiero zabić. Serce zwolniło do prawie normalnego rytmu. Dziwny ucisk w żołądku zniknął. Opuściłem broń.

– Jesteś moją partnerką. Nie zrobiłabyś mi krzywdy. – Powiedziałem, choć nie do końca byłem tego pewien.

– Jesteś pewny? Twoje oczy mówią coś innego.

– Tak? A co takiego mówią, bo nie słyszałem?

– Bardzo śmieszne. – Warknęła. – Przestań kręcić i przyznaj, że się mnie boisz.

– Nie boję.

– Kłamiesz. – Prychnęła. – Widziałam w twoich oczach przerażenie, słyszałam jak wali ci serce, bo w tej formie mam lepszy słuch. Dlaczego nie możesz powiedzieć mi prawdy? – Zaczęła się odsuwać ode mnie, a w jej oczach dostrzegłem żal.

– F, to nie tak. – Złapałem ją za rękę, żeby przytrzymać przy sobie. Już otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale wyprzedziłem ją. – Chcesz prawdy? Proszę bardzo. Prawda jest taka, że gdybyś rzuciła się na mnie z mordem w oczach nawet w ludzkiej formie, to byłbym posrany ze strachu. Znam ciebie i twoje umiejętności, a w dodatku jesteś nieobliczalna. Tylko świr by się nie bał.

– Czyli co? To, że jestem Bhalorianką nie ma dla ciebie znaczenia?

– Najmniejszego. – Zobaczyłem na jej twarzy zaskoczenie. – Chociaż muszę przyznać, że byłem w niemałym szoku. Ze wszystkich ras przyjmujących ludzką formę, akurat Bhalorianki się nie spodziewałem.

– Więc nadal chcesz, żebym była twoją partnerką?

Patrzyłem na nią zdziwiony, a potem przypomniałem sobie naszą rozmowę na imprezie. Bała się, że nie będę chciał z nią współpracować, jak się dowiem kim jest? A jakie to miało znaczenie? Widocznie ona postrzegała to inaczej niż ja.

– Już dawno zaakceptowałem cię taką, jaka jesteś i nie mógłbym pracować z nikim innym.

Na jej twarzy pojawiła się nieopisana ulga, a oczy zabłyszczały.

– Nawet nie wiesz… – zaczęła, ale nie pozwoliłem jej dokończyć.

Przyciągnąłem ją do siebie, bo nadal trzymałem za rękę i przytuliłem. Na początku cała zesztywniała zupełnie się tego nie spodziewając, ale po chwili rozluźniła mięśnie ukrywając twarz w zagłębieniu mojej szyi i odetchnęła głęboko. Serce waliło mi w piersi, ale zupełnie z innego powodu niż poprzednim razem. Była tak blisko, że bez skrupułów mogłem wdychać jej zapach. Przyjemne ciepło rozlewało się po moim ciele i im dłużej trzymałem ją w ramionach, tym bardziej nie chciałem puścić.

– Zawsze możesz na mnie liczyć, wiesz? – Zapytałem cicho.

– Skoro o tym mowa… – Poczułem jej usta na moim uchu. – To Zack mnie zabije za ten sztylet. – Odsunęła się wyplatając z moich objęć, a ja poczułem rozczarowanie. Chciałem więcej.

– Co? Dlaczego?

– Wbiłam go w jebaną, litą skałę. Chyba go już nie wyciągnę.

– Właściwie to jak ty to zrobiłaś? – Zapytałem zerkając na sztylet wystający ze skały. Był wbity prawie po samą rękojeść.

– Byłam wściekła i jakoś tak wyszło. – Uśmiechnęła się niewinnie, a ja przełknąłem ślinę, bo mogła mi wtedy rozłupać czaszkę jak orzecha. – Przesuń się, spróbuję go wyciągnąć. – Wstała i ustawiła się odpowiednio przy ostrzu.

Również wstałem i oddaliłem się kilka kroków obserwując ją. Chwyciła rękojeść obiema dłońmi próbując wyciągnąć, a po chwili oparła stopę o skalną ścianę, żeby sobie pomóc. Potem dołożyła drugą, ale to też nic nie dało. Pomagała sobie machając jeszcze skrzydłami, ale sztylet ani drgnął. Stanęła z powrotem na ziemi i westchnęła.

– Pomogę ci. – Zaproponowałem podchodząc do niej. – Może razem nam się uda.

Ująłem dłońmi jej dłonie zaciśnięte na rękojeści i zaczęliśmy ciągnąć. Z początku nic się działo, a potem nagle wylazł cały. Wylądowaliśmy na ziemi, a sztylet poleciał z impetem w przepaść. F zerwała się na równe nogi gotowa za nim skoczyć, ale zerwałem się razem z nią i złapałem za ogon w ostatniej chwili. Rozległ się nieludzki wrzask i dostałem kopa z pół obrotu. Zatoczyłem się tracąc równowagę i runąłem na ziemię.

– K! – Usłyszałem głos F i po chwili już pochylała się nade mną. – Żyjesz?

– Żyję i zapamiętam sobie, że ogona się nie tyka.

– Ty kretynie, mogłam ci zrobić krzywdę!

– Złamałaś mi już nos, więc… – Usiadłem powoli. – Zapomnij o tym sztylecie.

Uśmiechnęła się łagodnie i delikatnie ujęła moją twarz w swoje dłonie przyglądając się uważnie.

– Trzeba cię opatrzeć. Całą twarz masz we krwi. Zawołaj statek, a ja zwiążę tą ropuchę.

Zabrała dłonie i chciała ruszyć w stronę celu, ale gdy się obracała przydeptała sobie pióra. Prawie wrzasnęła z irytacji. Machnęła skrzydłami dwa razy, a te zaczęły znikać razem z ogonem. Po chwili rozpłynęły się w powietrzu i nie było po nich śladu, a uszy wróciły do normalnego kształtu. Zdalnie uruchomiłem silniki naszego statku i czekałem, aż po nas przyleci.

– Nie wiem czy jest sens go wiązać. – Powiedziała stojąc nad ledwo żywym kosmitą i spojrzała na mnie. – Nie wiem czy w ogóle go dowieziemy w tym stanie. Prędzej się wykrwawi.

– Nie patrz tak na mnie. Ty się będziesz tłumaczyć.

– A co się stało z „zawsze możesz na mnie liczyć”? – Oburzyła się.

– Załatwię sprawę z Zackiem, ale szefostwo musisz wziąć na siebie. To nie ja go tak urządziłem.

– Z Zackiem poradzę sobie sama. Nie musisz się fatygować. – Skrzyżowała ręce na piersi. – Ale chyba zdajesz sobie sprawę, że jesteś współwinny, bo nie przekazałeś mi szczegółów misji?

– Taka jesteś? Wiesz jesteś pierwszą Bhalorianką, którą spotkałem. Z moimi znajomymi z Bhalory mam raczej niemiłe wspomnienia. Chyba nie chcesz dołączyć do tego grona?

– To szantaż, K?

– Szantaż? Za kogo ty mnie masz? Jestem porządnym człowiekiem. Bezcześcisz moje dobre imię, F.

– Śmieszne, bo to zabrzmiało jakbyś jakieś miał. – Roześmiała się.

– Zawsze musisz mieć ostatnie słowo? – Zapytałem i po chwili także się roześmiałem.

– Może. – Odparła patrząc na mnie takim wzrokiem, że zrobiło mi się gorąco.

Szybko go jednak odwróciła, bo właśnie nasz statek zawisnął w powietrzu, tuż przy krawędzi klifu. Nareszcie, ból dawał mi się we znaki i chciałem jak najszybciej oddać się lekarzom, żeby poskładali mój nos.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Ayano_Sora miesiąc temu
    No nieźle, przed chwilą, pod ostatnią częścią pisałam, że F była słodka, a tu... taka kontynuacja! Wreszcie jej prawdziwa forma <3 i K to całkiem dobrze przyjął, naprawdę mu na niej zależy. Super przedstawienie rasy, mega ciekawe. Tradycyjnie, jakaś krótka wymiana zdań musiała być :D K na pewno zapamięta, że OGON SIĘ NIE TYKA, bo wpie.dol xD Z pewnością, lepiej nie denerować F ogólnie, a co dopiero w takiej formie... Samobójstwo. :F Czekam na ciąg dalszy <3
  • Paradise miesiąc temu
    No właśnie, całkiem dobrze, nie? Może nie powinien tak dobrze tego przyjąć? XD
    Krótka wymiana zdań? Kosmita jedną nogą w grobie, a mieli go żywcem wziąć. Ale oni mają czas :D
    Zdecydowanie :D
    Dziękuje <3
  • candy 3 tygodnie temu
    - Ty się będziesz tłumaczyć.
    – A co się stało z „zawsze możesz na mnie liczyć”? – Oburzyła się - to sie nazywa typowy facet! xD

    piąteczka :D
  • Paradise 3 tygodnie temu
    Dziękuje! <3
  • candy 3 tygodnie temu
    Paradise dodałam opko :D zobaczymy co z tego wyjdzie :D

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania