Obcas (córeczka tatusia)

Na krótkich, wilgotnych nóżkach nędzarski chór rozpustnych chuci uciekł ze snu pod łóżko, na pierwsze oznaki nadchodzącej niczym nieuchronna katastrofa jawy. Gdzieś w alternatywnym świecie, a może w świecie dla którego nie ma żadnej alternatywy, czyjś monotonny upierdliwy głos z wolna recytował:

„(…)oczyść włoszczyznę, pokrój na duże kawałki. Cebulę pokrój na ćwiartki. Dodaj cebulę i włoszczyznę, przysmaż. Podlej ¾ litra wody. Przypraw solą i pieprzem, zagotuj. Przykryj, duś przez 45 minut. Brokuły oczyść. Wywar przecedź przez sitko do garnka. W garnku gotuj 10 minut brokuły. 4 różyczki brokułów odłóż, resztę zmiksuj(…)”

Wstałam i pobiegłam do łazienki rzygać.

– Dobrze się czujesz? – spytała Ala, gdy tylko wróciłam.

– A ty?

– Czemu ja?

– Co ty, uczysz się gotować?

– No…

– Brokuły? Włoszczyzna?

– Pójdę do warzywniaka…

– Pójdę do warzywniaka… pójdę do warzywniaka… Po kiego grzyba to czytasz na głos, jak nie masz żadnego z tych składników? Po nalewkę byś poszła…

– Za dużo wypiłaś wczoraj…

– No coś ty… a myślałam, że za mało… – odburknęłam próbując zebrać skołatane myśli. Czy to co mi się śniło to na pewno sen? Ręce. Pocałunki. Nie tylko pocałunki. I nie tylko ręce. Coś było nie tak. Spojrzałam w dół i wrzasnęłam przerażona – Dlaczego ja kurwa nie mam majtek? Co ja wczoraj odpierdoliłam do kurwy nędzy?

– Nic z tych rzeczy…

– Mów… nic nie pamiętam…

– A myślisz, że ja pamiętam? Ale majtki sama ci zdjęłam, jak je zajszczałaś…

– Jak to zajszczałam?

– Wystawiłaś gołą dupę przez okno lać… tak ci się wydawało przynajmniej…

– O Boże… I całe miasteczko mnie widziało?

– Nieee… bo pomyliłaś okno z szafą… i wcale nie miałaś gołej dupy tylko w tych babcinych gatkach…

– I co z nimi zrobiłaś? Uprałaś?

– Nieee… wyjebałam przez okno…

– Pojebało cię?

– Chyba ciebie… żebym twoje zajszczane gacie jeszcze miała prać… wiesz jak od nich capiło?

– Serio je wyjebałaś przez okno?

– Nie. Zawinęłam w worek foliowy, są w łazience. Podobnie jak te twoje baleriny… Upierz sobie bo śmierdzą.

– Nie wchodzę tam, jebie rzygami…

– Ciekawe czyimi…

– Czyli mówisz, że ja nic? – upewniłam się.

– Serio byłaś tak wstawiona? Nie Wiola, nikt cię nie ruchał…

– To dobrze… bo wiesz…

– Wiem… Trzymasz cnotę dla Enrique…

– Właśnie…

– Jesteś pojebana…

– No chyba ty… – żachnęłam się już uspokojona i dodałam prawie pojednawczo – ja przynajmniej nie szlajam się po zajezdniach i nie jebię z połową miasta…

– Wal się! – Ala demonstracyjnie odwróciła się do mnie plecami. Śmieszna była w tych jej teatrzykach. Niższa ode mnie o głowę, za to rabanu potrafiła zrobić za dziesięć.

– Co się stało z moimi balerinami? – spytałam, próbując skompletować ubranie do wyjścia.

– Jak to co? Były w szafie…

– No i?

– Nie słuchałaś?

– Czego?

– Że szczałaś do szafy?

– Aaa… no tak… nie pamiętam… Masz towar?

– Niby skąd? I po co ci tera?

– Muszę na zajęcia iść… Gdzie mój zegarek?

– Na jakie zajęcia? Jest już po piętnastej…

– To jeszcze wykład został z tego… no z… – próbowałam sobie przypomnieć nazwę przedmiotu i za chiny nie mogłam. Coś źle ze mną. Podniosłam z podłogi książkę i pokazałam Ali.

– No to leć, jak musisz… Książkę zostaw, i tak w niej nie ma obrazków…

– Zołza…

Pokazała mi język, jak sześciolatka. Roześmiałam się, objęłam ją i spytałam:

– Co ja bym bez ciebie zrobiła?

– Umarłabyś w ciemnej dupie…

Na szybko zaczęłam nakładać makijaż. W końcu gdy był akceptowalny, ruszyłam ku drzwiom.

– Zaraz… Wiola… ja cię tak nie puszczę…

– Czemu?

– No coś ty se odpierdoliła na twarzy?

– Umiesz lepiej?

– Wiesz, że tak. Daj… poprawimy to…

– Makijażystka się znalazła – burknęłam, ale miała rację. „Co ja sobie odpierdoliłam na twarzy?” – powtórzyłam w myśli jej słowa. Ala na szczęście kilkoma ruchami doprowadziła moją twarz do jako takiego, wyjściowego wyglądu.

– No z twoją facjatą to i tak już lepiej nie będzie…

– Nie słodź... Lecę. Wezmę twoje szpilki, okej? – mimo różnicy wzrostu, na szczęście miałyśmy ten sam rozmiar stopy.

– Skoro musisz... Tylko nie rozjeb…

– Nie bój się, nie rozjebię ich…

– Nie rozjeb sobie łba głupia… nie umiesz chodzić na szpilkach…

Oczywiście, że to nie prawda. Chciała mi tym tylko dogryźć, jak to ona. Jestem damą i potrafię na szpilkach nawet biegać, ale pyskówka nie miała sensu, jeśli chciałam jeszcze zdążyć na wykład.

Z akademika na uczelnię był kawałek. Po drodze niemalże skręciłam kostkę, gdy złamał się obcas w tych jej durnych butach. No teraz to już serio nie zdążę na ten wykład.

Zresztą, pies trącał wykład.

Zamierzałam się wyrwać w innym celu. Tu niedaleko była budka telefoniczna. Niestety nie takie Tardis, jak z Doktora. Ale zwykła budka, taka z której mogłam zadzwonić do domu.

Drżącymi dłońmi wykręciłam numer.

Miałam łzy w oczach, gdy usłyszałam głos ojca:

– Słucham?

– Tato?

– Kto mówi?

– Twoja córka… Wioletta…

– To pomyłka – odparł chłodno – moja córka dawno nie żyje.

Chciałam coś jeszcze powiedzieć, ale w słuchawce nie mieszkał już jego głos. Rozłączył się.

Kurna. I jak ja wytłumaczę Ali ten złamany obcas?

Średnia ocena: 4.1  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Canulas miesiąc temu
    Noo, się płynie... powiedzmy.
  • nimfetka miesiąc temu
    Początek jest bardzo dobry. Pierwsze zdanie wydaje się trochę za zbyt dopchane, mi nie przeszkadza, ale wiesz, duża część może nie przepadać.
    Akcja poprowadzona płynnie, podobał mi się fragment z tym szczaniem za okno i gaciami, kiedy tamta dziewczyna droczyła się z Alą.
    Potem trochę slabnie, jakby nie chciało Ci się już pisać i zdecydowałeś się na przebrnięcie przez akcje prosciej. Nie, żebyś musiał cały czas stosować wytwornych słów, no ale też, żeby nie przechodziło to z drugiej strony w zdziecinnienie.
    Wydajesz się być typem, który kiedy trochę popracuje, będzie pisać o wiele lepiej.
    Pozdrówki.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania