Ostatni Gość (cz.6)

12 Czerwca 2016

Marwood, Zachodnia Walia

14:50

 

Przeszła przez kaplicę odprowadzana przez martwe oczy świętych, spoglądające ze ściennych malowideł. Mięśnie jej twarzy stężały, gdy zatrzymała się obok ławki, w której siedziała.

Jeszcze nigdy nie widziała trupa…przynajmniej nie świeżego. W trumnie, na pogrzebie…to co innego.

Jak urzeczona wpatrywała się w tył granatowej sukienki.

Ostatni gość. Dziewczyna, która się spóźniła… Siedziała w piątym rzędzie, pochylona, jakby coś czytała. Wyglądała tak…spokojnie. Dziwna myśl, zważywszy na sytuację.

Ale może ojciec Horatio się myli…

Przyklękła. Żołądek ciążył jej jak kamień. Kapelusz na głowie dziewczyny przekrzywił karykaturalnie. Zawahała się. Zdusiła w sobie obrzydzeniem i zsunęła kapelusz z głowy dziewczyny.

Z ust Sonii wyrwał się krótki krzyk.

Nie żyła. Nie musiała nawet szukać pulsu. Szklane oczy dziewczyny wpatrywały się podłogę. Strużka krwi ciągnęła się od ucha aż do karku i wsiąkała w materiał sukienki.

Nie, nie, nie! To się może dziać!

Odwróciła wzrok, walcząc z falą mdłości. Sukienka przylgnęła do jej pleców. Zimna struga potu spłynęła po jej boku. Zmusiła się, by jeszcze raz spojrzeć na nieboszczkę. Twarz dziecka. Duże, bladoniebieskie oczy. Włosy w nieokreślonym, mysim kolorze.

Winona Elton.

Co do diabła, robiłaś na tym weselu!?

Zaśmiała się gorzko.

Oczywiście. Mogłaś tu przyjść tylko w jednym celu.

Bezpardonowo sięgnęła po torebkę leżącą obok ciała. Wysypała jej zawartość na podłogę. Przedmioty rozpierzchły się, dudniąc głucho o posadzkę.

- Tak nie wolno! – Usłyszała głos Ojca Horatio.

Nie zgadzała się z nim. Ta dziewczyna splądrowała jej biuro.

Jej wzrok prześlizgnął się po leżących wokół przedmiotach. Szminka, puderniczka, pilnik. Zapasowa para rajstop. Opakowanie Divascanu. Niewielki portfel. Gdy dorwała się do jego zawartości, w jej uszach grzmiał głos Ojca Horatio. Domagał się szacunku dla zmarłej.

Trudno, najwyżej Pan Bóg mnie za to pokaże. Muszę się upewnić.

Kilka pomiętych banknotów. Zdjęcie starszej kobiety. Zapewne matki. Kilka wizytówek. Przerzucała pośpiesznie kartoniki. W końcu znalazła.

Uśmiechnęła się kącikiem ust.

 

5 Marca 2016

Roscoe w hrabstwie Norfolk.

 

Niedziela przywiodła ze sobą zmianę aury.

Złote refleksy zniknęły z tafli Wensum, a woda przybrała podły, szarawy odcień. Pomimo wczesnej pory w większości bliźniaczych domów na Surrey Street paliły się światła. Gęsta zasłona purpurowo-szarych obłoków skutecznie pozbawiała mieszkańców naturalnego oświetlenia.

Sonia stała przy oknie z kubkiem herbaty z mlekiem w dłoniach. Obserwowała opustoszałe ulice. Wyglądało na to, że wszyscy, łącznie z Anitą, która od rana nie ruszyła się z kanapy, zaszyli się w domach i cierpliwie czekali, aż pogoda przestanie się boczyć.

Czy tylko ja nie mam ochoty już dłużej czekać?

Czas przecież płynął nieustannie. Uciekał. Przelatywał jej przez palce, a ona nie wnosiła do swojego życia nic nowego. I jeszcze ta niedziela! Nieprzyjemne napięcie kłuło każdy milimetr jej ciała, które aż rwało się do działania. Tymczasem była zależna od godzin otwarcia placówek bankowych i planów swoich klientek.

Do diabła, dlaczego nikt nic nie robi w niedziele!?

Odwróciła się od okna. Mocniej oplotła dłońmi kubek.

Dość tego.

Odstawiła kubek na kuchenną szafkę. Zachybotał się i okręcił wokół własnej osi. Stukot szkła o drewnianą powierzchnię odbijał się echem w jej uszach, gdy opuszczała mieszkanie.

 

Zrzuciła z głowy kaptur przeciwdeszczowej kurtki i przycisnęła dzwonek. Zrobiła dwa kroki w tył, wypatrując cienia ludzkiej obecności w wiktoriańskim domu tuż za granicą miasta. Wcisnęła dzwonek ponownie, tym razem na dłużej nie odrywając od niego palca. Niech wie, że nie pozwoli, by wystawała tu Bóg wie jak długo. Wystarczająco długo już czekała. Chciała odpowiedzi. Potwierdzenia, lub obalenia swoich obaw. Po prostu chciała wiedzieć.

Już miała załomotać pięścią drzwi, gdy te otwarły się z rozmachem.

- To ty. – mruknęła właścicielka.

Ledwo rozpoznała ją w wydaniu weekendowym. Dotychczas widywała ją w profesjonalnych żakietach i w pełnym makijażu. Wyciągnięty dres i czysta skóra w pierwszej chwili zbił Sonię z tropu.

- Nie wiem, czy zauważyłaś, ale jest niedziela. – zauważyła kąśliwie Edna Romson.

Nie cofnęła się ani na krok. Nie zamierzała wpuszczać jej do środka.

- Chyba musimy porozmawiać. – zaczęła Sonia, nie siląc się na uprzejmy ton. – Wykonałam swoją część umowy. Kiedy TY wywiążesz się ze swojej?

Z ust Edny popłynął krótki chichot.

- Skarbie, już się wywiązałam. Nie czytałaś mojego ostatniego artykułu?

- Nie tak się umawiałyśmy.

- Dokładnie tak.

Sonia zacisnęła pięści.

- Jesteś zwykłą oszustką. – wycedziła przez zaciśnięte zęby.

- Znalazła się lojalistka. – zakpiła Edna.

Sonia zrobiła krok na przód i spojrzała w ciemne oczy swojej rozmówczyni.

- Jeśli nie dotrzymasz słowa…

- To co? – przerwała Edna, unosząc dumnie podbródek.

- Powiem policji, że włamywać się do mojego biura i…

Szyderczy śmiech Edny przebił się przez smętny szum kropel roztrzaskujących się o betonowy podjazd.

- Głupia, chcesz mnie szantażować? – spytała, nie kryjąc rozbawienia.- Chyba o czymś zapominasz. Masz do wiele więcej do stracenia niż ja. A teraz zjeżdżaj stąd.

Sonia zwęziła oczy, szukając w myślach kontrargumentu. Nic nie przychodziło jej do głowy. Co gorsza, zdawała sobie sprawę, że Edna miała rację. Zołza wyjdzie z tego bez szwanku. Natomiast ona sama mogła stracić wszystko, na co pracowała przez ostatnie lata.

Nie powinnam była tu przyjeżdżać.

Stała przed Edną i nie potrafiła wydusić słowa. Nie mogąc dłużej znieść pogardliwego spojrzenia „wspólniczki” odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę swojego Renault. Ściągnęła łopatki i wypięła do przodu pierś, chociaż jej poczucie dumy już dawno zostało zdeptane.

Jednak nie mogła tego pokazać. Zwłaszcza tej żmii.

- A tak w ogóle… - Usłyszała za sobą. - … Nie włamywałam się do tej twojej nory. Mam taki materiał, że oko bieleje. Nie potrzebuje tych nędznych ochłapów, którymi mnie raczyłaś!

Gdy odpalała silnik, usta Edny nadal się poruszały. Wcisnęła pedał gazu. Nie chciała dłużej przenikać jej jadem.

 

Kiedyś z niesmakiem naciągnęłaby apaszkę na nos i usta, by nie wdychać ciężkiego odoru benzyny. Tego dnia zupełnie jej nie przeszkadzał. Utkwiła wzrok w czytniku. Liczby zmieniały się powoli, ale nieubłaganie. Ostatnio wszystko przypominało jej o tym, że czas bezustannie gnał do przodu, przybliżając ją do klęski.

Z ociąganiem ruszyła w kierunku parterowego budynku z boku stacji. Za ladą młoda dziewczyna obsługiwała klientów stacji. Stanęła w kolejce za barczystym mężczyzną w ubrudzonej brązowej kurtce. Instynktownie spojrzała na własne ubranie. Ulewa co prawda zostawiła nieregularne, ciemne plamy na jej płaszczu, ale poza tym, wyglądała schludnie.

Dziewczyna za kasą powitała ją uprzejmie. Sonia obserwowała jej miękkie ruchy, gdy przesuwała kartę przez czytnik. Jej serce ściął lód, gdy jej uśmiech ustąpił miejsca nieprzyjemnemu grymasowi.

- Przykro mi, nie przechodzi.

- Proszę spróbować jeszcze raz.

Wyciągnęła nieznacznie szyję, próbując dojrzeć komunikat wyświetlany na urządzeniu.

- O, jest. – Dziewczyna za ladą rozpromieniła się. Nieomal wyrwała kasjerce kartę i z pochylona głową opuściła budynek. Odetchnęła dopiero na zewnątrz. Już myślała, że ten dzień nastąpił…

Po raz kolejny tego dnia przeklęła w myślach Ednę. Gdyby jej nie wystawiła…gdyby zrobiła, to, co obiecała…

Zatrzasnęła drzwi swojego Renault i oparła głowę o kierownicę.

Jak nisko upadłam.

Pierwszy raz dopuściła do siebie tę myśl. Ale chyba musiała w końcu zmierzyć się z tym, co zrobiła. Kilka złych decyzji, przez które znalazła się w tym położeniu, to jedno, ale wchodzenie w układy z Edną to już desperacja. A sprytna redaktorka szybko ją rozgryzła i wykorzystała.

Wesele Lizzie stanowiła dla Sonii szansę na wyjście z finansowego dołka. Jednak zaliczka, którą otrzymała, choć sowita, wystarczyła tylko na chwilowe podreperowanie budżetu. Ostatnio plik niezapłaconych rachunków, które pieczołowicie ukrywała przed Anitą, znów zaczął rosnąć.

Potrzebowała pieniędzy. Potrzebowała większej ilości zleceń. Potrzebowała rozgłosu. Wreszcie postawiła przy okazji zaślubin Lizzie ugrać także coś dla siebie. O tym ślubie trąbiły wszystkie lokalne pisemka i kilka ogólnokrajowych. Gdyby któreś z nich napisało o jej firmie…

Edna od tygodni nagabywała ją, wypytując o szczegóły planowanej ceremonii. Lizzie jednak nie życzyła sobie, by jakiekolwiek informacje dotarły do plotkarskiej prasy. Życie na świeczniku i tak sporo ją już kosztowało. Jednak Sonia dała się skusić i została „osobą z otoczenia Lizzie Abbot”. W zamian za to Edna obiecała napisać o Sonii i jej firmie.

I napisała. Dokładnie jedno zdanie.

„Organizacją uroczystości zajmuje się znajoma Abbot z czasów szkolnych”.

I tyle. Reszta artykułu traktowała o Lizzie i jej narzeczonym. W znacznym stopniu składał się z wyssanych z palca plotek niż rzetelnych informacji. Co gorsza, Edna miała ją w garści. W każdej chwili mogła ujawnić swoje źródło. Donieść Lizzie o zdradzie Sonii.

To Edna rozdawała karty w tej grze.

Następne częściOstatni Gość (cz.7)  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 4 dni temu
    A co znalazła Sonia wśród rzeczy zmarłej? Trochę mi brak jakiegokolwiek nawiązania z następną sceną, też z Sonią w roli głównej.
    No nic, trzeba poczekać:)
  • Kapelusznik 2 dni temu
    Jak na razie nadal czekam na rozwój akcji
    Ten skok w czasie lekko mnie zirytował
    Ale to twój styl - zobaczymy jak to rozwiniesz
    5
    Pozdrawiam
    Kapelusznik

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania