Ramzes ze Starej Kopalni cz.21

wtorek

Czasem Luk zapominał o swoim zawodzie, przestawał być wścibski i bezwzględny i wtedy Dirk chętnie przebywał w jego towarzystwie. Cenił jego inteligencję i poczucie humoru oraz niemal dziecięcą skłonność do traktowania każdego zajęcia jak zabawy. Początkowo spotykali się tylko przypadkiem w Ratuszowej, potem zaczęli umawiać się tam na partyjkę szachów. Kiedyś Luk opowiedział o klubie piłki nożnej, który zorganizował za swoich szkolnych czasów i poskarżył się, że wykruszają mu się niemłodzi już, bo około czterdziestoletni zawodnicy. Dirk dał się namówić na jeden trening i od tej pory biegał czasami po trawie z brzuchatymi i sapiącymi, ale zawsze wesołymi piłkarzami. Luk nie miał rodziny, zapowiadał jednak, że założy ją, gdy tylko znajdzie właściwą partnerkę. Nie znalazł jej jeszcze pomimo dużego wyboru. Kobiety leciały na Luka jak muchy na lep, co niezmiennie, gdy był tego świadkiem, dziwiło Dirka. Nie uważał się wprawdzie za eksperta w sprawach męskiej urody, ale Luk nie miał cech obiektywnie uznawanych za pociągające. Niewysoki, o wąskich ramionach, z małą, okrągłą głową przypominającą głowę żółwia, z krzywymi zębami i lekkim rozbieżnym zezem, a przy tym nie bawidamek, w konkurencji o kobietę wysadziłby z siodła każdego Brad Pitta.

Zamiast jak zwykle przy barze, przyjaciele usiedli w zacisznym kąciku. Dirk nie uciekał się do pretekstów i na wstępie powiedział, że interesuje go dawniejsza przeszłość Kirchdorfu.

– Przeczytałem twój artykuł z osiemdziesiątego szóstego o stypendiach hrabiego dla nastolatków. Pierwsze dostała Bettina Walker. Miały nastąpić dalsze. Hrabia dotrzymał słowa?

– Tak, oczywiście. Wiedziałbyś, gdybyś nie poprzestał na czytaniu tego jednego artykułu. Pisałem o każdym stypendyście.

– Przeczytam, obiecuję, bo lubię twój styl. Teraz chciałbym, żebyś mi opowiedział, jeśli wiesz, czy stypendia rzeczywiście poprawiły sytuację tych młodych ludzi.

– O, tak! Znasz naszego doktora Kage, dentystę? Jest jednym z nich. Inni nie wrócili do Kirchdorfu, nic dziwnego, nie mamy na zbyciu wielu ciekawych miejsc pracy, ale wszystkim dobrze się powodzi. Z jednym wyjątkiem.

– Bettina Walker?

– Właśnie. Nie znam jej historii w szczegółach. Von Alven przyznał jej stypendium w osiemdziesiątym szóstym. Wyjechała do Ameryki po wakacjach, tak jakoś jesienią. Od tego czasu ani razu nie przyjechała do domu, co nie jest takie dziwne, ostatecznie taka podróż wiele kosztuje. Jej ojciec, jak wiesz, kamerdyner hrabiego, bardzo za nią tęsknił. Wcale nie był zadowolony z tego stypendium. Rozumiesz, najpierw umiera mu żona, potem jedyna córka wyjeżdża na stałe do Ameryki. Popadł w depresję.

– Przepraszam – przerwał Dirk – on sam ci o tym opowiadał?

– Nie, nie on. W Kirchdorfie wszyscy o tym wiedzieli. Gotlindis von Alven to potwierdziła. Robiłem z nią wywiad, gdy przejęła spadek po kuzynie.

– Aha. No więc kamerdyner hrabiego popadł w depresję, bo został sam na świecie. Jak sobie poradził? – spytał Dirk, choć znał odpowiedź.

– Zaadoptował dziecko! Noworodka. Hrabia mu w tym dopomógł, dużo jeździł po świecie, miał jakieś chody, wystarał się o niemowlę gdzieś we wschodniej czy południowej Europie.

– Jessi. Zabrała się raz ze mną autostopem. Malownicza postać.

– Bardzo malownicza – przyznał Luk. – Ciekawe, jak wygląda pod tym makijażem.

– Nie wiesz, jak ona wygląda? Przecież chyba nie od zawsze tak się maluje!

– Wiesz, co myślę, Dirk? Walker zaadoptował dziecko nie zdając sobie sprawy z kłopotów, jakie go czekają. Przecież był już niemłody i do tego samotny; no i pracował przez całe dnie. Tą małą zajmowały się niańki, a gdy podrosła, Walker wysłał ją do internatu. Jessika może bywa nieumalowana w parku pałacowym, ale nie włóczy się po mieście, bo nie chodziła tu do szkoły ani do przedszkola i nie ma w Kirchdorfie przyjaciół.

To dlatego, pomyślał Dirk, nikt jeszcze nie zauważył jej podobieństwa do Bettiny.

– Odbiegliśmy od tematu – powiedział. – Mówiłeś właśnie, że Bettinie się nie powiodło.

– No, nie. Nie powiodło się. W kilka lat po wyjeździe zmarła w Ameryce. Nie znam szczegółów, wiem tylko, że zabiły ją narkotyki, a pani von Alven dała mi do zrozumienia, że to nie zaczęło się dopiero w Ameryce. Ta „choroba” – tym razem Luk wypowiedział słowo wyraźnie w cudzysłowie – to mógł być odwyk. Bettina przez parę lat udawała, że prowadzi normalne życie, aż została zaaresztowana, nie chcę zmyślać, nie wiem dokładnie za co. Zdobywała pieniądze na narkotyki w jakiś nielegalny sposób, stypendium przestało jej wystarczać. Walker gdy się dowiedział, pojechał do Ameryki i został tam prawie rok. Wrócił z urną. Wyobraź sobie, byłem właśnie w okolicach pałacowej bramy, gdy zatrzymała się tam taksówka z rejestracją Lüneburga. Nigdy tego nie opisałem, nie zaliczam się do tego rodzaju dziennikarzy, ale czasem mi żal, że mnie mój etos hamuje, bo ten obraz aż prosi się o artykuł. Zimowy zmierzch. Wiatr targa nagie gałęzie drzew. Z taksówki wysiada zgarbiony, złamany mężczyzna. Szofer wynosi z bagażnika dwie walizy, stawia przy bramie, wsiada do samochodu, odjeżdża. Podróżny stoi w miejscu, wpatruje się w ciemne okna pustego domku odźwiernego. W oddali majaczy sylwetka pałacu. I tam jest ciemno, hrabia, jego chlebodawca, nie żyje. Starzec przyciska coś do piersi. Urnę. Prochy jedynego dziecka.

– Pochwalam twoją powściągliwość – Dirk notował informacje w pamięci. Odczuwał przewrotną satysfakcję będąc świadomym, że w przeciwieństwie do Luka zna prawdę o „chorobie” Bettiny. Czyż to nie wczesna ciąża, a w następstwie rozstanie z rodziną pchnęły ją na pochyłą drogę narkomanii?

Luk odwrócił się w stronę baru i podniósł do góry dwa palce. Petra skinęła głową i sięgnęła po kufle.

– A właściwie, dlaczego interesujesz się tymi starymi historiami? – spytał Luk – Jesteś na jakimś tropie?

Dirk spodziewał się tego pytania umawiając się z dziennikarzem.

– Ha, ha, ha – roześmiał się przećwiczonym w domu śmiechem, w którym zabrzmiała nutka znudzenia i nutka tęsknoty za ciekawymi wyzwaniami. – Nic takiego. Po prostu zwykłe ciekawstwo. Wiozłem niedawno małą Walker z Lüneburga. Opowiadała mi o sobie, widziałem potem, jak witała się z panią von Alven. Córka kamerdynera i hrabina. Znałeś hrabiego?

– Czy znałem? Hmmm... Osobiście nie, choć oczywiście wiedziałem, jak wyglądał. Nie mam pojęcia, jaki był. Wyobrażam go sobie trochę jako świętego eremitę. Ernstowi von Alven nie zależało na popularności wśród ziomków. Nie zgodził się nawet udzielić mi wywiadu, gdy ustanowił te stypendia, nie spotykał się ze stypendystami. Siedział w pałacu, oddzielonym murem od miasteczka, albo w swoim, także ogrodzonym, lesie. No i wyjeżdżał podobno na wyprawy naukowe, ale tego, jak również, że był etnografem, dowiedziałem się dopiero z nekrologu. Zmarł dość nagle, jego kamerdyner był wtedy w Ameryce. Gotlindis von Alven przyjechała go pielęgnować i już tu została, bo jak wiesz, jest jego spadkobierczynią. Stypendia się skończyły, tylko Towarzystwo Przyjaciół Przyrody dostało Kirchdorfer Holz, a Walker na własność domek odźwiernego. Właściwie Kirchdorf powinien czcić pamięć hrabiego... – Luk zawiesił głos.

– Ale?

– Nie wiem, czy ci to opowiedzieć, czy raczej pozwolić ci przeczytać mój artykuł na ten temat. No, dobrze, opowiem. Obiecałeś przeczytać wszystkie moje artykuły. Następnym razem cię przepytam. Petra! Piwo! Dirk, już nie pijesz? Dobrze, odwieziesz mnie do domu, masz tu kluczyki od mojego auta.

Luk podjął temat dopiero, gdy pociągnął pierwszy łyk. Otarł wargi z piany.

– Ktoś nasrał na grób hrabiego – oznajmił.

– Ktoś nasrał na grób hrabiego?! Kto?

– Nie wiadomo.

– Jakieś zwierzę może?

– Wykluczone. Hrabia spoczywa w grobowcu rodzinnym. Jego tablica, wmurowana w ścianę, została starannie wysmarowana ekskrementami. Odkryła to pewna wdowa, odwiedzająca nieopodal grób swojego męża i zaraz przyszła z tym do mnie. Zadzwoniłem do pałacu i spotkaliśmy się z Gotlindis von Alven na cmentarzu. Pani von Alven nie chciała ani dochodzenia policyjnego, ani rozgłosu, ale oczywiście jest wolność słowa i artykulik napisałem. Tak, żeby nikt nie mógł mi zarzucić zniesławienia hrabiego. Chciałem zrobić wywiad z Walkerem, niestety zachowałem się mało dyplomatycznie i nic z tego nie wyszło. Ledwo otworzył drzwi, podstawiłem mu mikrofon pod nos i spytałem, co jego zdaniem ten wandal miał hrabiemu za złe. Pamiętasz, że Walker wrócił właśnie z Ameryki z urną Bettiny, nie był w najlepszym nastroju. Patrzył na mnie, zaśmiał się ponuro, nic nie powiedział i zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Nie napisałem o tym w artykule, bo rozumiesz: wierny kamerdyner powinien raczej wyrazić oburzenie, przypomnieć dobrodziejstwa, których doznał od hrabiego. Jego dziwny śmiech można by niebacznie zinterpretować jako aprobatę dla ohydnego wybryku.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania