Obcy - Stara kopalnia, rozdział 1 (część 5)

Popatrzyłam przed siebie na neony wielkiego miasta, które wyglądało jakby ktoś wyjął je ze starych książek z dwudziestego pierwszego wieku. Futurystyczne miasto, samochody, które unosiły się bez konieczności dotykania ulicy. To tam pracowała mama i tam mieszkała elita. Bogacze, którzy skazali pozostałych na życie w slumsach i osiedlach dla biedoty, rodem z dwudziestego wieku. Ziemia także nie wyglądała tak jak kiedyś. Zanieczyszczenie powietrza było bardzo wysokie, temperatury nie raz dochodziły do skraju miernika latem tak i zimą, a ulewne deszcze i burze przypominały znany ze starych filmów armagedon lub koniec świata, którego wszyscy w dwudziestym pierwszym wieku tak się bali. Tutaj powodzie, tajfuny równające malutkie miasteczka z ziemią jak i fale tsunami były na porządku dziennym. Ludzie dostali to, co chcieli. Nie dbając o środowisko tylko o własną wygodę zniszczyli Ziemię, pozostawiając dla potomnych umierającą planetę, na której ląd zdatny do zamieszkania był wielkości dawnej Europy i połowy kontynentu Azjatyckiego. Ze względu na brak ziemi, która nadawałaby się do zamieszkania, Budynki pięły się w górę lub w dół, dając możliwość przetrwania bogatszej społeczności. Biedota mieszkała w budynkach, których projekty pochodziły z dwudziestego pierwszego wieku, ale nadawały się jeszcze do budowy i oddania dla biedniejszej społeczności. Po drobnych modyfikacjach do teraźniejszych standardów, mogły także piąć się w górę, dzięki czemu na mniejszym kawałku ziemi mieszkało więcej osób.

Dwudziesty piąty wiek nie przyniósł niczego dobrego. Kilka drobnych wojen, które były po drodze podzieliły ludzi na tych lepszych i gorszych. Kto nie miał szczęścia wybić się z biedoty przed podziałem i rozłamem społeczeństwa, kończył w slamsach lub osiedlach takich jak to, w którym mieszkałam. Do tego nowa forma życia, którą odkryto pięćdziesiąt lat temu. Wszystko było by okej, gdyby nie chciwość kilku naukowców szukających nowych sposobów na wydłużenie elicie życia, zapominając, że biedniejsza część społeczeństwa umierała w męczarniach chorując na raka lub umierając w paszczach bestii, które swoją chciwością rozzłościli. Lek na raka był już dawno. Ale chciwość i chęć dorobienia się tańszymi, nic nie skutecznymi lekami był silniejszy. Dawał koncernom farmaceutycznym możliwość testowania leków na niczego nieświadomej, biedniejszej społeczności, która w końcu przestała już ufać nawet lekarzom przyjeżdżającym w weekendy na darmowe praktyki. Nie wiem, czy o taki rozwój walczyli nasi przodkowie w dwudziestym pierwszym wieku. Wydaje mi się, że mieli całkowicie inną wizję przyszłości. Wizję szczęśliwych ludzi żyjących w mlekiem i miodem płynących krajach. Ale jak widać życie pokazało, że zawsze grupka chciwych osób będzie nad tymi, którzy chcą zrobić coś dobrego dla społeczeństwa i planety.

Zeszłam na dół i nalałam sobie soku pomarańczowego i weszłam z powrotem na swoją część otwartej przestrzeni. Przed tym zamknęłam dokładnie drzwi, by żaden nieproszony gość nie wszedł do środka, gdy niczego nieświadoma będę spała na górze. Zamknęłam oczy i czekałam, aż ponownie budzik ustawiony w moim telefonie zacznie dzwonić o piątej. Wstawałam tak wcześnie bo miałam półgodziny marszu do szkoły. Zajęcia zazwyczaj zaczynały się o ósmej, jednak teraz, gdy winda była popsuta… Musiałam wychodzić z domu jeszcze wcześniej niż zwykle.

 

Nastał dzień i słyszałam śpiew ptaków przez uchylone okienko. Nerwowo rozejrzałam się dookoła, czy nic nieproszonego nie dostało się do środka, ale mieszkanie było puste. Złapałam telefon i zobaczyłam, że obudziłam się piętnaście minut przed budzikiem. Cieszyłam się, że było lato i nie musiałam zakładać na siebie wytartej kurtki, którą mama kupiła mi w jednym ze sklepów z używaną odzieżą. Zamierzałam zarobić pieniądze na nową, cieplejszą. Nie wiedziałam tylko jak mam to zrobić. Jedynym rozwiązaniem było pójście do pracy w weekendy. Ale w tym roku szkolnym musiałam wybrać do jakiego kółka szkolnego chcę dołączyć, co gryzło się z moim planem o dodatkowym zarobku na nowe ciuchy i buty. Weszłam do łazienki, umyłam się i wyjęłam jajka z lodówki. Miałam ochotę na jajecznicę. Kątem oka zobaczyłam, że mama zostawiła doczepioną na lodówce kartkę z zakupami. Złapałam ją i schowałam do kieszeni plecaka, który zniosłam na dół i położyłam na jednym z krzeseł. Kolejny, standardowy dzień przede mną.

Zjadłam śniadanie, umyłam talerze i ubrałam się w swój mundurek, który dostawaliśmy za darmo każdego roku. Każdego roku nowy. Zastanawiałam się, czy szkole nie było szkoda pieniędzy, by co roku kupować uczniom nowe mundurki, gdy cała kadra pedagogiczna i uczniowska liczyła prawie dziesięć tysięcy osób. Ale to była szkoła płatna. Mieli na to pieniądze.

Złapałam klucze i plecak i wyszłam z domu zamykając za sobą drzwi. Spojrzałam na zegarek. Była szósta trzydzieści. Miałam jeszcze sporo czasu by zdążyć na zajęcia.

 

Gdy dotarłam do szkoły w klasie jeszcze nikogo nie było. Promienie słońca przebijały się przez rolety, tworząc mozaikę na podłodze. Usiadłam przy swojej ławce i czekałam, aż zaczną zbierać się pozostali uczniowie.

Nie minęło pół godziny, gdy do klasy zaczęły wchodzić bogate dzieciaki z sąsiedztwa, które prawdopodobnie przywieźli niedawno rodzice. Lub służba. Wszystko zależało od zasobności portfela rodziny. Weszła też Zoe, która rzuciła mi krótkie „cześć” i usiadła za mną. Postanowiłam, że zacznę rozmowę. Byłam przygotowana na to, że mogę nie usłyszeć odpowiedzi.

- Sprawdzian z matematyki jest dzisiaj normalnie? - zapytałam. Zoe spojrzała na mnie znad swojej torby.

- Tak. Wychowawczyni nic nie wspominała, że go nie będzie. - powiedziała i wróciła do wypakowywania książek potrzebnych na pierwsze zajęcia. Nasza wychowawczyni była nauczycielką historii. Także pierwsze zajęcia mieliśmy mieć dzisiaj z nią. Kobieta jednak długo nie przychodziła i zastanawiałam się, czy przypadkiem coś się nie stało.

- Zoe, jesteś gospodarzem klasy. Widziałaś naszą wychowawczynię dzisiaj, nie?

- Tak. Rozmawiała z jakimś mężczyzną. Obok nich na wózku inwalidzkim siedział jakiś młody chłopak. Słyszałam tylko coś o przeniesieniu i o klasie oraz, że nasza będzie najlepsza bo ma jeszcze najmniej dzieciaków. - odparła.

- Nowy uczeń?

- A co w tym dziwnego? - prychła – Jest początek roku. Jeszcze zdąży nadrobić wszystko. - dodała. Czasami zastanawiałam się, czy nasza szkoła nie była pokroju dawnego collegu, który czasami oglądałam na starych filmach z lat dwudziestych pierwszych. Podstawówkę kończyliśmy w końcu w wieku szesnastu lub siedemnastu lat. A po czterech latach w tej szkole mogliśmy iść na uniwersytet lub próbować swojego szczęścia szukając pracy w bankach, wielkich korporacjach lub jako politycy. Żeby zostać lekarzem, tak jak marzyłam od samego początku, musiałam dostać się na uniwersytet. Niestety przy moich ocenach mogłam startować tylko na pracownika w korporacji. O ile udałoby mi się przebrnąć przez ciężki proces kwalifikacyjny. Oczywiście była też inna, szybsza droga. Ale wolałam o tym nie myśleć. W każdym razie jeszcze nie.

- No… Nic. Po prostu zaskoczyło mnie, że przenosi się w inny rejon. - dodałam szybko. Drzwi do sali otworzyły się i weszła nasza wychowawczyni. Wysoka brunetka, z włosami spiętymi w idealny kok. Nienaganna koszula i spódnica z herbem szkoły oraz czarne, w dużej oprawie okulary to był jej znak rozpoznawczy. Pod pachą miała dziennik oraz książkę do historii. Nasza szkoła miała cztery lata. Ja byłam na drugim, przygotowującym do wyboru konkretnej specjalizacji, która na czwartym roku kończyła się wyuczonym zawodem lub przygotowaniem do wyższego poziomu, jakim był uniwersytet. Oczywiście zajęć nie ubywało, a przybywało, przez co trzeci rok kończył zajęcia koło dwudziestej pierwszej.

- Usiądź na miejscu Tom. Nie pajacuj. - powiedziała nauczycielka widząc, co chłopak z tyłu wyprawiał w ławce. Gdy sala się uspokoiła i skończyły się rozmowy, położyła podręcznik oraz dziennik na mównicy. - Dzisiaj do naszej klasy dojdzie kolejny uczeń. Przywitajcie go mile i pomagajcie mu jak tylko będziecie mogli. - odparła i kiwnęła dłonią w stronę drzwi. Do sali wjechał chłopak. Jego wózek poruszał się nie za pomocą siły jego mięśni, a joysticka, który poruszał całym mechanizmem. Młodzieniec miał zobojętniałą minę. Jego kruczoczarne włosy odstawały na wszystkie strony, a ciemne oczy obserwowały uważnie otoczenie. W pewnym momencie zrozumiałam, że to jego widziałam wczorajszego dnia w limuzynie, która przejeżdżała obok mnie. - Wasz nowy kolega nazywa się Matteo Levante. Jest starszy od was o dwa lata. Przez wypadek, jakiego doświadczył kilka lat temu nie mógł kontynuować nauki przez pewien czas. Ale nadrobił zaległości na tyle szybko, żeby móc dołączyć w tym roku z wami do klasy. - nauczycielka rozejrzała się po klasie szukając dla niego miejsca. Zobaczyła, że koło mnie było puste – Matteo, usiądź koło Mary. Mara, zabierz krzesło i wstaw je do ławki Zoe. - odparła. Posłusznie wstałam i zabrałam krzesło. Chłopak uważnie obserwował każdy mój ruch. Jego obojętne spojrzenie nie zmieniło wyrazu. Gdy usiadłam na miejscu chłopak ruszył do mojej ławki. Jego wózek inwalidzki był na tyle mały i zgrabny, że mógł wjechać nim w każdy zakamarek. Gdy chłopak był już na miejscu nauczycielka zaczęła zajęcia.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania