Rura w ziemi - Część VII

Otworzyłem oczy i od razu odkryłem, co jest nie tak. Nie powiedział mi tego zapach uryny ani twardość cementu. Nie dowiedziałem się tego z absolutnej czerni, przez którą nie mogłem nic dostrzec, ani z zimna, które mnie ogarnęło. O tym, gdzie się znajduję, powiadomił mnie czysty, pierwotny strach.

Nawet Achilles miał swoją słabą stronę. Swoją piętę. Zgubę. Przywarę. Coś, co było dziesiątką na jego tarczy. Słabością.

Ja znałem swoją słabość. Inaczej. Wiedziałem o niej. Zdawałem sobie sprawę z jej istnienia i dlatego z niewielu zajęć w małym mieście nigdy nie wybrałem górnictwa. Nie chodziło absolutnie o ciemność czy też zapach. O nie. Raczej o wrażenie ścisku. Nieprawdopodobną paniką napełniała mnie niemożność swobodnego obracania swym ciałem. Manewrowania.

Zdaje się, że ta fobia ma swoją własną nazwę.

- Klaustrofobia. Ostra jej odmiana - powiedziała mi kiedyś jedna psycholog.

- Czy to źle?

- Nie, jeśli nie będziesz ganiał szczurów po wentylacjach - odparła. Fajna babka. Brunetka.

Tak. Wentylacje, tunele, wnętrza rynien. Nawet łazienka bądź samochodowy kanał. Wszystkie te miejsca to swoiste mecze na wyjeździe. Na obczyźnie. Na bardzo wrogim terenie.

Nie miałem pojęcia, jak się tutaj znalazłem, ale odkryłem, że przymusowa konfrontacja ze swym strachem ma na mnie niezmiernie terapeutyczny wpływ i jeżeli kiedyś pragnąłem śmierci, to nie został po tym odczuciu żaden ślad.

Dobrze. Najważniejsze, to nie dać się zwariować. Nie pozwolić, by bestia siadła mi na ramiona. Oddychać. Spokojnie oddychać.

Nie mogłem.

Byłem jak sparaliżowany. Jakby ktoś mnie ostrzelał strzałkami zawierającymi kurarę. Mogłem tylko leżeć na wznak i się modlić. Usta drżały, a w oczy szczypał pot. Nie słyszałem nic, poza ogłuszającym biciem własnego serca. Kula do kręgli w moim gardle urosła.

Boże, jeżeli istniejesz. Wyciągnij mnie stąd, a nie wypiję już nigdy łyka wódy. Nie wezmę już nigdy prochów. Zmienię się.

Próbowałem rozejrzeć się za strzelbą, bo każda alternatywa na wyjście stąd była dobra.

Wtedy to się stało.

Obracając, zawadziłem plecami o ścianę i ponownie zdałem sobie sprawę z ciasnoty. Przez głowę przeleciały obrazy. Łańcuch pękł. Bestia paniki ugryzła.

Zostałem zgnieciony. Żywcem pochowany. Umarłem, żyjąc. Nie mogę liczyć na cud.

Jak to będzie?

Ile potrwa?

Jakie będą stadia mojej męki?

Czy będę krzyczał?

Szarpał się i płakał?

Przeklinał i wpadał w euforię na przemian?

Ile tu trwa godzina?

Ile dzień?

Pomiędzy zębami czułem zmielone szkło. Potworny strach miażdżył myśli. Chyba tylko jakiś nieszczęsny górnik, który brał kiedyś w czymś takim udział, stary kombatant walczący w otchłaniach wietnamskich jaskiń, albo wodny grotołaz, byłby w stanie poczuć, co właśnie czułem. Czego w tym momencie doświadczałem.

Nikt inny nie miał szans zrozumieć, jak bardzo potworny jest strach, kiedy jesteś żywcem pogrzebany. Jak wiele myśli kłębi się wtedy w głowie. Jak to przeraża.

Czułem, że każde przekręcenie ciała prawdopodobnie spowoduje, że ugrzęznę. Zaklinuje się. Wiedziałem, że jeśli do tego dojdzie, to w mniej niż minutę oszaleję. Panika spłynie po mnie z siłą Niagary, oblewając falami gorąca. Usta wyschną. W gardle urośnie krab.

Adrenalina zrodzona z czystego przerażenia nakaże mi za wszelką cenę wydostać się z tych kleszczy. Posłucham jej.

Będę się szarpał i wył, by się stąd wyrwać. Być może nawet zedrę sobie skórę z twarzy, zalewając oczy ciepłą krwią, ale to mnie w niczym nie powstrzyma. Nie spasuję nawet wtedy, kiedy popękają kości cholernych rąk. Kiedy pozdzieram pierdolone paznokcie.

Wiedziałem, że może nadejść moment, w którym już nie będę w stanie kontrolować swych pierwotnych odruchów. To normalne. Każdy, nawet najbardziej opanowany człowiek, ma w sobie swoisty przycisk bezpieczeństwa. Guzik, którego naciśnięcie włącza alarm. Każdy ma jakąś swoją bojaźń.

Każdy. Nawet ja.

 

<<<<<<>>>>>>

 

Chwilowa utrata przytomności. Nie dłuższa niż kilka sekund. Kryjący się w czerni beton dalej wyznacza granicę. Pierwszy atak szaleństwa ustąpił, pozwalając dorwać się do głosu determinacji i wierze w ocalenie.

Przecież jestem dużo bardziej doświadczony od Kevina. Szuka mnie dwieście osób. Muszę tylko troszeczkę poczekać.

Afirmowałem się, jak umiałem, sącząc w siebie nieprawdę. Jednak każda myśl była niszczona kontrargumentem paniki.

Na zasadzie:

„Dużo bardziej doświadczony – dużo większy".

„Szuka mnie dwieście osób – ale nie tu. I dużo, dużo mniej".

„Poczekać – a czekaj. Czekaj sobie".

Wiedziałem, że może nadejść moment, w którym będę musiał się czołgać, ale za nic nie wyobrażałem sobie sytuacji, w której musiałbym się tu odwrócić.

I tak pewnie złamałbym sobie kark, ale samo wyobrażenie, jakbym się miotał, to… Musiałem przestać. Panika znów była blisko.

Najważniejsze, to działać logicznie. Przeżyłem pierwszy atak szaleństwa i teraz mam chwilę spokoju. Panika zapewne wróci, ale dopiero za jakiś, jebany, czas. Teraz żyjemy w erze wiary i dobrych chęci. Najważniejsze, żeby każdy ruch był przemyślany. Każde posunięcie musi być dokładnie oszacowane i wykonane spokojnie, ponieważ tutaj drugiej szansy nie będzie.

Najpierw należało rozważyć, czy się w ogóle poruszać, ale z tym uporałem się prędko.

Wystarczyło, że przypomniałem sobie słowa jakiejś piosenki, której kawałek usłyszałem niedawno. Brzmiał:

„Wstań i zrób coś. Użyj swoich chęci

lub na gwiazdkę z nieba czekaj do usranej śmierci".

No może niezupełnie tak, ale jakoś w tym stylu.

W każdym razie, ten krótki urywek przekonał mnie, że jeżeli chcę się stąd wydostać, to muszę zacząć działać. Swoją drogą dziwne, jakie rzeczy utrwalają się w głowie. A jeszcze dziwniejsze, w jakich chwilach wypływają na wierzch.

Po pierwsze, należy działać.

Teraz kolejne pytanie: W którą stronę się udać?

Logika podpowiadała, do przodu, ale przed podjęciem ostatecznej decyzji należało się solidnie zastanowić.

Jeżeli zmusił mnie do wejścia bądź jakoś wsadził, to poruszanie się do przodu będzie zgubne, ponieważ w końcu natrafię na zwężenie.

Pozostawała jedna możliwość. Do tyłu.

Miałem już jakiś zarys. Coś, czego mogłem się uczepić. W co mogłem wierzyć. Obszukałem jeszcze raz kieszenie w nadziei na znalezienie telefonu, ale tak wielkiego szczęścia mieć nie mogłem.

 

<<<<<<>>>>>>

Średnia ocena: 4.9  Głosów: 9

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • KarolaKorman 2 miesiące temu
    Zagrałeś na wyobraźni, a te wspominki przy okazji tragicznych momentów - mega :) Ja też tak bym kalkulowała, że trzeba się cofać, że trzeba iść w stronę nóg. Głupie, ale zaczęłam sobie wyobrażać, jak były ułożone ręce. Wzdłuż ciała to szło głową do przodu, tak mnie wpychali - chore :) zostawiam 5 :) Pozdrawiam :)
  • Canulas 2 miesiące temu
    Dziękuję Ci wierna "czytaczko". Pozdrawiam
  • RubyCrystal 2 miesiące temu
    Niezwykle barwnie opisałeś oblicze strachu i paniki. Urywane zdania, wplotłeś sporo chaosu, co pozwoliło wczuć się w sytuację bohatera. Twoje teksty stają się przejrzystsze, bardziej uporządkowane, co jest wielkim plusem. Nie obędzie się jednak bez moich widzimisię, wybacz :D Bardzo nie spodobał mi się bezpiośredni zwrot do czytelnika. W moim odczuciu mocno zabił klimat, niż go wzmocnić. Zajechało jakimś poradnikiem, czy felietonem, którym nie jest. To, oczywiście, tylko moje odczucia :) Pozdrawiam i daję pięć.
  • Canulas 2 miesiące temu
    Dobrze, dobrze. Widzimisia są potrzebne. Może te wywody "in personal" były niepotrzebne. W stanie pisarskiego upojenia wydawały się w dechę, na chłodno mniej.
    Przemyśle to szczerze.
  • RubyCrystal 2 miesiące temu
    Fajnie, że jesteś otwarty na rady i sugestie. Przez to Twoje teksty stają się lepsze z dnia na dzień. Choćby porównaj pierwszą część "Rury w ziemi" do powyższej. Już widać różnicę, co jest godne podziwu i ukłonów. Nie zatracaj jednak swojego stylu, bo jest świetny!
    Jeszcze dopomknę odnośnie zabiegu "in personal" - byłoby to zjadliwe, gdybyś pisał narracją trzeciosobową i wyszłoby to "z ust" narratora. Nie chcę Cię namawiać do zmian tekstów pod kątem merytoryki, ale zastanów się, boś kreatywny w czort. Może wymyślisz coś jeszcze bardziej w dechę :D
  • Canulas 2 miesiące temu
    Po prostu, znając swój twór, marna szansa, że się na coś takiego samemu wpadnie. Czyta się zbyt pamięciowo.
    To już przynajmniej druga rzecz. I o ile kwestię niezdiętych kajdanek jestem w stanie przeboleć (bohater nie pomyślał, miał to w dupie lub inne) to, akurat to, na co teraz zwróciłaś uwagę naprawdę wydaje mi się istotnym problemem.
    Jak wrócę, pomyślę, jak to ogarnąć.
    Pozdrawiam i zapraszam.
    Otwarte 24h
  • Lucinda 2 miesiące temu
    Wracam po przerwie i nadrabiam. Podoba mi się ten obraz mężczyzny, jaki tu pokazałeś. Krótkich zdań i równoważników używałeś od samego początku tego opowiadania, dodając tempa, więc tutaj to nic nowego, ale i tak się sprawdziło. Fajnie przedstawiłeś psychikę kogoś, kto próbuje nie poddać się panice, czy to przez odsuwanie myśli o tym, gdzie jest i co się z nim dzieje, czy przez takie dialogi z samym sobą na zasadzie... No trudno tu mówić o plusach, ale tych przebłysków nadziei i jej zaprzeczeń. Albo w końcu zdecydowanie się na działanie i zachęcanie się do niego rymowanką, która była poniekąd próbą dopuszczenia humoru, choć sytuacja ani trochę nie była zabawna.
    No i jeszcze korekta... Powiem Ci, że naprawdę jestem pod wrażeniem tego, jak dobrze w tej części poradziłeś sobie z zapisem. Było kilka błędów i za chwilę je zobaczysz poniżej, ale jest naprawdę dobrze.
    ,,Nawet łazienka, bądź samochodowy kanał” - bez przecinka, bo ,,bądź", tak samo jak np. ,,albo", jest spójnikiem zdania współrzędnie złożonego rozłącznego (czyli jest alternatywa dwóch możliwości), a w takich nie stawia się przed nim przecinka;
    ,,Wszystkie te miejsca, to swoiste mecze na wyjeździe” - tu też bez przecinka, bo przed ,,to" byłby przecinek tylko w takiej sytuacji, w której wcześniej byłoby zdanie (a więc byłoby tam orzeczenie) albo równoważnik zdania, co pojawiło się u Ciebie w paru zdaniach takich jaki ,,Najważniejsze, to..." itp. ,,Najważniejsze" było tam równoważnikiem, bo w domyśle ma się dołączony czasownik ,,jest", chociaż go nie widać. Nie będę tu przekształcać tego na zdanie dla przykładu, bo i tak nie byłoby ono identyczne, bo funkcję, którą u Ciebie pełni ,,to", zastąpiłoby ,,że", ale sens byłby taki sam;
    ,,Nie miałem pojęcia (przecinek) jak się tutaj znalazłem” - zdanie złożone i przecinek oddziela zdania składowe;
    ,,Byłem, jak sparaliżowany” - tu natomiast bez przecinka, bo ,,jak" nie wprowadza zdania podrzędnego, tylko służy porównaniu;
    ,,Jakby ktoś mnie ostrzelał strzałkami, zawierającymi kurarę” - ten przecinek też bym usunęła, bo o ile, jak już pewnie mówiłam, nie czepiam się już nawet przecinkami przed wyrażeniami przydawkowymi, bo niektórzy autorzy i tak bardzo je lubią, a teoretycznie nie są one błędem i nie żeby mi przeszkadzały, ale wolę, gdy stosuje się je z umiarem i w pełni świadomie. Trzeba pamiętać, że przecinek oddzielający takie wyrażenia sprawia, że są one dopowiedzeniami, a więc nie wchodzą w skład tej najważniejszej części zdania zawierającej informację, a służą raczej dopełnieniu jej, jak sama nazwa wskazuje - dopowiedzeniu. W tym zdaniu natomiast informacja, jakie to są strzałki, jest istotna, a wręcz równie ważna, jak samo porównanie do postrzelenia strzałkami, bo to, co zawierałyby te strzałki, dopiero wskazuje na uczucie mężczyzny;
    ,,Wyciągnij mnie stąd, a nie wypije już nigdy łyka wódy” - ,,nie wypiję" (wiem, drobiazg);
    ,,stary kombatant, walczący w otchłaniach wietnamskich jaskiń (przecinek) albo wodny grotołaz, byłby w stanie poczuć” - przecinek występuje tu przed ,,albo" tylko dlatego, że wcześniej jest wtrącenie, a ten przecinek, który sam wstawiłeś, usunęłabym, bo wcześniej jest tylko podmiot;
    ,,Nikt inny nie miał szans, zrozumieć” - bez przecinka, bo chociaż czasowniki są dwa, to orzeczenie jest jedno;
    ,,spłynie po mnie z siłą Niagary, oblewają falami gorąca” - ,,oblewając";
    ,,kiedy popękają kości, cholernych rąk” - bez przecinka, bo to jest jedno określenie;
    ,,Kiedy pozdzieram, pierdolone, paznokcie” - tu też bez przecinków, bo to przymiotnik i jako taki powinien być traktowany. Widocznie trochę źle ubrałam w słowa poprzednie tłumaczenia. Wtrącone są na ogół wulgaryzmy, które nie wnoszą nic do znaczenia i nie ma różnicy, czy one są, czy nie (w kwestii znaczenia cały czas to rozpatruję), ale jeśli jest on, jak tutaj, przymiotnikiem, to nie ma potrzeby jakiegokolwiek wydzielania go;
    ,,Pierwszy atak szaleństwa ustąpił, pozwalając dorwać się do głosu determinacji i wiary w ocalenie” - ,,wierze", bo ,,dorwać się" (komu?, czemu?);
    ,,Najpierw należało rozważyć (przecinek) czy się w ogóle poruszać” - tutaj ,,czy" wprowadza zdanie podrzędne;
    ,,dziwne (przecinek) jakie rzeczy utrwalają się w głowie” - tak jak wcześniej podawałam przykład z ,,najważniejsze" jako równoważnikiem, tutaj jest nim ,,dziwne". Dlatego to zdanie jest rozpatrywane jak złożone, bo tak samo można je zapisać ,,Dziwne (jest), jakie rzeczy utrwalają się w głowie";
    ,,Jeżeli zmusił mnie do wejścia, bądź jakoś wsadził” - o ,,bądź" już pisałam na początku i tu sytuacja jest taka sama.
    No, to się rozpisałam... Więcej gadania niż tych błędów, a komentarz wraz wyszedł taki, jakby było ich dwa albo trzy razy więcej niż w rzeczywistości... No trudno. Oczywiście zostawiam 5.
  • Adam T 2 miesiące temu
    Tak, należało się tego spodziewać. 5
  • Marzycielka29 miesiąc temu
    Jestem po krótkiej przerwie ;) Ten rozdział wydał mi się mniej mroczny, ale za to bardziej usytuowany po realnej stronie życia bohatera, obnażając jego słabości. Cały czas trzymasz czytelnika w próżni pomiędzy prawdą a czymś co prawdopodobnie nią nie jest. I właśnie ta próżnia jest w Twoim wykonaniu genialna. Są momenty, w których zaczynam wątpić w prawdziwość tych wszystkich nadprzyrodzonych sił, a za chwilę zachodzę w głowę czy słusznie. Znalazłam dwie literówki. "Ile tu trwa godzin?", "Kiedy podzieram popierdolone paznokcie". To tyle i 5
  • Canulas miesiąc temu
    Paznokcie już zmieniłem. Dziękuję Marzycielko, ale z tą "Ile tu trwa godzin" to, kurcze, chyba jest "godzina". No chyba, że gdzies zdublowałem ten zwrot. Zara obadam.
    Nie mniej, dziękuję. Za wizytę i za wyłapanie głupot.
  • Marzycielka29 miesiąc temu
    A faktycznie, ja zle przeczytałam. Przepraszam.
  • Canulas miesiąc temu
    Spoko, spoko. Troszkę mnie to zablokowało. Dzięki za tą literówkę i ogólnie odwiedzini.
  • Ritha miesiąc temu
    Daruję sobie rozczłonkowywanie teksu, gdyż zbytnia analiza spowalnia mi czytanie, a ciekawość "co dalej" z każdą częścią rośnie. :)

    "Dobrze. Najważniejsze, to nie dać się zwariować. Nie pozwolić, by bestia siadła mi na ramiona. Oddychać. Spokojnie oddychać.
    Nie mogłem." - tratatatata, przerwa, "Nie mogłem". Podoba mi się zabieg. Wprowadza odpowiednią dynamikę tekstu.

    "W każdym razie, ten krótki urywek przekonał mnie, że jeżeli chcę się stąd wydostać, to muszę zacząć działać. Swoją drogą dziwne, jakie rzeczy utrwalają się w głowie. A jeszcze dziwniejsze, w jakich chwilach wypływają na wierzch." - to akurat mnie zaciekawiło od strony stricte psychologicznej

    Powtórzę, bo ta część również to eksponuje - idealnie oddajesz emocje bohatera, obawy, lęki, walkę pomiędzy układaniem w głowie strategii jakiegokolwiek działania, a falami paniki. Odpowpednio szczegółowo, z łatwością można się wczuć. Brrr.

    Zostawiam gwiazdy i lecę dalej :)
  • Canulas miesiąc temu
    Dzięki, Ritha. Kwintesencją miała być właśnie konfrontacja ze swoimi lękami. Wiadomo, że z perspektywy czasu coś bym tam zmienił, ale niech już jest, jak jest.
  • Agnieszka Gu miesiąc temu
    Świetny opis uczuć spanikowanego człowieka. Dobrze, że czytam to teraz i wiem, że jest sporo części przede mną - znaczy, facet się wydostanie ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania