Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Przeszłość

Była późna jesień, ale mimo upływu czasu, życie za Siną zdawało się stać w miejscu. Tylko ludzie byli coraz starsi i bardziej ślepi na cierpienie innych. Kręte chodniki, zamiast posypane piaskiem, usłane były gazetami i ulotkami. Jedne pochodziły z teatrów, inne ze zbiórek pieniędzy dla kościoła bądź ubogich rodzin, niektóre były zaś zwykłymi obleśnymi obrazkami, mającymi zachęcić przechodniów do skorzystania z usług okolicznych burdeli. Wszystkie były jednakowo deptane i pokrywane coraz większą ilością ziemi, odcisków butów i ptasich odchodów, bez względu na treść. Nikt nie garnął się, by je sprzątnąć.

 

Stojąc przed barem, zauważyłam, że w pobliżu zaczął kręcić się wysoki, szpakowaty mężczyzna. Miał ziemistą, niezdrową cerę i pożółkłe oczy. Chodził wokół obejścia, rozglądając się nerwowo i patrząc na mnie ukradkiem. Obserwowałam go dyskretnie, zaciągając się dymem i poprawiając płaszcz.

 

Wyglądał jak reszta tej dzielnicy, ludzie brudni na ciele i umyśle, czekający tylko na to, by wbić komuś nóż pomiędzy żebra i rzucić w błoto. Uprzednio, rzecz jasna, wykorzystując jak tylko się da. By pozbawić kogoś wszystkiego, samemu próbując wygrzebać się z najgłębszego dna.

 

W końcu posiwiały facet wszedł do środka, a ja po chwili ruszyłam za nim.

 

Zapach smażonej ryby, kadzidła i piwa sprawiał, że chciało mi się wymiotować, ale po latach w końcu się przyzwyczaiłam. Przynajmniej było ciepło. Obrzydliwie ciepło.

 

Ktoś złapał mnie w talii i przyciągnął do siebie brutalnie. Ów facet, którego widziałam przed barem; miałam jego twarz tuż przed swoją. Był nierówno ogolony, a z ust śmierdziało mu uryną. Wiedziałam, po co zapewne przyszedł, i jeśli chciałam żyć, musiałam się temu poddać. A chciałam. Nie wiem, dlaczego byłam tak chorą masochistką. To cholernie zabawne, że człowieka można pozbawić poczucia bezpieczeństwa, honoru, szacunku do samego siebie i intymności, obedrzeć go z człowieczeństwa i emocji, tak jak zwierzę w rzeźni obdziera się ze skóry i mięsa. Ale na końcu i tak zostaje ta żałosna, pozbawiona sensu chęć utrzymania się przy życiu. Człowiek zostaje sprowadzony do momentu, w którym za jego zachowanie odpowiadają instynkty.

 

Gdybym miała szczęście, oprych zaciągnąłby mnie na górę do pokoju, który wynajmował. Ale nie wynajmował. Albo wyraźnie mu się spieszyło.

 

Pijalnia była wręcz przepełniona stołami, ludzie siedzieli obok siebie jak nieświeże sardynki, wciśnięte w jedną, ciasną puszkę, w której przedtem były jeszcze inne śmieci.

 

Podszedł do jednej z drewnianych, chyboczących się ław, zrzucając całą zastawę. Siedząca przy nim ciężarna kobieta wzdrygnęła się; spojrzała na niego przerażona, a potem na mnie. W jej oczach ujrzałam coś więcej, niż współczucie. Jakby chciała podarować mi nadzieję i niezniszczalną wolę przetrwania, mimo że sama jej nie miała. To była Kathiss. Znałyśmy się od dawna i w tym przesiąkniętym niesprawiedliwością świecie, ona była dla mnie prawdziwym aniołem.

 

Odeszła od stołu. Nie widziałam już, gdzie poszła.

 

Popchnął mnie, moja głowa uderzyła o twardy blat, pokryty jeszcze resztkami jedzenia.

 

To nie był pierwszy raz, gdy musiałam to robić.

 

Ale teraz było inaczej.

 

Nie czułam strachu. Tylko ból. Ból, do którego byłam nawykła, i bezsilność. Pustym wzrokiem wpatrywałam się w równie pustą ścianę przede mną.

 

Mężczyzna nie przestawał nawet na chwilę, a ja miałam nadzieję, że zemdleję.

 

Dźwięk kości do gry, spadających na ziemię, odstawiania kufli, monet brzęczących w mieszkach i kieszeniach. Krzyki, szepty, szmery.

 

Wszystko nagle ucichło i na nowo zabrzmiało w innej, bardziej makabrycznej tonacji; bym po chwili zobaczyła przed sobą krople cudzej krwi, która pokryła odsłonięte części mojego ciała i drewnianą belę. Korzystając z ogólnego rumoru i paniki, schowałam się pod stół, obróciłam się tak, by widzieć, co się stało. Szpakowaty mężczyzna leżał na podłodze. Ale jego głowa została praktycznie rozpłatana jakimś ciężkim narzędziem. On i zwisający ze stołu kawałek obrusu zasłaniały mnie na tyle, bym miała czas zapoznać się z sytuacją. I nikt w między czasie nie wpakował mi noża w brzuch.

Po barze krążyli żołnierze w nieznanych mi mundurach. Nie był to żaden z trzech Korpusów, nie mieli właściwie żadnych symboli. Wyglądali na najemników i zabijali każdego na swojej drodze. Musieli mnie przeoczyć. Było tu sporo osób, chociaż po dłuższej chwili większość z nich leżała gdzie popadnie, wykrwawiając się na śmierć.

Zobaczyłam, że martwemu facetowi wystaje z kieszeni coś, co mogło być bronią palną.

Wyciągnęłam przedmiot i, na moje szczęście, okazał się pistoletem. Nabitym. Wystarczyło strzelić, wykonać jeden ruch, by pozbawić życia kogoś, albo siebie; trzymałam go więc ostrożnie, z palcem nieopodal spustu.

Nadal nikt się mną nie zainteresował. Chciałam znaleźć Kathiss i stąd uciec, ale nie wiedziałam, gdzie może być. Jedyne, co przychodziło mi do głowy, to jej pokój. Był na samej górze, na końcu korytarza.

Ostrożnie wyszłam spod stołu, gdy ostatni z żołnierzy zszedł do piwnicy.

Nie miałam pojęcia, czego chcieli tam szukać.

Na stromych schodach leżały porzucone w pośpiechu karty, pokryte przez plamy świeżej krwi. Stopnie nieznacznie skrzypiały, gdy szłam coraz wyżej.

W końcu znalazłam się na samym szczycie barowej kondygnacji, która, moim zdaniem, powinna rozpaść się już dawno temu, patrząc na to, w jakim była stanie.

Drzwi do pokoju Kathiss były zamknięte. Miałam nadzieję, że nic jej nie jest.

Uchyliłam je. Od progu rzuciła mi się w oczy ciemna krew na białym prześcieradle, pochodząca z łona martwej już dziewczyny.

Weszłam do środka, cicho zamykając za sobą drzwi.

Kathiss miała szeroko otwarte oczy, wpatrzone w sufit. Były jeszcze bardziej puste niż za jej życia, a ich kolor zdawał się zblaknąć. Dotknęłam jej powiek i zamknęłam je. Trzymała swoje blade, poranne dłonie na brzuchu. Nie był już wypukły. Poroniła.

To częściowo zabiło we mnie nadzieję, że w tym świecie jeszcze można być szczęśliwym i mieć marzenia, wbrew wszelkim przeciwnościom.

Żałowałam w tamtej chwili tylko jednego. Że moje oczy nie zapomniały, jak płakać. Nigdy nie zapomniały.

Płacz, wrzask, dotyk kojarzony z bólem i obrzydzeniem. To coś, czego nigdy nie zapomnę, choćbym próbowała.

Stałam przy łóżku szesnastolatki, w której odnalazłam w tym czasie więcej dobroci, niż w sercach wierzących. Widziałam w niej więcej, niż zwykłą ulicznicę, o których ludzie zwykli mówić, że podobnie jak zwierzęta i nieochrzczone dzieci, nie posiadają duszy. Chciałam zapamiętać ją jako mądrą i pełną zrozumienia. W głowie nadal miałam jej słowa.

 

"Jeśli nie jestem w stanie uczynić świata lepszym miejscem dla wszystkich, jeśli jest tu zbyt mało ciepła nawet dla mnie, chciałabym, żeby chociaż moje dziecko dostało część dobra, skrzętnie skrywanego w tym okrutnym, wyimaginowanym więzieniu"

 

Zapamiętałam jednak tylko jej matowe oczy, krew i te słowa. Pozostała w mojej pamięci, podobnie jak wszyscy, jako czarna, bezkształtna plama życiorysu.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Nuncjusz 5 miesięcy temu
    O. Minutka :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania