Scenka Rodzajowa na Ulicy

Właśnie w tej chwili dostałem: głupawki. W związku z tym, postanawiam pomaszerować na miasto, by zadawać ludziom głupie pytania i patrzeć, jak zareagują. Myślę sobie, kielcząc się do lustra, że to może być fajna zabawa. Taki swoisty: test psychologiczny. Tylko muszę być poważny a chichrać się w duchu.

 

Stoję na chodniku. Idzie jakaś staruszka. Tak ledwo ledwo, z laski na nogę. Gdy przechodzi obok mnie, mówię wesoło:

– Mam pytanie. Czy jest pani płodna?

– Nie, nie, młodzieńcze. Nie jestem głodna. Ale bardzo dziękuję za troskę. Weź karmelka. Świeżo kupiłam.

– Bardzo dziękuję, ale nie mogę. Stanie mi w gardle a pani mnie wsadzi do trumny.

– Nie bądź taki dumny młodzieńcze. Mam dosyć. Ady weź.

 

Muszę ją czymś zdenerwować. Zaczyna byś mniej radośnie.

 

– Pani jest brzydka jak straszna noc.

– Niepotrzebny mi koc. Jeszcze spać nie idę. Pójdę już, bo pan wariat, tak? Stara jestem, ale rozum mam nie tam, gdzie pan. Żegnam.

 

Pierwsze koty za płoty.

~~~~~~~~~~~~~~~~~

Podchodzę do eleganckiego pana w garniturze.

– Mogę o coś zapytać?

– Owszem.

– Dlaczego pan trzyma ręce w kieszeniach i gwiżdże na całą ulicę?

– Pan choryś? Piątą zgubiłeś? Znikły fałdki pod kością czaszki?

– Nie. Poważnie pytam.

– Poważnie? Nie mam rąk w kieszeniach i nie gwiżdżę. A teraz żegnam.

– To dlaczego ludzie zatykają uszy. Nie dosyć, że pan kulki w portkach głośno przerzucasz, to jeszcze dodatkowo hałasujesz po nocach.

– Proszę mnie puścić i nie gadać głupot.

– Niech pan nie odchodzi. Poczekajmy na następnych. Fajnie może być.

 

Ojej. Idzie kolejny starszy pan. Na samych szanowanych trafiam. Spiesznie zagaduję, żeby mi ten pierwszy, z nudów nie zwiał.

 

– Spójrz pan na tego. Jak świetnie ubrany. A pan co? Bieda z nędzą. Pan mu tego garnituru zazdrościsz. Widzę błysk w pana oczach.

– Chce pan w pysk? Nie rozumiem, o co biega. To jakiś test? Wypuścili czuba, żeby się racjonalizował na ulicy.

– Pan o mnie mówi?

– Nie. O bałwanie ze śniegu. Też ma luzy między kryształkami.

– Panie, ten pan wszystkich zaczepia i obraża. Trzeba mu przywalić zamrożoną Królewną Śnieżką.

 

Podbiega mała dziewczynka i drze się wesoło:

– Babciu! Chodź szybko. Jakieś dziadki się kłócą.

– Nie jestem żaden dziadek. Mam dopiero czterdzieści lat. Chociaż teraz już jestem starszy... cholera... i znowu... i znowu... i

 

Podchodzi następny facet. Taki zupełnie wesoły.

 

– Co tu za zbiegowisko. Mogę się przyłączyć?

– Chyba jak dupa do psiego ogona.

– Nie jestem psem. Wypraszam sobie.

– To czemu pan szczekasz jak kot w rui?

– To czemu tamten się jąka.

– On się nie jąka, tylko starzeje.

 

Na chwilę mogę dojść do swoich słów:

– Tamta pani co idzie, ma czułki na głowie. To chyba jakaś Ufolica.

 

Podchodzi babcia dziewczynki.

 

– Co tu się wyprawia. Za moich czasów, młodzież była spokojniejsza.

– Jaka z nich młodzież? Stare dziady bisurmanią!

– Nie jestem stary dziad. Jam kwitnący kwiat. Zaśpiewam wam piosenkę:

 

mam trzydzieści lat i parę

sięgam brodą ponad barek

 

– Proszę nie pić wódy na ulicy. Jam władza tutejsza.

– Spadaj pan. Nic złego nie robimy w tej chwili.

– Zakłócacie porządek publiczny. Na dodatek w przypadkowym gronie.

– A pan co? Winogrono pędzisz? Ciekawe na co?

 

Nadchodzi kolejny.

– Ojej. Ale siupy. Coś wam powiem. Gołe baby w cukierni widziałem. Takie pomalowane i wyrośnięte. Aż miałem apetyt.

– Pan sobie stań pod iluminacją świąteczną, to pana oświeci. Jestem cukiernikiem. Wypraszam sobie.

– Panie, pan se kup okna z widokiem na przyszłość. Coś marnie pan wyglądasz.

 

Sytuacja mnie przerasta. To ja miałem zadawać, pełne kultury pytania, a tu co... targ na mieście.

 

– A ja ostatnio otwarłem drzwi kluczem gęsi. Mówię wam, zamieszanie w klatce jak cholera.

– Małpa pan?

– Tylko bez takich. To pan ma w ręce banana.

– Ty go nie wnerwiaj, bo skórką rzuci i bliźni wyrżnie w niewinny chodnik.

– Panie! Gdzie pan idziesz z tym kajakiem?

– Do wywiercenia dziur niosę. Będzie lżejszy na wodzie.

 

Podchodzi kolejne dziecko.

 

– Czy możecie mi naprawić hulajnogę. Chcę kolegę rozjechać, bo mi ukradł poprzednią.

– Chłopcze. Tu rozmawiają dorośli. A sio! A kolegę możesz po prostu kopnąć.

 

Podchodzi matka chłopca.

– Dorośli, a tępi jak obuch cepa. Takie rzeczy małego uczyć. Przejść z wózkiem nie można. Tarasujecie chodnik. Nawet dziecko mi uciekło ze strachem.

– Na hulajnodze? Z wózka? Na wróble?

– Na jeździtku to nie moje.

 

Przychodzą następni przypadkowi. Widząc, że tu radośnie, to zostają. Nie tak to sobie zaplanowałem.

 

– Ale tu jaja. Ja nie mogę.

– Proszę bez takich insynuacji. A w ogóle o moich jajkach, proszę publicznie nie gadać. Wykup pan licencję, to nawet pokażę jedno albo dwa.

 

Odzywa się babcia:

– Matkości świata. Nie dosyć, że w sejmie na okrągło same bezeceństwa, to jeszcze na oczach mojej wnuczki, gołe jądra będą tańcować.

– Babciu. Przecież oni o dupach nie gadają. Tylko o zwykłych jajkach.

– A temu co się stało?

 

Facet pcha wózek. A we wózku, drugi wózek, a w tym drugim... trzeci wózek.

 

– Hej tam. Panie wózkowy. Na cholerę ci tyle wózków?

– To nie żadne wózki, tylko ruskie baby. Wersja z kółkami.

– A po co babom kółka?

– A skąd mam wiedzieć? Też się dziwię, że takie są. Ale przynajmniej nie biegają po próżnicy.

 

Pan w garniturze coraz bardziej nerwowy. Cała zgraja wokół, a jemu głupio odejść, bo reszta pomyśli, że się czegoś boi. Napomyka gustownie:

– Czy nie czas na rozłąkę? Wezmą nas za wariatów.

– Już wzięli, to co się przejmować.

 

Pomału wycofuję swoje ciało z tego całego zamieszania. Nie tak to miało wyglądać, ale i tak było fajnie. Jestem głodny. Odchodzę. Babcia z karmelkami też odeszła. Dogonię ją. Może mnie poczęstuje. Albo dostanę cukierkiem po łbie. To nic. Mam żółtą czapkę. Zamortyzuje babciowe uderzenie. Ktoś mnie ciągnie z tyłu za podszewkę. Patrzę, a to Ufolica, uśmiecha się przez zielone zęby z czułkami.

Słyszę jej nieziemski głosik:

– Słyszałam, że pan głodnyś. Świetnie się składa. Z racji nabrzmiałych stosunków między Nami a Ziemianami, kładę igłę w balonik w celu spuszczenia wrogiego powietrza w przestrzeń kosmiczną i w ramach pojednawczego gestu, zapraszam serdecznie do talerza, w celu współżycia posiłku.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • xfhc 2 tygodnie temu
    Czytane z uśmiechem na ustach, zostawiam pięć
  • Dekaos Dondi 2 tygodnie temu
    Dzięki xfhc Pozdrawiam
  • Angela 2 tygodnie temu
    Nastrój poprawiony aż do wieczora : D 5
  • Dekaos Dondi 2 tygodnie temu
    Dzięki Angelo Pozdrawiam
  • Agnieszka Gu 2 tygodnie temu
    Witam,
    Ale psychodela ;) Fajne, lekko napisane ;) Takie na luzie :)
    Pozdrowionka
  • Dekaos Dondi 2 tygodnie temu
    Dzięki AgnieszkoGu Pozdrawiam
  • pkropka 2 tygodnie temu
    Super, uśmiałam się :)
  • Dekaos Dondi 2 tygodnie temu
    Dzięki pkropka Pozdrawiam
  • pasja 2 tygodnie temu
    Witam
    Tak dużo nie potrzeba nam, aby było wesoło i goło. bardzo urodziwa i z humorem scenka. Mogłaby służyć za materiał dydaktyczny na stosunkach międzynarodowych.

    takie drobiażdżki
    Dlaczego pan trzyma ręce w kieszeniach i gwiżdżę na całą ulicę? - Dlaczego pan trzyma ręce w kieszeniach i gwiżdże na całą ulicę?

    Spiesznie zagaduje, żeby mi ten pierwszy, z nudów nie zwiał. - Spiesznie zagaduję, żeby mi ten pierwszy, z nudów nie zwiał.

    Z racji nabrzmiałych stosunków, między Nami a Ziemianami, kładę igłę w balonik, w celu spuszczenia wrogiego powietrza w przestrzeń kosmiczną i w ramach pojednawczego gestu, zapraszam serdecznie do talerza, w celu współżycia posiłku - sprawdź przecinki chyba?

    Pozdrawiam
  • Dekaos Dondi 2 tygodnie temu
    Pasjo Dzięki→Jeden ogonek urwałem, drugi doczepiłem. Przecinków też mniej.
    Pozdrawiam
  • Francis - Gorzalka 2 tygodnie temu
    showmanem jesteś i masz poczucie humoru Dekaosie, dialogi znakomite i bezpieczne... yoł
  • Dekaos Dondi 2 tygodnie temu
    Dzięki FG Pozdrawiam

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania