Powiedziałam dobranoc, mojemu życiu 18

Usiadłam zrezygnowana, nie tyle faktem, że przebywam z tym człowiekiem, że jestem w szpitalu, ale czułam się zdruzgotana tym, że najbliższa mi osoba, matka, konspiruje i to wszystko niby dla mojego dobra. Jakby to nie ująć w piękne słowa, nie mogę niczego innego napisać niż to, że uważała mnie za osobę, którą należy hospitalizować. Mój oprawca, bo takie miałam skojarzenia, gdy patrzyłam na tego człowieka, specjalistę od siedmiu boleści, z namaszczeniem spoglądał w jakieś wykres wyjęty ze skoroszytu.

Gdy tak roztrząsałam zaistniałą sytuację kątem oka dostrzegłam gołębia, który ulokował się na parapecie. Pozazdrościłam mu tej swobody ruchów, tego, że w każdym momencie może rozpostrzeć skrzydła i przemierzyć przestworza by usiąść na deptaku i wyjadać rzucane okruchy, albo wznieść się i zamajaczyć ponad dachami. W przeciwieństwie do mnie decydował o sobie, ja byłam w stanie wyalienowania i nie wiedziałam czy i kiedy dostąpię zaszczytu wyjścia poza mury tego budynku. Straciłam cały rezon z godzin porannych, poddałam się, postanowiłam tańczyć jak mi zagra, choćby to było poniżające i dyskryminujące moje zasady.

- Jak pan to widzi?

Płoszaj odłożył świstek papieru, który studiował z namaszczeniem. Opuszkami rozmasował sobie powieki i wygodnie ułożył się w fotelu, jakby chciał zaakcentować, jak bardzo wiele kosztuje go mój upór.

- Przede wszystkim musi pani dopuścić do siebie fakt – tu podniósł wskazujący palec –że ja nie jestem oskarżycielem i nie domniemam, nie dopisuję fabuły, a dociekam szczegółów. Fakt, - podniósł otwarte dłonie na wysokość twarzy – wypytuję jak krawężnik o szarpaninę przed PSS-em, że tak po chłopsku się wyrażę, ale taka moja profesja.

Na jego twarzy ujrzałam skruchę, która przypominała minę małego chłopca, którego zapytano o zrobioną dziurę w tyle, co kupionych spodniach.

- Pani Dominiko, proszę mi uwierzyć, że mimo wielu lat praktyki, nadal czuję dyskomfort, że pytam o takie sprawy, często wręcz intymne. Ale na swoje usprawiedliwienie powiem, że wiele z tych rozmów przyniosła zamierzony cel, a nawet się pochwalę, że kilka z tych osób w okresie świątecznym wysyła mi piękne życzenia.

Uniósł podbródek, co świadczyło o tym, że naprawdę jest dumny z takiego obrotu sprawy.

- Chciałabym, aby tak zakończyła się i moja sytuacja.

- Poprawię panią, nasza sytuacja. Ja odpowiadam za panią w tym momencie i zrobię wszystko bym i ja kiedyś – oczywiście za pani przyzwoleniem – mógł przesłać takiego esemesa.

Patrzyłam na tego człowieka jakby z wielu perspektyw nie wiedząc dokładnie, która jest tą najbliższą prawdy. Żywił we mnie tak diametralnie różne uczucia, że nie wiedziałam czy oddać mu swoje podwoje przemyśleń, czy zażądać zmiany lekarza prowadzącego. Jednego byłam pewna, ten gość był naprawdę dobrym psychologiem, to było jego powołaniem. Żal mi tylko jego małżonki, ta kobieta musiała przeżywać katusze nie wiedząc, jaką maskę dziś przybrał, bo niewątpliwie nie da się chyba oddzielić życia zawodowego od tego na niwie prywatnej. Chyba, że wziął sobie za żonę też psychologa, czy psychiatrę, to wieczorem w łóżku dzielą się swoimi spostrzeżeniami na temat takiego przypadku jak ja. Pewnie pyta się:

- Słuchaj kochanie, mam dziewczynę dwudziestosiedmiolatkę, która targnęła się na życie z powodu zawodu miłosnego. Co byś doradzała, drążenie, próbę perswazji, czy wybieg z pytaniami o szczęśliwym dzieciństwie? - E, nie, mężczyźni boją się inteligentnych kobiet, to musi być jakaś przedszkolanka, a może pracuje w biurze podróży i ma go za mądralę. Takie wówczas głupoty mi się po głowie plątały, na szczęście doszedł do głosu rozsądek.

- Nie wiem tylko jak pana przekonać, że nie znam tego całego Kamila.

Płoszaj oparł łokcie o blat swego masywnego biurka i umościł na dłoniach swój podbródek.

- Pani Dominiko, czy nie czuje się pani samotna?

- Oczywiście, chciałabym być już w swoim mieszkaniu.

- To zrozumiałe. Pytam o ten czas, kiedy prowadziła pani życie zawodowe i prywatne.

Skupił na mnie wzrok, jakby od tej odpowiedzi zależała cała jego przyszłość. Denerwował mnie tą. Intensywnością spojrzenia.

- Każdy ma chwile, że brakuje mu jakiś uniesień, chciałby coś więcej przeżyć, a nie tylko praca, dom. To znaczy..mam znajomych i – nie wiedziałam, co chce usłyszeć, bałam się, że coś ma w zanadrzu, jak powiem o tęsknocie za czymś zwariowanym – nie jestem sama.

- Czy ci znajomi to same koleżanki?

- Nie. Czy pan chce wiedzieć czy mam chłopaka?

Uśmiechnął się a następnie powoli wypuścił powietrze.

- Jeśliby to pani nie krępowało, to chciałbym doświadczyć wiedzy w tej materii.

- No w tej chwili nie mam. Ale czemu pan uważa, że to miałoby mnie krępować?

- Osoby, które nie mają partnerów bardzo często źle znoszą święta, bo wiedzą, że w tym czasie zasypywane są pytaniami o kogoś bliskiego sercu. To sprawia, że unikają rodzinnych uroczystości, nie czują się komfortowo, gdy patrzy się na nich jak na osoby pokrzywdzone i nieszczęśliwe z tej racji. Ale wracając do pani odpowiedzi, jeśli mogę jeszcze zapytać, czy koleżanki są w związkach, które to przez to ograniczają je z kontaktu z panią a może budzą pani zazdrość?

No tak, ewidentnie chciał mnie zaszeregować do lalek, które swoją wartość budują na facecie przy boku. Typowe samcze podejście, jak sama to albo lesba, albo rozchwiana hormonalnie, co nie służy stabilizacji partnerskiej. Mężczyzna może być sam, to takie ekstra, twarde, typ macho, kobieta to jednak inna bajka, my jesteśmy na dzień dobry podejrzane.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Aga jednostrzały 3 miesiące temu
    Witam,
    Ten tekst to dobra odskocznia od codzienności.
    Pozdrawiam
  • Robert. M 3 miesiące temu
    Dla mnie na pewno. Zawsze świetnie się przy tym bawię, wymyślając
    dialogi i wszelkie rozmyślania Dominiki.
    Dzięki za kolejny wpis.
    Pozdrawiam.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania