Oko proroka. Cba

BURZA

Czarne ptaki wzbiły się w powietrze. Uniosły się w górę na tle rozżarzonego nieba. Słońce chyliło się z wolna ku zachodowi. Jego promienie oświetlały moją zmęczoną twarz. Ciemne smugi unosiły się nad moją głową. Jak miałam się przed nimi bronić? Jak miałam się bronić, skoro kłamstwo opatulało mnie niczym jadowity wąż. Fala zwątpienia. Fala emocji, których nie rozumiałam. Skąd wzięły się we mnie? Trucizna. Czyjaś ręka pojawiła się w mroku. - Chodź- szepnął. Chwyciłam ją, a ta poprowadziła mnie w stronę zachodzącego Słońca. To wybuchło w zwolnionym tempie, a jego resztki oświetliły moją twarz. Odłamki Słońca rozsypały się przede mną. Spojrzałam na nie. - Nie słuchaj rozumu. Rozum ocenia. Rozum analizuje. Rozum poszukuje sprzeczności. Szuka wyrw przez które mogą przedostać się myśli, których nie potrzebujesz. Tylko serce czuję. Tylko serce wskazuje drogę i nie szuka negatywów. Tylko serce nie musi nic mówić, a samo Cię poprowadzi. Resztki Słońca zaczęły ulatniać się w górę, powędrowałam spojrzeniem za nimi, aż te zniknęły w odmętach niezmierzonego nieba. Wtedy z nieba wysunęły się cztery trąby powietrzne, które dotknęły ziemi. Zaczęły wirować, a z nich jęły wylatywać suche liście, które spadały na ziemię przede mną. Spojrzałam na liście, a Głos powiedział: - Widzisz te liście? Niegdyś kwitły bujnie na drzewach żywiąc się zielenią i zdobiąc piękne drzewo, które było ich właścicielem. Jednak, gdy przychodzi jesień liście opadają na ziemię, a potem przykrywa je śnieg. Przez okres zimowy liści nie ma, jednak gdy przychodzi wiosna te zakwitają na nowo, by potem istnieć na drzewie przez kolejne miesiące. Pojęłam Słowo i liście zniknęły. Zabrano mnie do dzikiej krainy, gdzie otaczały mnie wysokie, grube drzewa oraz niskie krzewy. Czułam, że w tle czyhało na mnie niebezpieczeństwo. Słyszałam odgłosy kroków oraz szelest liści. Czy to były dzikie zwierzęta? Ruszyłam naprzód. Paraliżujący strach ogarnął mój umysł, gdy przed moimi oczami mignął cień. Nakazano mi, abym się nie bała. Drzewa rozchyliły swe korony, a ja ujrzałam jaśniejące światło Księżyca. Dzięki światłu zdołałam dostrzec czarne, czworonożne stwory, które posuwały się po gałęziach drzew łypiąc na mnie czerwonymi oczami. I choć chciały mnie zaatakować, to nie mogły, jednak ja nie wiedziałam dlaczego. Byłam sama i otaczały mnie bestię. Szłam więc dalej w tej nieustającej dziczy, a obraz przede mną zaczął się rozmywać. Znalazłam się na polanie. Polanie pełnej kwiatów, jednak usłanej również czarnym robactwem, które pożerało ich płatki i niszczyło kwiaty. Im dłużej patrzyłam tym jaśniejąca polana stawała się coraz czarniejsza, aż robactwo wyżarło wszelkie kwiaty, i pozostały po nich tylko łodygi. Co się stało? Dlaczego tak się stało? - Widzisz te kwiaty? Kiedyś były piękne, miały swe miejsce na ziemi. Kwiaty były dobre. Pragnęły zdobić polanę swą obecnością. Wiesz dlaczego zginęły? Ponieważ pozwoliły robactwu wedrzeć się do ich włości. A robactwo jak sama wiesz jest małe. Pozbawione rozumu. Robactwo działa instynktownie, ponieważ nie ma niczego innego poza instynktem. Robactwo nie zastanawia się czy kwiaty były piękne i czy zdobiły polanę. Robactwo po prostu je pożera. Pojęłam Słowo. I wtedy przede mną wylądowała ściana z setkami jak nie tysiącami oczu wlepionymi we mnie. Oczy nie spuszczały ze mnie wzroku. Wpatrywały się nieprzerwanie. Czego ode mnie chciały? Bałam się, choć w głębi duszy wiedziałam, że nie miałam czego. Dlaczego więc się bałam? Dlaczego bałam się oczu, które znałam? Jednak czy aby na pewno je znałam? Jeśli tak to skąd? I za mną wylądowała druga ściana. Tak samo jak na pierwszej znajdowało się na niej setki jak nie tysiące oczu wlepionych we mnie. Następnie wylądowały dwie kolejne ściany. Zamknęły mnie w pomieszczeniu. Na każdej ścianie były oczy. Wszędzie oczy. Uklęknęłam. Dlaczego oczekiwano ode mnie tak wiele? Dość miałam tego ciężaru na swych ramionach. Wiedziałam jednak, że nie mogłam się poddać. Obiecałam, że się nie poddam. Nie wiedziałam nawet komu obiecałam, ale obiecałam, że się nie poddam. A obietnicę składane w ciszy były dla mnie najważniejsze. Dlaczego? Tego też nie wiedziałam. Oczy zamknęły się. Ściany rozstąpiły się na boki. Szłam drogą kamienistą, naznaczoną drogocennymi kamieniami. Kamienie były piękne. Nie wartościowe. Piękne. Mieniły się wszystkimi kolorami tęczy. Podobały mi się, ponieważ nie można było ich kupić. I wtedy z zachodu zawiał chłodny wiatr. Zadrżałam. - Widzisz te kamienie? Te kamienie nie są na sprzedaż. Dla Ciebie są piękne, jednak gdyby ktoś inny je ujrzał od razu zacząłby je wyceniać. Współczesny człowiek w zwyczaju ma wszystko wyceniać. Nawet Życie. Nawet Śmierć. Wartość materialna stała się dla nich ważniejsza od wartości duchowej. Pamiętaj, aby nigdy nie stać się jak te kamienie. Aby nie pozwolić się wycenić, bowiem prawdziwa wartość jaką nosisz w sobie nie jest ani na sprzedaż ani na wycenę. Materia pochłania bardzo szybko. Nawet najwytrwalszych. Jednak zachowując od materii dystans poznajesz to, o czym nie mówi się na głos. Bo, aby poznać wszystko wpierw należy poznać siebie. A kto zna Ciebie lepiej niż Ty sama? Dlaczego się boisz? Powiedz mi czego się boisz? Wylądowałam w Ciemności. Ciemności gęstej, mrocznej, przytłaczającej. Ciemności zimnej, martwej, pozbawionej uczuć. Ciemności do której nie chciałam się zbliżać, a tym bardziej jej poznawać. - Samotność. Samotność to najwyższa cena jaką zapłacić musi Miłość, jeśli jest nieprawdziwa. Samotność to również piekło, jakiego doświadcza się będąc na ziemi. Samotność to kara. Wyciągnięto mnie z Ciemności. Wylądowałam na stosie kartek. Kartek spisanych długopisem, ołówkiem i węglem. Zaczęłam przebierać kartki czytając z nich słowa. - Nikt już nie pojmuję słowa pisanego. Nikt nie doszukuję się w nim metafor ani odniesień do rzeczywistości. To tak jakby patrzeć na zachód Słońca, wcale go nie oglądając. To tak jakby przyjść oglądać zachód Słońca, jednak nie napawać się jego widokiem. Rozumiesz? - Nie. Ciężkie westchnięcie. - Patrzysz na zachód, ale nie dostrzegasz jego piękna. Czy przychodzisz patrzeć tylko jak zachodzi Słońce? Pojęłam. - Zachód usypia, Wschód budzi. Dzień jest do życia, noc przeznaczona dla śmierci. Gdy zamykasz oczy widzisz Ciemność. Gdy otwierasz oczy widzisz kolory. - A jak jest ciemno? - Wtedy widzisz Ciemność, toż to chyba logiczne. Dobrze zresztą wiesz, że ta metafora nie odnosi się do tego. Wiedziałam. - Tak samo jest z życiem. Gdy zamykasz oczy widzisz tylko to, co mroczne. Nie dostrzegasz kolorów. Umierasz będąc żywym. Jednak gdy żyjesz, zwracasz uwagę jedynie na pozytywy, zupełnie jakby tamten świat nie należał do Ciebie. Nie czujesz zawiści ani nienawiści. Jedynie radość płynącą z serca, bowiem tylko serce potrafi się szczerze radować. Jednak serce też potrafi cierpieć, bowiem jest delikatne i podatne na zranienia. Dlatego gdy czujesz sercem wszystko co cię dotyka staję sie bardziej dotkliwsze i wyraziste zarazem. Dar i przekleństwo. Jednak nie rozum, a serce doprowadzi Cię do bramy. Wylądowałam przed marmurową tablicą, na której nic nie zostało wyryte. Tablica była chłodna i zimna. Zupełnie jakby została zapomniana w odmętach czasu i przestrzeni. - Człowiek winien składać się z trzech prawd: wiary, nadziei i miłości. Wszystko co inne jest zbędne. Bowiem dusza karmi się tymi trzema uczuciami. Każde inne albo ją osłabia albo niweczy. Bez wiary nie ma nadziei, bez nadziei nie ma miłości i odwrotnie. Jednak oni już o tym zapomnieli, zupełnie jakby nie do tego zostali stworzeni. Ogarnęła ich pycha i zawiść. Ślepa pogoń za papierem, który nie ma żadnej wartości. Wiesz dlaczego ludzie się zatracili? Bowiem posiedli Mądrość, której nie rozumieją, a Mądrość ta doprowadziła ich do zguby. Stworzyli system, który stał się dla nich pułapką. Stworzyli system, który odebrał im wolność. A dusza traci na swej wartości, jeśli jest uciemiężona, nie wolna. A to wszystko jest pułapką tego, którego nienawidzisz. Chwalenie rzeczy ulotnych i błahych. Oddawanie czci posążkom, które nie mają żadnej wartości. Nie potrzebuję marmurowych świątyń ani wielkich posągów. Potrzebuję wiary. Wiary czystej i pozbawionej skazy. I nad moją głową rozpętała się burza. Błyskawica przecięła niebo i z nieba spadł oczyszczający deszcz.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Dekaos Dondi 5 miesięcy temu
    Nie dosyć, że bardzo ładne, płynnie napisane, to jeszcze dużo - dających do myślenia - zagadnień, przemyśleń. Człowiek czasami za bardzo stara się widzieć to, co widzi. A oczy to tylko ''przekaźnik'' nie: zrozumienie lub uwierzenie. Pozdrawiam→5

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania