Rękawica

To był jeden z tych barów, w których nawet dym z papierosów przylepiał się do tłustych plam na stolikach, a wąsata barmanka trzyma pod ladą załadowanego obrzyna. Gdyby jakaś artystyczna dusza zabłądziła przypadkiem do tego spranego alkoholem lokalu, to mogłaby pomylić spękane i splamione krwią ściany z postmodernistycznymi freskami.

Ale ten lokal nie oferował drogich drinków, wieczorków poetyckich, ani publiki, która poznałaby się na sztuce. Bar przy ulicy Czechowa ściągał ludzi z kompletnie innym podejściem do kreatywności.

I jeden z nich właśnie przeszedł przez drzwi.

Barmanki potrafiły oceniać ludzi lepiej i szybciej niż matki oceniają materiały na synowe. Jeden rzut oka wystarczył, by naczelna kuflowa zakwalifikowała świeżo przybyłego gościa z walizką gdzieś pomiędzy pierdolonym magikiem a nerwowym domokrążcą. I chociaż połączenie tych dwóch szufladek nie miałoby sensu dla większości ludzi, tak dla barmanki stanowiło logiczny powód, by nie niepokoić obrzyna pod ladą.

Bar przy ulicy Czechowa składał się głównie z ludzi z kompletnie innym podejściem do kreatywności.

— Bry wieczór — przedstawił się z nerwowym uśmiechem kogoś, kto niezbyt wie jak się zachować. — Prosiłbym dwa drinki. Najdroższy i najtańszy.

Barmanka skinęła tylko głową i polała do dwóch szklanek rozcieńczoną i nierozcieńczoną whisky. Magik-domokrążca cały czas patrzył jej na ręce, ale nie skomentował. Podał uprzejmie banknot do dłoni, skłonił się nieco bardziej teatralnie, niż by sobie tego życzyła i obrócił się. Czujne, skupione oczy kompletnie nie pasowały do jego głupkowatego wyrazu twarzy, ale zignorowała to — w końcu to bar przy ulicy Czechowa.

Dla kreatywnych.

 

Magik podszedł do upatrzonego stolika, a kłęby dymu rozstępowały się przed nim niczym Yam Suf przed Mojżeszem. Oczyma wyobraźni niemal widział nitki przeznaczenia, które rozwijają się niczym czerwony dywan między nim a samotnym koneserem taniej whisky w kącie sali. Zdawało się, że nawet światła pod sufitem przygasły i przybrały barwę estradowych reflektorów, kręcące się na próżno wiatraki zwolniły tempa w pełen dramaturgii sposób.

Czas na show.

— Mogę? — zapytał, wskazując na puste siedzenie naprzeciwko wybrańca.

Łysawy zakapior z kaprawymi oczkami zamrugał półprzytomnie i spojrzał na magika-domokrążcę, jakby ten był zjawą. Czoło zbruździło się myślą, kiedy próbował odgadnąć, czemu ktoś przerywa mu kontemplację zaparowanego okna.

— Hę? — warknął w końcu.

— Czy mogę się dosiąść? — Magik położył droższego drinka przed koneserem. — Ja stawiam.

— W takim wypadku — Zakapior niemal entuzjastycznie wskazał wolne miejsce — zapraszam.

Wybraniec dopił haustem swojego starego drinka i od razu zajął się nowym. Pełen zadowolenia uśmiech zdradzał, że nie spodziewał się tego wieczora takiego prezentu, a najwyraźniej sam nie był w stanie go sobie sprawić. Siorbnął nieco ze szklanki, odkrywając, że ma do czynienia z czystą bez wody.

Z jakiegoś powodu uznał, że to podstawa do tego, by się przedstawić.

— Zbyszek jestem.

Podał magikowi dłoń przez stół, a ten uścisnął ją z wdzięcznością.

— Morte.

— To jakiś pseudonim?

— Tak. Sceniczny. Jestem magikiem — odparł Morte wyćwiczonym, estradowym tonem. — Sprawiam, że ludzie znikają.

— O. — Zbyszek albo był zaskoczony, albo po prostu oznajmił przyjęcie informacji. — Lubię magię. Byłem parę razy.

— Prawda? — Morte łyknął swojego rozwodnionego drinka, nawet się nie krzywiąc. — A najlepsze jest to, że moja magia jest prawdziwa.

— Jak to, prawdziwa?

Zbyszek zamrugał nerwowo, najwyraźniej lekko zaniepokojony, że magik znałby prawdziwą magię.

— Sprawiam, że ludzie naprawdę znikają. Wiesz, abrakadabra i puff! Nie ma człowieka. Jest gdzieś indziej.

— No weź… — Zakapior zaśmiał się nerwowo, rozglądając się niepewnie. — Co ty, prostego człowieka w bambuko robisz.

— Taka praca, Zbyszek. — Morte odwzajemnił uśmiech, który, w przeciwieństwie do grymasu Zbyszka, miał znacznie więcej odcieni. — No powiedz mi, kto nie chciałby czasem zniknąć? Wiesz jak jest. Kredyt. Komornik ściga. Zadłużysz u niewłaściwego człowieka. Masz ochotę uwolnić się od swojego życia. Od żony, ale rozwód się nie opłaca. — Magik mrugnął porozumiewawczo. — Wiesz jak jest.

Zakapior pogładził się po łysinie, najwyraźniej zainspirowany, ale jeszcze nie przekonany.

— I co, tak po prostu… puff?

— Dokładnie — potwierdził entuzjastycznie magik. — Puff.

— A można wrócić?

— O nie, Zbyszek. To wycieczka w jedną stronę. Tak działa magia.

— Aha — mruknął niewyraźnie wybraniec i popił whisky dla lepszej klarowności umysłu. — A jak to dokładnie działa?

Morte postawił na stole walizkę i obrócił ją dramatycznym gestem w stronę zainteresowanego.

— Wystarczy, że wsadzisz dłoń do rękawicy w walizce.

Zbyszek spojrzał na magika sceptycznie, badając, czy ten aby nie robi sobie z niego jaj.

— Tak po prostu? Rękawica?

— Tak po prostu.

— I puff.

— Puff.

— Mhm.

Zakapior podrapał się po brodzie, kaprawe oczka wpatrywały się w walizkę z intensywnością godną nastolatka odkrywającego porno.

— A czemu właściwie chciałbyś zniknąć, Zbyszek? — Morte postanowił rozwiać wątpliwości.

— A, kurwa. Wiesz jak jest. Sam to powiedziałeś. Żony nie mam, praca taka sobie, kredyt na mieszkanie w dupę daje, nawet telewizora sobie nowego nie kupię… A ty mi tu wyskakujesz ze zniknięciem. To bym zniknął. Zaczął od nowa. Znam trochę niemiecki, wiesz jak jest.

— Wiem, Zbyszek.

Zakapior pił drinka coraz szybciej, łatając luki w odwadze alkoholem.

— I co w tej rękawicy? Wizytówka? Załatwiasz lewe papiery? Ile bierzesz?

— Zbyszek, daj spokój — Morte posłał mu spojrzenie pełne dobrotliwej wyrozumiałości. — Po przyjacielsku. Bruderschafta już piliśmy.

— Ty tak serio? Za darmochę?

— O nie, nie za darmochę. Zbyszek, jestem magikiem, do kurwy nędzy. Dbam tutaj o reputację. Powiedziałem, że potrafię znikać ludzi, to jako magik mam obowiązek udowodnić, że potrafię znikać ludzi.

Mina zakapiora nie wyrażała nic innego jak: jezu, ale frajer.

— To jak będzie? Korzystasz z życiowej szansy? — Morte odbezpieczył walizkę.

Zbyszek zalał ostatki roztropnego niedowierzania resztką drinka.

— Dawaj.

Magik otworzył walizkę sprawnym ruchem. Wewnątrz, na bordowym aksamicie, spoczywała we wgłębieniu duża, czarna, skórzana rękawica. Otwór na dłoń był wyciągnięty w stronę Zbyszka w dziwnie zapraszający sposób.

— Wkładam rękę.

— Tak.

— I puff.

— I puff.

— Jak ci tam było na imię? To sceniczne?

— Morte.

— Dzięki, Morte. Za drinka. I puff.

Magik-domokrążca uśmiechnął się tylko w odpowiedzi.

Zbyszek podwinął rękaw, zbliżył powoli dłoń do walizki, jakby obawiał się, że Morte zatrzaśnie ją nagle i przytnie mu ramię. Dotknął ostrożnie skrawka rękawicy i cofnął błyskawicznie palce jak przy poparzeniu. Skwitował swoją reakcję krótkim, nerwowym śmiechem, pot spłynął po skroni i zniknął w oszronionej szarością szczecinie.

Magik nie reagował.

Czas na show.

Zakapior włożył rękę w rękawicę. I zamarł, zaskoczony.

Morte odepchnął od siebie stolik, Zbyszek runął na ziemię i przetoczył się, huk przewracanych mebli i bitego szkła postawił na nogi wszystkich w lokalu. Wśród kłębów nikotynowej mgły, w słabym świetle jarzeniówek błysnęła lufa rewolweru. Kontrast pomiędzy lśniącą bronią a czarną rękawicą przyciągał uwagę niczym magnez. Był niczym tarcza celownicza dla snajpera.

— On ma broń! — krzyknął magik.

Zbyszek nawet nie zdążył wstać.

W kakofonii przypadkowych dźwięków i zamieszania wystrzał z obrzyna brzmiał niczym refren.

Puff.

Głowa Zbyszka zniknęła nagle i rozsmarowała się po spękanej ścianie krwawym freskiem. Bezgłowe ciało osunęło się na podłogę, czarna rękawica zawisła żałośnie na czubkach palców, rewolwer szczęknął głucho, odbijając się od posadzki.

Morte magicznie wyparował.

To był bar przy ulicy Czechowa.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 9

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Canulas 3 miesiące temu
    No cóż. Świetne. Naprawdę świetne.
  • Arysto 3 miesiące temu
    Dziękuję! :)
  • Aisak 3 miesiące temu
    Kapitalne.
  • Arysto 3 miesiące temu
    <3 Doceniam opinię! :)
  • jolka_ka 3 miesiące temu
    Za poprzednikami: świetne. I pomysł i wykonanie.
  • Arysto 3 miesiące temu
    Dziękuję, starałem się :D
  • Karawan 3 miesiące temu
    Przecie ja to już gdzieś widziałem... na WS? a może w Weryfi... No i jak żyć w takim świecie Panie Autorze, jak żyć? Dziękuję (bom pewnie tego tam-gdzieś nie zrobiłem). 5.
    PS a początek to Panie taki Hemingwayowski; "... w jaskini było ciemno i pełno dymu..." ;)
  • Arysto 3 miesiące temu
    Panie, ja to napisałem parę dni temu i na FB wstawiałem, nigdzie więcej :D Jak żyć? Po Twojemu, bom widzem, żeś mądry :D Dziękuję za Hemingwaya!
  • Karawan 3 miesiące temu
    Arysto Znaczy FB, to i prawda być musi, bom nieco hasał ;) Dziękuję za tekst raz jeszcze ;)
  • Ritha 3 miesiące temu
    Cóż, jesteś marką, nie zawiodłam się wchodząc tutaj. Tekst wyborny.
    Pozdrawiam :)
  • Arysto 3 miesiące temu
    Wow, nie pomyślałem o sobie, że jestem marką :) Dziękuję i cieszę się, że możesz na mnie liczyć :D
  • Adelajda 3 miesiące temu
    Bardzo plastyczny obraz. Znakomicie napisany tekst.
    Pozdrawiam.
  • Arysto 3 miesiące temu
    Dziękuję, doceniam! :)
  • Freya 3 miesiące temu
    Czytałeś może; "Gawędziarz" Alana Sillitoe, takie mi się poniekąd skojarzenie scenerii gawędziarsko-stylizacyjnej – pomijając te oczywiste jego książki - z ciekawości pytam :) Pozdro
  • Arysto 3 miesiące temu
    Niestety, nie czytałem, ale styl gawędziarski nie jest mi obcy i często słyszę to porównanie do moich dzieł. Mniemam, ze pozytywne, tedy dziękuję! :)
  • Angela 3 miesiące temu
    Bardzo fajnie, lekko napisane, ale przewidywalne, już sam przydomek magika-domokrążcy dał powody do pewnych przypuszczeń : )
    Pozdrawiam : )
  • Arysto 3 miesiące temu
    Nie sądziłem, że to zdradzi :D Dzięki, miło mi, że wpadłaś pod tekst :)
  • pkropka ponad tydzień temu
    Witam po raz pierwszy chyba :)
    Super, wciągające, zaskakujące. Utrzymane w intrygującym klimacie osnutym mgiełką magii.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania