Rokisiowa Big - Beat Opera - rozdział 5

- W wielu polskich legendach oraz klechdach domowych od zawsze pojawiała się brać diabelska. Jeden z moich przodków dostąpił nawet wielkiego zaszczytu – został opisany przez wielkiego wieszcza polskiego, Adama Mickiewicza w balladzie pod tytułem “Pani Twardowska”. Jej zakończenie raczej nie pracuje na korzyść mojego przodka, ale cóż zrobić... Co do mnie, jestem raczej młodym diablikiem o bardzo łagodnym usposobieniu. Mam niewielkie doświadczenie, jeżeli chodzi o bytowanie w piekielnych czeluściach. Odkąd jednak pamiętam, to miejsce nigdy mi się nie podobało. Tym, co mi w piekle doskwierało najbardziej było to, że tam nie słychać absolutnie żadnych dźwięków. Jeżeli słyszycie w radiu lub w telewizji albo też czytacie w gazetach o młodych ludziach, miłośnikach hard rocka czy heavy metalu a do tego komentarze, że są to rozwydrzeńcy z piekła rodem, w ogóle temu nie wierzcie. W piekle nie słucha się żadnej muzyki. Przecież, popatrzcie, miłośnicy ciężkiego brzmienia łączą się w grupy, zawiązują się między nimi przyjaźnie. Chłopcy i dziewczęta zawierają ze sobą luźne, bo luźne ale jednak związki. Potem rodzą się im dzieci. Coś ich jednak łączy. Natomiast władze piekielne są przeciwne jakimkolwiek pozytywnym stosunkom miedzy nami. Muzyka jest więc u nas całkowicie zabroniona. Nic bowiem tak jak ona nie jedna ze sobą wszelkiego rodzaju stworzeń. Na pomysł ucieczki z piekła i zamieszkania na Planecie Ziemia wpadłem z moimi kompanami, kiedy podczas wagarów siedzieliśmy w kotłowni i oglądaliśmy telewizję - stłoczeni razem w kanciapie Niedbalskiego, naszego diabelskiego dozorcy. Jego zadaniem jest codzienne latanie z miotła i sprzątanie wszystkich piekielnych komnat ale on bardzo tego nie lubi i zawsze miga się od tego zadania. Nikt go nie pilnuje, Niedbalski nie ma żadnych nieprzyjemności z tytułu swojego lenistwa. U nas w piekle w ogóle nikt o nikogo nie dba. Dozorca spędza całe dnie przed telewizorem i zajada wysokokaloryczne przekąski. Władze piekielne także młodym diablikom pozwalają oglądać telewizję z wyjątkiem kanałów muzycznych, które są u nas zablokowane na stałe. Można za to oglądać przemówienia polityków, od których nasze najmłodsze diablęta uczą się kłamać. Poza tym, głupawe telenowele, filmy sensacyjne (im bardziej brutalne, tym lepiej). Słowem, wszystko, co chcecie, byle bez muzyki. Nawet ścieżka dźwiękowa w filmach i serialach jest u nas wyciszana do zera. Ale w dniu naszego wagarowania diabły odpowiedzialne za kontrolę dźwięku najwidoczniej coś przeoczyły lub zaniedbały i odeszły od konsoli w studiu nadawczym. Dzięki temu mogliśmy zobaczyć i usłyszeć koncert polskiego zespołu big – beatowego, retransmitowany prosto z Opola. Zespół nazywał się “Skaldowie” i śpiewał piosenkę “Moja czarownica” - muzyka Andrzeja Zielińskiego, słowa Wiesława Dymnego. Widzicie! Pamiętam do dzisiaj! Ten występ sprawił, że oszaleliśmy. Zaczęliśmy wymachiwać naszymi mundurkami szkolnymi, klaskać i gwizdać. No, mówię wam, szał absolutny! Od tego momentu marzyliśmy o tym aby znaleźć się w tym kraju, gdzie tak dają czadu!

- Baśka nie zgodziłaby się z tym słowem: “czad”.

- Kto to jest Baśka?

- To starsza siostra, moja i Radka. Ona uważa, że big – beat to przeżytek. Mówi, że teraz gra się o wiele bardziej rewelacyjnie.

- Tere fere! Taka mądra?! Ciekawe, co by powiedziała, gdyby przyszło jej żyć w miejscu, w którym nie gra się w ogóle nic a twoi towarzysze niedoli cierpią z tego powodu. Kiedyś odkryłem napis, wyryty na ścianie koło kotłowni Niedbalskiego: “Życie bez muzyki jest błędem.", a pod spodem ktoś podpisał się: Fryderyk N.

- Mam nadzieję, że nie życzysz mojej siostrze, żeby poszła do piekła. Ona ma swoje wady ale nie aż do tego stopnia, żeby...

- Ależ skąd! Ja nikomu nie życzę, żeby trafi tam, skąd mi oraz moim najmilszym udało się uciec.

- Pewnie ucieczka nie była łatwa. Czyhało na was wiele niebezpieczeństw.

- Wcale nie! Mówiłem ci już przecież, że tam nikt o nikogo nie dba. Chcesz to zostajesz, nie chcesz, to droga wolna! Udało mi się na szczęście namówić do ucieczki także moją rodzinę. Wydostaliśmy się stamtąd rurami kanalizacyjnymi, odchodzącymi z naszej łazienki.

- Fuj!

- Nic na to nie poradzę - opowiadam, jak było. Trafiliśmy do Polski, do jej stolicy, Warszawy.

- Raczej wiem, jak nazywa się stolica mojego kraju.

- Patrzcie ją, jaka rezolutna! No i przerwałaś mi i zgubiłem ten... no... motek.

- Raczej, wątek! Opowiadałeś, że znaleźliście się w Warszawie.

- Racja! Długo nie mogliśmy znaleźć miejsca zamieszkania, aż któregoś dnia mój tata, Borutek spotkał na ulicy pewnego szalonego naukowca. Od słowa do słowa, przypadli sobie do gustu i zamieszkaliśmy w pracowni profesora Wiosło – wielkiego miłośnika muzyki i poszukiwacza nowych dźwięków i prądów w tej dziedzinie sztuki. Pomieszkiwaliśmy sobie w jego partyturach i na taśmach magnetofonowych, jeszcze wtedy szpulowych. A był to rok 1966.

- Zaraz, zaraz! Coś kręcisz! Jak można zamieszkać w kartce papieru albo kawałku taśmy magnetofonowej?!

- Otóż, można! Nigdy nie słyszałaś, jak ktoś mówił, że:”...do tych nut przeniknął duch Mozarta” albo “... w tym utworze drzemie duch Dickensa”.

- Przecież to tylko przenośnia! Uczyłam się o tym w szkole.

- Żadna tam przenośnia! Żebyś ty słyszała, jak głośno chrapie mój dziadek, Mefistokarmelek, który zazwyczaj podrzemuje sobie w partyturach Ravela! Kiedyś profesor pożyczył te nuty pewnemu swojemu znajomemu, który jest dyrygentem. Pożyczył mu je na koncert w Filharmonii Narodowej. Chrapanie dziadka zakłócało melomanom odbiór “Bolera”. Możesz mi wierzyć, to nic trudnego. A jak smacznie można się wyspać. A ta mi tutaj będzie mówiła, że nie można!

- Dobrze, niech ci będzie. Nie musisz się tak unosić.

- Spokojnie. Mówiłem ci już, że jestem diablikiem o bardzo łagodnym usposobieniu. U profesora mieszkało się nam bardzo wesoło, wygodnie i przyjemnie. Wraz ze swoimi kompanami oraz rodzeństwem zapoznawałem się z twórczością polskich zespołów big – beatowych. Profesor zabierał nas na koncerty, na których przebywaliśmy w niewidocznej dla ludzkich oczu postaci. Po prostu, za pomocą czarów stawaliśmy się niewidzialni. Pomyśl tylko jakiego szoku doznaliby ludzie, gdyby nas tam zobaczyli. A matki, ojcowie, ciotki nieszczęsnych, młodych ludzi!?! Mieliby powody do plotek. Tak, ta muzyka nie cieszyła się nawet najmniejszym stopniem pobłażliwości u starszego pokolenia. Ale zostawmy to. Co do mnie to od momentu, kiedy mogliśmy swobodnie oddawać się muzycznemu szaleństwu, zacząłem marzyć o stworzeniu własnej rock opery a ściślej mówiąc – big - beat opery. Zacząłem już nawet kreślić pierwsze nuty na partyturze. Potrzebowałem dużego teamu do realizacji swojego marzenia: solistów, muzyków, zespoły...

- Może “Niebiesko – Czarci”?

- Bardzo śmieszne! Dalej: oświetleniowców, akustyków, inspicjenta... Tymczasem świat szedł do przodu, od naszej ucieczki z czeluści piekielnych minęło dwadzieścia lat. O big – beacie prawie zapomniano. Mówię “prawie”, bo na szczęście miłośników nadal nie brakuje, czego dowodem jest Old Rock Meeting, który ma się odbyć w tym roku w sopockiej Operze Leśnej. Mają się zjechać wszystkie największe gwiazdy, nasi idole: Ada Rusowicz, Helena Majdaniec, Wojciech Korda, Halina Frąckowiak, Czesław Niemen, Breakout... Moja big-beat opera jest już gotowa, wszak pracuję nad nią już od 1967 roku. Gdyby tak mogło dojść właśnie tam do wystawienia mojej opery! Tak jak chłopaki z The Who zaprezentowali swoją rock operę “Tommy” podczas festiwalu w Woodstock w 1969 roku. Ech, rozmarzyłem się a trzeba wam przecież wytłumaczyć, skąd się tutaj w ogóle wziąłem. Otóż, całkiem niedawno profesor Wiosło kupił sobie walkmana i nagrał z płyty winylowej na kasetę swój ulubiony album “Niebiesko – Czarnych”...

- “Alarm!” No tak, teraz już wszystko zaczyna mi się układać w całość. Posłuchaj, Rokisiu. Pomożemy ci w odnalezieniu twoich kompanów i profesora Wiosło. Domyślam się, że to on zostawił walkmana na ławce przystankowej.

- Zgadza się! Jechał do jednej ze szkół podstawowych na Grochowie, w której miał zostać nakręcony program telewizyjny z jego udziałem.Wiosło miał się spotkać z uczniami z klas starszych i rozmawiać z nimi.

- No więc, mu pomożemy tobie ale ty też będziesz musiał pomóc mi w pewnej sprawie.

- Co tylko panienka rozkaże!

- Rokiś! Dałbyś spokój z tą “panienką”!

 

W tym momencie odezwał się Radosław:

- Do tej pory siedziałem tu z wami jak trusia i słuchałem, jak gadacie i gadacie. A teraz ja też mam prośbę. Czy on może zagrać na tej gitarze? - wskazał palcem instrument Rokisia.

- Nie, Radziu! - przecząco pokręciłam głową. - Jest już późna pora a poza tym, rodzice mogliby tutaj przyjść i zobaczyć Rokisia. Tego właśnie wolałabym uniknąć, przynajmniej na razie.

- Tak, tak, jak też się z tym zgadzam. - odparł Rokiś.

- Świetnie! A więc teraz idziemy spać. Zdrzemniesz się w moim starym łóżku dla lalek.

- Wyśmienicie! Ale przed snem poproszę cię jeszcze o parę ciasteczek. Mogą być Delicje albo Petit – Beurre.

- Zobacz, która godzina. W pól do jedenastej. To bardzo niezdrowo, objadać się przed snem.

- E tam! Ja zawsze coś zajadam przed walnięciem się do łóżka i jeszcze nigdy nic mi nie zaszkodziło.

- No dobrze. Pójdę po te ciasteczka.

- Tylko, proszę, posyp je obficie solą i pieprzem.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania