Pato amator część 5

Zderzenie chwil: branie Magdy w obroty pieszczot i powrót nad ranem. Nad ranem stodoła na oścież otwarta. Pod wisielcem Jan Maj Wój Kat siedzący przy stole. Butelka wódki. Jej krzyk: zabiłeś go, ty, ty, powiesiłeś, straciłeś! Zapowietrzenie. Biła mnie pięściami po twarzy. Dobiegła do Jana. Powalił ją ciosem zamkniętej dłoni. Upadła.

Niemożność opowiedzenia historii wiąże się ze zbyt dużą falą uderzeniową. Moje serce, nerwy, bez przerwy, panika i niemoc w otoczeniu paranoi. Leżąca Magda, pijany Jan, a nad nimi wiszący ktoś.

Niemożność opanowania doprowadza do osłupienia. Pieśń strachu w żadnym wypadku ucha nie pieści.

Zemdlałem.

Ocknięcie w momencie i jak w zaklęciu - brak światła, nadmiar barachła, mrok. Ona z nim wódkę, wisielec wisiał. Pchany lub ciągnięty siłą tajemniczą podszedłem, taboret czekał. Usiadłem. Szklanka czekała. Wypiłem. Nic nie jadłem. Ona wypiła. Drżałem. On wypił. Czułem. Ja wypiłem. Ogórka podał. Przegryzłem. Czekałem. Wypiłem. Zapalił. Upojenie upośledza, uwalnia, uwala. Z bełkotliwych, mamrotliwych, charkotliwych słów Magdy zrozumiałem, że ten nad nami to jej mąż. Mąż?

Atmosfera inna: harmonia, humor, homeostaza. Dopiero po czasie ujrzałem rozkwaszony nos Magdy. Krew niczym makijaż indiańca. Żarty żartami - tak, one nimi są, niezaprzeczalnie. Pół żartem, pół serio: litra na trzech jeszcze nie grzech. Twarz Jana - czerwona maska człowieka winnego. Oszczędź go, o dobry Boże, Jezu nasz, i w zgonu porze.

Szloch. Głośny, histeryczny. Gdy locha kocha daje jeszcze trochę. Pół litra, coś kapało z góry. Do trzech razy ćwiartka. Brązowe coś. Na trzy i puste szklany. Pijany zbyt, by...

On wstał, stary wstał. Zwarcie nieoczekiwane. Kopnięcie prądu - mały pikuś. Ze sprawnością boksera wyprowadził cios. Padł ten, który mnie kochał. Został ostatni niesprawiedliwy. Byłam i będę szmatą do wycierania mord i rąk wielkości bochnów chleba. Będę?

Mieliście chamy srebrną trąbkę. W torebce mam paralizator i żyletkę. Białe mury toalet, parapet, sznur, most. Padnie chyba na szalet. Kto właściwie wypycha nas ze żlebu kołysanki? Nim uzyskam odpowiedź przyznam, że lot jest super. Albo inaczej: bywa...

Mogliście chamy sobie dmuchać.

 

Głos wybijający z głowy sen niemalinowy: co do mnie koło mnie, ze zwrotem abarotem w twoją szamę moim knotem! - przechodnie, żule, dzień. Leżałem wciąż, taki ciężki, onieśmielony publicznym snem, taki bezradny. Gdzie Magda? Policjant spisujący dane zapytał o trzeźwość. Zapytałem o Magdę. Milczenie funkcjonariusza potęgujące niepewność. Czy to ten sam Lublin?

Miałem koszmar panie władzo.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • JamCi ponad tydzień temu
    o kurdę! Zatkało.
  • JamCi ponad tydzień temu
    Kto właściwie wypycha nas ze żlebu kołysanki?
    Zabieram. Pozwolisz?
  • betti ponad tydzień temu
    Przeczytałam ten rozdział i wciągnęło mnie jak wir, musiałam wrócić do początku i wszystko przeczytać... Rękę masz tak lekką, że tylko pozazdrościć. Historia niesamowita, chociaż możliwe, że przez kogoś innego opowiadana byłaby banalna, to rekwizyty sprawiły, że spija się słowa.
    Rewelacja.
  • jagodolas ponad tydzień temu
    JamCi, bier :) dziękuję za wpad i komentarz
  • jagodolas ponad tydzień temu
    Betti, dziękuję odwiedziny
  • konfiguracja ponad tydzień temu
    Poprzednie, szczególnie trzy pierwsze, lepsze. Tu jakby na rympał równowaznikami, owszem, dynamizują narrację, ale brak magii.
  • jagodolas ponad tydzień temu
    Dzięki

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania