Selekcja rozdział 19

— Co teraz zrobimy? — Jane spytała, zaniepokojona sytuacją.

 

Siedziała przy matce, usłanej na łóżku i okrytej kocem. W powietrzu rozgrywała się bitwa kilku zapachów. Zdecydowanie wygrywała mięta, a doganiała ją szałwia. Hortensja zaś byłą tylko przyjemnym dla nosa dodatkiem, podkreślającym całość.

 

— Jak to co? — Karen uśmiechnęła się znacząco, choć prawdopodobnie tylko ona wiedziała, o co chodzi. — Przecież jestem czarownicą, początkującą, ale zawsze coś! Mam dobry plan — pocieszyła przyjaciółkę, lecz sama sobie nie wierzyła.

 

— Już mam dosyć tego całego magicznego świata. — Jennifer westchnęła. — Ludzkie życie jest znacznie prostsze — ciągnęła.

 

— Chciałam cię od tego uchronić, ale poniosłam porażkę... Przeoczyłam kilka faktów i pozwoliłam Rebel na to, co ci zrobiła — tłumaczyła się. Kręciła głową niezadowolona, robiąc strapiony wyraz twarzy i sądziła, że zabraknie jej słów, by wyrazić skruchę.

 

— Nie obwiniaj się. Nie masz nic wspólnego z tą przemianą. To nie ty urządzasz te całe Selekcje, a to właśnie one utrudniają życie magicznym. Jestem Inną niecały miesiąc, a już zobaczyłam wpływ katów na życie wampirów i reszty. Ciebie jednak to nie dotyczy, jesteś sobą i za wszelką cenę chcesz pomóc najbliższym i chyba nigdy ci się za to nie odwdzięczymy. — Obie wzruszyły się.

 

Po niedługiej chwili usłyszały pukanie do drzwi. Sekundę później klamka osunęła się, a drzwi odchyliły.

 

— Perbit — wyszeptała Karen, zdejmując ujawnienie Katherine. Ściągnęła szybko koc z ciała, gdyż Kate nie zniknęła, tylko stała się niewidoczna dla zwykłych ludzi, a materiał, pod którym leżała mógł ją zdemaskować.

 

— Przepraszam, dziewczynki. — W progu stanął Greg. Oparł ramię o framugę. — Nie mogę dodzwonić się do mamy. Ma wyłączony telefon?

 

— Yyy... Pewnie się dobrze bawi — wymyśliła na poczekanie. — Przepraszam, że wcześniej ci nie wytłumaczyłam, ale mama jest u pani Jordan. Już prawdopodobnie piją kolejną butelkę wina. Wyleciało mi z głowy, przez to, że wreszcie cię zobaczyłam. — Posłała mu uśmiech, czekając na reakcję. Miała nadzieję, że jej uwierzy.

 

— Wino, tak? A co to za okazja? — zapytał ciekawy nowinką, że jego żona w ogóle tknęła alkohol.

 

— Mama Alexa dostała ostatnio awans, została szeryfem — przypomniała sobie, że Alex wspominał o tym, gdy wrócił do miasta kilka tygodni temu. Rozmawiali wtedy tak beztrosko i wszystko było dla niej idealnie, dopóki nie zajrzała w komórkę bruneta.

 

— Ach tak... — Mężczyzna widocznie zaspokoił swoją ciekawość. — Idźcie proszę już spać, ja pojadę na pogotowie. — Pokazał owiniętą nieudolnie materiałem rękę. — Taksówka już na mnie czeka. Zamknijcie tylko dom na klucz. Prawdopodobnie wrócę z samego rana — powiedział, po czym opuścił pokój Jane.

 

— Ostendite. — Karen nie traciła czasu i uwidoczniła Kate, jak tylko usłyszała silnik odjeżdżającego samochodu. Jennifer jeszcze upewniła się, że to rzeczywiście Greg odjechał. Dla pewności przeszukała szybko dom i zakluczyła wszystkie wejścia. Wchodząc do pokoju, zauważyła, że Karen przegląda księgę Cornelii.

 

— Co ty robisz? — zadała pytanie, choć znała odpowiedź.

 

— O, jesteś! — krzyknęła zadowolona. — Pamiętasz dzień twojej przemiany? Chodzi mi o czar, który użyła na tobie staruszka.

 

— Pamiętam, jakby to było wczoraj — wymamrotała, z bólem wymalowanym na twarzy.

 

— Już spokojnie, wiem, że to ciężkie przeżycie, ale tego nie zmienimy. — Karen przytuliła przyjaciółkę, po czym wróciła do kartkowania księgi. Kilka chwil później krzyknęła zwycięsko, znajdując właściwe zaklęcie. Pokazała Stewartównie dwie zapisane strony. Jane zmrużyła oczy, aby udoskonalić widoczność. Na pierwszej stronie ujrzała dwie ubrudzone czarnym atramentem linijki.

 

— Revixit homo sine divino adiutorio. Tenebrae necessaria, sed te dare — Jane przeczytała napisane słowa nieumiejętnie, zupełnie tak jakby tekst odczytało pięcioletnie dziecko.

 

— Siły witalne mają odżyć, bez boskiej pomocy. Ciemność odda potrzebną moc, lecz ty musisz podarować w zamian coś. — Karen natychmiast przetłumaczyła.

 

— Znasz łacinę? — brunetka nie ukrywała zdziwienia. Nie przypominała sobie o takim przedmiocie w szkole. Nawet nie było kółka związanego z łaciną.

 

— Nie — odparła wyraźnie roześmiana, po czym pokazała przyjaciółce pomiętą kartkę, z angielskim tłumaczeniem czaru. — Babcia zna — dodała, wciąż rozciągając usta w uśmiechu.

 

— Co ma oznaczać „podarować w zamian coś"? — Jane nabrała podejrzeń po rozmowie z Cornelią. Przerażała ją wizja jakichkolwiek konsekwencji.

 

— Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Jak to mówią? Im mniej wiesz, tym lepiej śpisz? Trzymajmy się tego. — W jej głosie pobrzmiewała nutka niepewności.

 

— Nie podoba mi się ten pomysł, ale dla mamy zaryzykuję — odparła, okazując gotowość do działania.

 

— Nie bój nic, wszystko załatwię. Ty zapal tylko świece. Ja już mam składniki.— Pokazała tiulowy woreczek z kilkoma magicznymi przedmiotami.

 

Jane przyjęła polecenie skinieniem i przystąpiła do jego wykonania.

 

Wiedźma wolno powtarzała słowa z kartki. Na początek bez wykorzystania magii, żeby wpaść w trans i nic nie pomylić. Gdy już zdołała zapamiętać treść, zaczęła gromadzić swoją aurę. Niestety ta nie wystarczyła, więc Karen posiliła się na zaabsorbowanie energii z płomieni świec. Szło jej opornie, aczkolwiek nie najgorzej. Cornelia byłaby dumna z postępów, jakie poczyniła początkująca wiedźma.

 

Jennifer spoglądała na przyjaciółkę przerażona, bardziej niż za pierwszym razem, gdy ujrzała jej wilczą formę. To, co robiła Karen nie wyglądało już na białą magię. Jej zwykle fioletowa aura, zamiast wyzwalać jasne światło, tliła się niczym dym, uciekający z komina.

 

Dochodziła już druga w nocy. Jane się niecierpliwiła. Spoglądała co chwilę na zegarek, by potem ze smutkiem zlustrować cierpiącą matkę. Wzdychała i tupała nogą. Karen zaczęło to dekoncentrować, więc na tyle, ile potrafiła, odwróciła głowę i skarciła przyjaciółkę wzrokiem. Jennifer podskoczyła wystraszona, czarnowłosa bowiem zbladła, a jej oczy wypełniła głęboka czerń. Aura wilczej wiedźmy opanowała cały pokój. Jane ręką rozpraszała czarną mgłę, aby lepiej widzieć scenę. To jednak nie skutkowało dobrze. Zaczęła krztusić się gęstniejącym dymem. Oddychała z trudem. Jej płuca wypełniła zmaterializowana, demoniczna aura. Upadła na ziemię, opierając się o łóżko. Wtem dusząca substancja opuściła pomieszczenie, tak szybko jak się pojawiła. Jane pokasływała jeszcze przez chwilę, dopóki Karen nie podniosła jej z ziemi i doprowadziła do porządku.

 

Oczom dziewczyn ukazała się Katherine w pełni zdrowia. Blade i pokryte siniakami ciało, wróciło do normy. Była trochę zdezorientowana, ale jej aura powróciła na swoje miejsce. Jennifer rzuciła się z radością na matkę i złapała w mocnym uścisku, powodując u niej cichy jęk bólu, ale i zadowolenie.

 

— Kochanie, jesteś cięższa, niż wyglądasz — wybełkotała, pokasłując.

 

Jane zeszła z niej. Kobieta kaszlnęła porządnie, uwalniając gardło od nieprzyjemnej chrypki. Karen chrząknęła głośno, pragnąć zwrócić uwagę matki i córki.

 

— Nie chcę przeszkadzać, ale niedługo wróci pan Stewart — powiedziała tak cicho, że ledwo ją usłyszały. Prawdopodobnie naruszyła delikatne gardło, wypowiadaniem zaklęcia głośno i intensywnie.

 

— Co? Greg wrócił z Waszyngtonu? — Katherine podniosła się z leżącej pozycji. Ułożyła ręce z tyłu i spojrzała na dziewczyny ze zdumionym wyrazem twarzy. Zmarszczyła śmiesznie nos, jak wtedy, gdy coś ją stresuje. — Gdzie teraz jest?

 

— W szpitalu — odpowiedziała rozbawiona Jane. Jej mężny tata męczył się na pogotowiu ze ściśniętą przez Karen ręką. Sama nie wiedziała, czemu to ją śmieszyło. Nagle doznała poprawy humoru, do czego przyczynił się powrót jej mamy do normalności. Nawet zapomniała na chwilę o Sebastienie, Selekcji i nieubłaganie zbliżających się walkach na śmierć i życie, na które nie była gotowa. Wszystko odeszło w niepamięć na jeden, warty zapamiętania moment.

 

— Jak to w szpitalu? — Czterdziestolatka chciała wstać, ale córka ją powstrzymała. Chwyciła za ramiona i zmusiła kobietę do położenia się na plecy.

 

— To nic takiego, mamo. — Posłała jej szczęśliwy uśmiech. — Po prostu przygniótł sobie rękę. — Subtelnie parsknęła śmiechem, poprawiając poduszkę.

 

— Właściwie, to ja to zrobiłam. — Karen dalej nie mogła wybaczyć sobie, że uszkodziła pana Stewarta. Ten wcale się nie gniewał, ale dziewczyna nie lubiła ranić bliskich jej osób. Z obcymi nie próżnowała; taki mechanizm obronny. — Ale niechcący! — dodała. Katherine pokręciła tylko głową i przewróciła oczami.

 

— I ten... Powiedziałam tacie, że pijesz wino z panią Jordan — Jane wtrąciła szybko i odwróciła wzrok, wiedząc, że Katherine zaraz spiorunuje ją swoim słynnym, rozeźlonym spojrzeniem.

 

— Ja nawet nie piję wina! — oburzyła się.

 

Ku uciesze Jane, Katherine nagle usłyszała, że drzwi na dole otworzyły się i zamknęły. Następnie, swoim wampirzym węchem wyczuła woń swojego męża. Rzuciła tylko ciche:

 

— Greg!

 

Kobiety spanikowały. Zerwały się na równe nogi i bezsilnie wpatrywały w siebie.

 

— Przemknie pani po cichu do sypialni, a ja z Jane coś wymyślę. — zaproponowała Karen, tonem przywódcy.

 

Katherine przytaknęła i wyszła, używając nadludzkiej szybkości, którą obdarowała ją przemiana w wampira. Już po niedługiej chwili leżała w łóżku swojej sypialni. Jane natomiast chciała sprawdzić, czy Greg nic nie widział i wyjrzała z pokoju. Zobaczyła swojego ojca na korytarzu. Ściągał kurtkę, a jego twarz wolna była od wyrażającej ból miny. Jakby nic nie miało miejsca, a on wrócił ze spaceru.

 

— Jest druga, a wy dalej nie śpicie? — Z niezadowoloną miną czekał na tłumaczenia córki.

 

— Śpimy! — wydukała szybko. — Przebudziłam się, bo słyszałam otwieranie drzwi. — Trzecie kłamstwo od przyjazdu. Nie wybaczę sobie tylu łgarstw, pomyślała.

 

— Nieprawdopodobne — odpowiedział z kpiną w głosie. — Mama już wróciła? — Zaczął wchodzić po schodach do góry.

 

— Eee... Chyba tak. Słyszałam trzask drzwi ee... godzinę temu. — Zdawała sobie sprawę, że musi popracować nad bardziej rzetelnymi kłamstwami.

 

Gregory stanął przed Jane i zlustrował ją uważnie, następnie przeniósł wzrok na jej pokój, gdzie Karen leżała w łóżku, udając, że śpi. Leżała plecami do wyjścia, lecz oczy miała szeroko otwarte. Modliła się w duchu, żeby tylko Gregory już sobie poszedł. W innych okolicznościach przywitałaby go z większą chęcią.

 

— Rano idziecie do szkoły, lepiej zmykaj do spania. — Greg pogonił blondynkę, a ta skinęła głową i weszła do pomieszczenia. Zamknęła drzwi, przekręciła klucz i cicho usiadła na łóżko.

 

— Już poszedł. — Rozbawiła ją postawą Karen. — Wiem, że mój ojciec jest trochę straszny, ale nie aż tak. — Karen odwróciła głowę i wzruszyła ramionami. — Wolałam nie ryzykować, wiesz przecież, ile pytań zadaje.

 

— Wiesz, nie wyobrażam sobie lekcji, kiedy czekają na mnie walki z kimś prawdopodobnie silniejszym i lepszym ode mnie. — Całkowicie zignorowała uprzednią wypowiedź Karen, westchnęła ciężko i opadła na łóżko, wyrzucając ręce za siebie. Spojrzała na swój pokój i zrozumiała, jak bardzo tęskniła za tymi czterema ścianami. Poczuła jak każda część ciała jej pulsuje. To był jej pierwszy taki odpoczynek od wielu długich dni.

 

— I nie pójdziesz na żadne lekcje — odparła z nieukrywanym zadowoleniem. Tym razem obróciła się całym ciałem, by rozmawiać z przyjaciółką twarzą w twarz.

 

— Nigdy nie byłam na wagarach... Nie wiem, czy to dobry pomysł, szczególnie że to pierwszy dzień po przerwie! — powiedziała trochę wstydliwie. Zawsze grzecznie chodziła na wszystkie zajęcia, więc trochę nie spodobał jej się ten pomysł. Lubiła szkołę. Właśnie w tamtej sytuacji mogłaby psychicznie odpocząć, ale Karen miała inne plany. Może nawet lepsze?

 

— Zabiorę cię na obrady Starszyzny — zapowiedziała podekscytowana, ignorując wyznanie przyjaciółki. Wiedziała bowiem, że ta do rana jej ulegnie. Sama nie cieszyła się tak bardzo na spotkanie z panią Gretchel, ale z tego, że ominie ją dzień w nielubianej placówce, owszem.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Aksi1 2 dni temu
    Kiedy następny rozdział?

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania