Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

O Mariuszu i Anieli część 8.

Było piętnaście po ósmej wieczorem. Aniela w oczekiwaniu na powrót gości włączyła program ,,Minęła dwudziesta’’. Nagle usłyszała skrzypienie bramki, pomyślała sobie, że goście wracają. Ruszyła w kierunku drzwi i je otworzyła.

-Dobry wieczór, pani Janecka. Ni ma pani pożyczyć siekiery, bo ten chuj się zabarykadował i za chuja nie chce wyjść z pokoju- wrzeszczała zdenerwowana Piotrowska.

-Kto się zabarykadował?

-No kto, kto? Ten pijak, a kto.

-Pani pójdzie ze mną.

Kobiety poszły na tył domu. Aniela otworzyła szopkę i sięgnęła stamtąd siekierę. Dała ją do ręki Piotrowskiej. Ta podziękowała i mijając się w bramce z gośćmi Anieli poszła do domu.

-Ty, Aniela, a ta po co z tą siekierą tu lata?- dopytywała Zenia.

-Będzie drzewo na rozpałkę cięła- odparła Aniela zamykając drzwi na klucz.

-O tej porze?

-A co, każda pora jest dobra, ni?

-No tak, no tak.

-Chodźta tutej, napaliłam wam w piecu. Jak chceta, to se telewizor włączta i se cóś obejrzyjta.

-Dobra.

-Zara wam wodę do mycia zagrzeję. Zara się umyjeta.

Zenia włączyła telewizor i wraz z Marianem położyła się na wersalce. Nad wersalką wisiała słomianka, do której poprzyczepiane były serwetki robione na szydełku. Aniela natomiast poszła do kuchni i włączyła wodę na gazie. Z kuchni dochodziły odgłosy stukania o metal. Po chwili matka Mariusza wykrzyknęła.

-Cholera!

-O Jezu! Aniela, co się stało?

-Ni mogę miski znaliźć.

-Jak to nie możesz? A tu to nie miski?

-No jo, miski, ale tu su jeno te małe, a dużych ni ma.

-No to ja Ci nic nie pomogę.

-Czekaj! Ja żem dziś na podwórzu cóś w ty misce myła, może una tam je.

* * *

Był trzydziesty października. Aniela otworzyła drzwi szopki. Weszła do środka. Po prawo stały dwa rowery: srebrna damka i orzechowy jubilat. Na wprost stał stół, obok wysoka szafa. Po lewo znajdowały się drzwi, które prowadziły do kurnika. Aniela otworzyła je, weszła do kurnika i znalazła tam trzy jajka. Zostawiła je, bo nie chciało jej się już wracać do domu. Dolała tylko wody kurom do koryta, sięgnęła rower, zamknęła szopkę i pojechała na dworzec kolei wąskotorowej. Swój jednoślad zostawiła na terenie plebani. Poinformowała o tym gosposię księdza Pawłowicza Lidię Zachciałę. W oddali rozlegał się już odgłos trąbienia pociągu. Skład dojeżdżał właśnie do stacji. Dzisiaj wyjątkowo puszczono wagon motorowy MBxd1. Był on w opłakanym stanie. Do połowy był pokryty ciemnozieloną farbą, przez środek przechodziła pomarańczowa kreska, która na czole wagonu schodziła w dół tworząc dwa ramiona trójkąta. Górna część pojazdu pomalowana była na seledynowo. Gdy wagon się zatrzymał Aniela bezpośrednio z ulicy wsiadła doń. Poszła na początek pojazdu i czekała na konduktora. Kierownik pociągu wszedł do wagonu. Wychylił się jeszcze i spojrzał czy nikt nie wsiada. Zagwizdał i wykrzyknął ,,5531 gotów do odjazdu’’, zagwizdał gwizdkiem i zasunął drzwi. Pociąg ruszył ociężale. Kobieta była jedynym pasażerem składu.

-Do Dupna emeryt.

-Da pani legitymację.

-Zara.

Aniela wyjęła z torby legitymację i dała ją konduktorowi, ten wyciągnął z kieszeni plik druczków. Oderwał jeden z nich, sięgnął ze służbowej torby długopis i wypisał bilet.

-Trzy piętnaście- odrzekł konduktor sapiąc i gładząc lewą ręką wąsy.

-Proszę. Tam jest tyle- rzekła Aniela.

Mężczyzna oddał jej legitymację i bilet. Aniela schowała je do torby i oparła na niej prawą rękę. Pociąg dojeżdżał niespiesznie do Piekiełka. Kobieta spoglądała przez okno. Za oknem unosiła się mgła. Drzewa rosnące wzdłuż strugi, która płynęła w dole traciły liście. Na łące pasły się trzy krowy. W końcu pociąg zaczął hamować bujając się na boki i rzucając do przodu. Matka Mariusza poprawiała się na obitym dermą siedzeniu, jakby cos dławiło ją w dupę. Kolejarz znów wykrzyknął ,,5531 gotów do odjazdu’’ i zamknął drzwi. Po pięciu minutach skład dojechał do ogródków działkowych. Ku wielkiemu zdziwieniu mężczyzny do pociągu wsiadła pasażerka. Miała bilet miesięczny, więc dała konduktorowi by go skasował.

-O! Janina!

-Cześć, cześć.

Janina usiadła naprzeciwko Anieli. Była ubrana w długi szary płaszcz. Kobieta w przeciwieństwie od Anieli była ubrana elegancko. Matka Mariusza miała na sobie polar i wyświechtane spodnie. Na nogach miała czarne buty za kostki. Z resztą nie mogła być zbyt dobrze ubrana, bo jechała na rynek, a nie na rewię mody.

-A ty co, Janina. Na działce mieszkasz?

-Ni. Tylko byłam zobaczyć, czy je zakietowane.

-A dzie jadziesz?

-Do matki jadę. Jeszcze w Dupnie zrobię sprawunki i dla nas i dla matki.

-A ja jadę na rynek. Popatrzę, może będu cóś ciekawygo miely.

-Jo tam. Ja to na rynek to tylko po pierwszym jeżdżę, bo tak to nic ni maju.

-I co, Aniela. Likwiduju nam kolej, ni?

-Jo. Nie gadaj mi nawet. Czym ja tera jeździć będę. Pekaesem to drogo w cholerę wychodzi, zniżków ni ma, a tu co. Trzy złote żem dała, ni.

-Ten świat to na psy schodzi…

-Na szczęście jeszcze torów nie zdejmą i towary jeszcze od czasu do czasu będą wozić- wtrącił się konduktor.

-Tam z towarami. A czym my będziem jeździć?- odezwała się zbulwersowana Aniela.

-No tak, no tak- przytaknął jej kolejarz.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania