Pan, który nie chce niczego

Żegnaliśmy Hildę na lotnisku tylko we dwóch, Melchior i ja. Polały się krokodyle łzy.

- Pojedziemy do wuja Jakuba i zamieszkamy u niego w piwnicy – odparłem, kiedy już opuszczaliśmy wspomniane lotnisko.

- A po co? - spytał Melchior.

- Chodzi o to, że jestem takim nieudacznikiem, że w życiu sam bym sobie pracy nie znalazł.

No a wujek ma kontakty... - uśmiechnąłem się do niego porozumiewawczo.

- A po co? - nie ustawał. To pytanie było jego odpowiedzią na wszystko.

- Musimy jeszcze wstąpić do Oszołoma po trutki na pająki. W piwnicy wujka będzie ich pełno – uprzedziłem.

- A po co? - powiedział Melchior. - Przecież wcale nie są te pająki jakimś ósmym cudem świata, ich obecność wcale nie jest taka konieczna, a właściwie to jest całkowicie zbędna.

- Faktycznie – przyznałem mu rację. - Ale są i już. Trzeba się ich pozbyć.

 

Trutki zdały egzamin. Pająki odeszły w niepamięć, ale pojawiły się inne problemy.

- Czy mogę bawić się z nowym kolegą? - spytał przy śniadaniu Melchior.

- A róbta co chceta – odparłem nieuważnie, zajęty słuchaniem tego, co akurat leciało w Radiu Maryja. - Ważne, żeby Jezus nie miał nic przeciwko temu.

- A czemu zawracasz nam dupę, Melchiorku? - moja macocha była czujniejsza.

- Bo mówiliście, że nie wolno mi się odzywać do chorych na głowę panów i pań. A ten pan sprawia wrażenie, jakby był świrkiem – popukał się znacząco w głowę.

- Powiedziałem, że jeśli Jezus się zgodzi, to nie widzę nic przeciwko temu – pisnąłem cieniutko i zaraz oberwałem patelnią po łbie.

- Maurycy! Użyj mózgu! - wściekła macoszka toczyła z pyska pianę, która spływała wprost do moich ust. - Jakich to dziecko może mieć kolegów, których my nie znamy? I to z zaburzeniami psychicznymi?

- O, faktycznie – powiedziałem czując, jak gorąca ślina macochy spływa mi do żołądka.

Poczułem się jak Alicja z Krainy Czarów. Melchior właśnie wyjawił nam, że ma nowego kolegę, obcego chorego pana...

- Jak wygląda ten kolega? - spytałem.

- Ma na głowie wielkie bawole rogi, o takie – prawie spadłem z krzesła, jak to usłyszałem.

- Przedstaw mnie – poprosiłem, gdy już trochę ochłonąłem.

- Spytaj, jaki ma rozmiar penisa – syknęła macocha, nie zdając sobie sprawy, że pięciolatek nie powinien słuchać takich świńskich odzywek.

- Nie – Melchiorek odmówił wszelkiej współpracy.

Powlokłem się za nim.

- Babcia tylko żartowała – wyjaśniłem. - Tak naprawdę wcale nie obchodzi jej, jaki rozmiar penisa ma twój kolega.

Melchior uwierzył w moją wymówkę. Po chwili wychrypiał: „On nie chce.”

- Czego nie chce? - złapałem go za język.

- On nie chce niczego – palnął pospiesznie. - Powiedział, że nic nie ma sensu.

Melchior wypowiadając to zdanie zrobił się czerwony na twarzy, a po czole polały mu się kropelki potu.

- Czacha dymi – pomyślałem. - Dobra, nie będę się wtrącał w podejście do życia tego pana – podniosłem się. - Możesz mu polecić Koronkę do Serca Jezusa Miłosiernego, na pewno mu pomoże – uśmiechnąłem się sztucznie. Zaraz za rogiem zderzyłem się z modlącą się macochą.

- Melchior ma głupawkę, to częste u niedorozwiniętych umysłowo dzieci – palnąłem do niej żałośnie. - Wymyślił sobie pana z rogami, który mówi do niego, że nic nie ma sensu – zauważyłem spostrzegawczo.

- To bardzo rezolutnie, że posklejałeś w spójną całość strzępki zdań wypowiadane przez Melchiora – pochwaliła mnie. - Tylko dlaczego uciekł, gdy grzecznie zapytałam o rozmiar przyrodzenia kolegi? Przecież to ważne, żeby ten pan reprezentował sobą cokolwiek wartościowego, chociażby był to tylko sporych rozmiarów penis – wymądrzała się.

- No tak – przyznałem jej rację – Melchior powinien wiedzieć, że takie rzeczy też się liczą w życiu. - W dużej mierze to przecież wyznacza wartość mężczyzny – odparłem rezolutnie.

- Gadanie – macocha nagle odburknęła mi niemiło, a przecież tylko poszedłem tokiem jej rozumowania. - Tylko to wyznacza wartość faceta. Tylko. A ten Melchior przecież nie ma problemów z rozmiarem. Czego mu niby brakuje? Ty w jego wieku miałeś mniejszego i nie wymyślałeś dziwnych, smutnych panów, których rozmiar przyrodzenia stoi pod wielkim znakiem zapytania.

Zachciało mi się śmiać. Co za seksizm!

- Ej, ale przecież ten gostek istnieje tylko w wyobraźni naszego chorego dziecka! Myślisz, że rozmiar penisa wymyślonych panów ma aż takie znaczenie?

- Jak zwał, tak zwał – odparła zupełnie bez sensu.

 

Po jakimś czasie wreszcie na poważnie zainteresowałem się Melchiorem, a gdy opowiadał o panu z rogami, który nie chce już niczego, nie pytałem się dlaczego zawraca mi dupę swoimi chorymi opowieściami, tylko łaskawie słuchałem, od czasu do czasu zadając jakieś banalne, nic nie wnoszące do rozwiązania sprawy pytania.

Ostatnio Melchiorek siedział godzinami na zimnej posadzce w naszym przedpokoju, poruszając bezgłośnie aparatem gębowym i głupkowato gestykulując. Czasem wstawał gwałtownie i przynosił na miejsce swojego posiedzenia jakieś przyniesione z podwórka robale. Następnie je miażdżył buciorami, jednocześnie mając minę, jakby robił to z przymusu.

- Czy to polecenia twojego kolegi? Musisz je wykonywać? - zagadnąłem rozbawiony. Byłem wtedy w bardzo jajcarskim nastroju.

Melchior przeszył mnie udręczonym spojrzeniem jakiegoś potępionego człowieka.

- Ty nie będziesz już nigdy się uśmiechać. Już nigdy nie będziesz w dobrym nastroju i nic nie będzie cię już śmieszyło – powiedział tonem, jakby rzucał na mnie jakąś klątwę. Przestraszyłem się. Coraz mniej mi się to podobało.

- Drogi Melchiorze. Domyślam się, że to ten pan kazał ci rzucić na mnie klątwę. Ale skoro powiedział, że nie chce niczego, to czemu zawraca ci dupę? - spytałem rezolutnie.

Melchior spojrzał na mnie z nienawiścią, po czym odpowiedział:

- Głupi jesteś. Nie rozumiesz wszystkiego. Ten pan robi tak, bo musi, ale naprawdę nic nie chce.

- A może pójdziemy na plac zabaw? - zaproponowałem ni z gruchy, ni z pietruchy. - Narobimy hałasu, pozaczepiasz koleżanki.- chciałem go zachęcić tymi debilnymi pomysłami.

Melchior z wysiłkiem wstał i poruszając się jak ciul, poszedł ze mną na plac zabaw.

Pobiegł na karuzelę i z rozpędu na nią wbiegł. Były tam już dwie gówniary, które prawie stratował swoim wielkim wejściem. Podokuczał im trochę i już chciał wracać do domu. Za to nazajutrz...

Tak się złożyło, że znałem matki tych dziewuch. Najpierw zadzwoniła jedna, potem druga. Okazało się, że Melchior naopowiadał im strasznych bzdur. Podobno wmawiał im, że nie istnieje coś takiego jak sens istnienia, a poczucie spełnienia i szczęścia jest tylko iluzją.

- Wiem, że niektóre dzieci są porąbane, ale chyba powinieneś zainteresować się filozofią Melchiora. To nie rozsądne, żeby taki gówniarz miał tak głębokie przemyślenia o sensie istnienia.- szczebiotała.

Ta rozmowa mnie zirytowała, co za zawracanie dupy! Przecież nie będę tak głęboko analizował psychiki tego dziecka, jeszcze czego. Mam swoje sprawy na głowie. Muszę jeszcze przecież załatwić sprawę z rachunkami za prąd, wodociągami, zasiłkami alimentacyjnymi, wstąpić do urzędu i pozałatwiać sprawy rachunkowe... Machnąłem więc na to wszystko ręką, a Melchiorowi po jakimś czasie przeszła głupota.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania