Silver Fangs-Rozdział 17

Wiatr wył niemiłosiernie, uderzając zamarzniętą dłonią w twarze młodych adeptów i ich mistrza, a lodowate zimno przenikało do szpiku kości. Angie całkowicie nieprzyzwyczajona do takich warunków, mruknęła wściekle.

– Wolf! Daleko jeszcze? Przecież w tej pogodzie nic nie widać, chcesz nas pozabijać?

– Nie rozpaczaj damulko, zgodziłaś się na bycie łowczynią, a to nie jest zajęcie dla mięczaków i panienek z dobrego domu. Zresztą ja widzę wszystko dobrze, gdybyście nie byli żółtodziobami, taka lekka zawierucha nie przeszkadzałaby wam. – Dopiero teraz zauważyła, że mistrz jest wyprostowany i niezasłania twarzy przed klującym, wiejącym w oczy śniegiem.

– Nie rozumiem, to znowu jakaś druidzka magia?

Najstarszy z tej gromadki westchnął ciężko, zebrał trochę śniegu, po czym szepnął jakieś słowa i dmuchnął nim w stronę Schwesterów. Gdy tylko zaklęcie dotarło do nich, poczuli jakby lodowata dłoń, miażdżyła im oczy.

– Czy twój trening polega na znęcaniu się nad nami? Nie słyszałam w twoich ostrzeżeniach o ślepocie. – Wściekła trzymał się mokrą rękawiczką za oczy.

– Ładnie dziękujesz za możliwość normalnej walki. – Ukucnął, sprawdzając pozostawione ślady trolli.

– O czym ty... – Spojrzała na niego i ze zdziwieniem stwierdziła, że pomimo gęstej zasłony padającego śniegu widzi wszystko normalnie, nawet nic nie dotyka jej twarzy.

– Jak ty?

– Można było to inaczej zrobić, ale jeszcze nie potraficie odpowiednio panować nad swoją energią wewnętrzną. Moje zaklęcie, mówiąc we współczesnym języku, zainstalowało ulepszenie w waszych ciałach. Aż dziw, że obyło się bez efektów ubocznych, wampiry mają ciekawy organizm. – Uśmiechnął się do niej i wrócił do tropienia bestii.

– Nie, nie. Chcesz mi powiedzieć, że użyłeś zaklęcia, nie wiedząc, czy się przyjmie?

– Siostro daj spokój. Jesteśmy na misji, gdzie jeden błąd może kosztować życie. – Leon zgromił ją wzrokiem, a następnie dołączył do idącego przodem mistrza. Angie poczerwieniała po twarzy, nadając swoim policzkom nowego różu, niespowodowanym mrozem. Wściekle tupnęła nogą, robiąc wielką dziurę.

Kontynuowali swoją wędrówkę, nie przejmując się szalejącą pogodą. Po upływie kilku minut byli na miejscu, przed nimi znajdowała się ogromna góra z czarniejącą jaskinią w środku.

– To Norwegia ma tak wysokie i pojedyncze góry?

– Matka natura tego nie stworzyła, to dzieło magii i jednocześnie potwierdzenie, że trolli jest więcej. Nie dobrze, nie dobrze. – Wolf badał dłonią skałę, z niepokojem obserwując całość.

– To tylko jaskinia mistrzu. My wampiry idealnie walczymy w ciemnościach, zaskoczymy ich i wyrżniemy w śnie.

– Idealny plan Leonie, jednak skończyłby się porażką. Widać, że przed tobą długa droga Łowcy.

– Co masz na myśli mistrzu?

– Małe trolle potrzebują specyficznych warunków, by przeżyć. Nim ich ciała pokryje geste futro, a ich organizmy nabiorą pewnych cech minie trochę czasu. Dlatego rodzący osobnik otrzymuje pewną umiejętność, nabytą przez ich gatunek w wyniku długoletniej ewolucji, która pozwala na stworzenie jednorazowo wylęgarni. To, co jawi nam się przed oczyma, jest tylko wejściem i korytarzem, prowadzącym do nasłonecznionej polanki, zawierającej potężną magię. Gdy potomstwo dojrzeje, to właśnie tam odpoczywają i nabierają siły. Ich poziom likwidacji wzrasta niemiłosiernie, z lekkiego zagrożenia na wielkie.

– To stąd twoje nerwy na panią Lamię, że pozwoliła im na osiedlenie się... – Ręka Leona zacisnęła się na rękojeści srebrnego miecza.

– Ta polanka jest jak ładowarka, gdy są do niej „podłączeni”, ich możliwości wzrastają.

– Rozkazy mistrzu?

Wolf roześmiał się.

– Chłopcze! Dzięki tobie czuję się o wiele młodziej, a stare, dobre czasy wracają. Twoja siostra powinna brać z ciebie przykład.

Angie parsknęła śmiechem, z irytacją wpatrując się w swoich towarzyszy.

– Dobra słuchajcie! Z racji, że nie posiadacie doświadczenia, skupimy się na innym rozwiązaniu problemu. Przede wszystkim trzeba je otumanić, do tego mam specjalne zioła. – Z torby noszonej przy pasie wyciągnął jakieś śmierdzącą roślinę, przypominającą długie, zielone liście palmy.

– Co to ma być? Śmierdzi gorzej niż wampir po tysiącletnim śnie. – rzekła Angie, trzymając się za nos.

– To? "Stopa krasnoluda". Nie żartuje, tak się nazywa, nie mam pojęcia dlaczego, ale tak jest. Zaraz ją spożycie.

Rodzeństwo odsunęło się jak najdalej od mistrza.

– Żartujesz Wolfie. Nigdy nie wezmę tego do ust.

– Jeśli chcesz uodpornić się na jej działanie, będzie to wskazane. Pomimo smrodu zawiera cząstki wielu trucizn, dlatego znakomicie się nadaję do przyszłej ochrony. W mojej karierze łowcy wielokrotnie jadłem różne paskudztwa, tylko po to, by w przyszłych starciach zwyciężać. Na świecie jest niezliczona ilość różnych potworów, niektóre z nich posiadają silne zabójcze, bądź paraliżujące toksyny. Lepiej przemęczyć się teraz, niż umrzeć później.

Leon podszedł i oderwał cząstkę rośliny, niemal natychmiast odsunął ją od nosa. Przełknął ślinę i z rozpędu wcisnął ohydztwo do ust. Jego twarz zaczęła mienić się różnymi kolorami, raz krzyczał, raz się śmiał, by po chwili zapłakać, Na samym końcu jego skóra wróciła do pierwotnej postaci, a „ofiara” usiadła na ziemi i z otumanionym wzrokiem, spytał.

– Co się właściwie stało? Pamiętam tylko okropny odór, po czym straciłem pamięć.

– Nic się nie stało bracie. – Poklepała go po plecach, by następnie uderzyć go z ogromną siłą w głowę. Podczas gdy jej brat leżał nieprzytomny, odebrała z rąk mistrza swoją część ziela.

– Jeśli tylko wspomnisz o tym, co się będzie ze mną działo...

– Nie przejmuj się wampirzyco, z moich ust nikt się nie dowie.

– Miejmy nadzieje. – Westchnęła ciężko i zjadła najgorszą rzecz, z jaką dotąd przyszło ją obcować.

Po dziesięciu minutach było po wszystkich, tylko Leon nie wiedział, dlaczego stracił po raz drugi przytomność. Schwesterowie popatrzyli na mistrza, oczekując dalszej części polowania.

– Co teraz wilczku?

– Teraz młoda panno wejdźcie odrobinę w głąb jaskini, a następnie rozpalcie ognisko. Ciśnijcie resztę tego zielska, za minutę zaczynamy.

Rodzeństwo wykonało polecenia, a rdzawoczerwony dym zapełnił grotę.

– Nic nam nie będzie Wolfie? – Niepewnie spojrzała w kierunku wejścia.

– Pomyśl, czy, gdyby było inaczej, dałbym wam do zjedzenia to zielsko?

– No...

– Więc ruszać się, mamy trolle do zabicia.

Cała trójka wtopiła się w gęsty dym, przez krótki czas prócz skalistego korytarza nie było czego oglądać, w końcu ujrzeli magiczną polankę. Zwykli ludzie z radością wkroczyliby do tego baśniowego miejsca, środkiem płynął mały strumyk, wszędzie zieleniły się rośliny, a kolorowe kwiaty wzbogacały otoczenie, całość oświetlona była słonecznym, kojącym blaskiem. Utopia jak malowana, wabiąca swoją słodkością nieostrożnych.

Nasza trójka nie miała czasu na podziwianie, tuż obok ich głów z ogromną szybkością machnęła długa, biała łapa. Po chwili ich oczom ukazał się wielki na ponad dwa metry osobnik, z długimi kończynami górnymi i dolnymi, zaopatrzony w krótkie, ostre, niczym brzytwa pazury, porośnięty białą, gęstą sierścią. Na krótkim karku osadzona była głowa, na której znajdowały się dwa, krótkie rogi, twarz stwora wykrzywiona byłą z wściekłości, a zakrwawione, czerwone ślepia wpatrywały się w intruzów.

– Mistrzu, czy trolle zawsze były takie szybkie?

– Szybkie? Nie rozśmieszaj mnie młody. To, co widzisz, jest rezultatem otumanienia, gdyby nie to, nie zauważyłbyś jego machnięcia. Może są ociężałe i powolne, jednak lubują się w zasadzkach, a ich szpony rozerwały niejednego lekkomyślnego śmiałka. – Wolf uniknął kolejnego uderzenia, odbił się od skały, po czym wbił swoją włócznię w serce bestii, drugą stronę broni rozciągnął tak, by wbiła się w ziemie i unieruchomiła wroga. Stwór mimo przebitego najważniejszego narządu nadal wierzgał i machał kończynami, próbując się uwolnić.

– To nadal żyję? Każde stworzenie z taką raną powinno być wyraźnie osłabione albo nawet nie żyć. To coś ma dwa serca? – Dziewczyna musiała skupiać się na unikach przed dwoma kolejnymi osobnikami, parując niektóre uderzenia krótkimi mieczami.

– Wbiłem się co najwyżej do połowy... Eh tak to jest, jak się nie było w pracy przez kilka stuleci, wychodzi się z wprawy. – Wolf nie tracił czasu, wyjął z niewidocznej dotąd srebrnej, pełnej run pochwy krótki miecz z tego samego materiału. Przeniknął obok rąk trolla i jednym, mocnym zamachnięciem się pozbawił głowy potwora. Zdążył uskoczyć, nim niebieska posoka zabarwiła wszystko w promieniu metra. Wilkołak rozciągnął się, masując obolałe mięśnie.

– Zdaje się, że będę musiał wrócić do regularnych ćwiczeń. Żeby taki cios kosztował mnie tyle energii. Gdyby tylko mistrz mnie widział... Oj dostałbym spore kazanie. Dobra Schwesterowie, mamy ogromne szczęście. Tego, kogo zabiłem, był „matką”, nie pytajcie, skąd wiem, to zbyt obrzydliwe do opowiadania. Co nam to daje? Więc skoro żył to znaczy, że mógł maksymalnie urodzić dwoje dzieciaczków, przy większej ilości jego futro z ciemniałoby.

– Mistrzu cenie twoją znajomość potworów, jednakże przydałaby się nam jakaś pomoc. – Leon przy kolejnym bloku złamał swój miecz, teraz musiał jeszcze bardziej uważać i skupić się na odskokach, wampirza regeneracja nie pomoże zbyt szybko przy takich obrażeniach. Wolf uśmiechnął się do siebie, przypominając sobie, że to samo powiedział własnemu mistrzowi na pierwszej misji. Złożył swoją włócznię i wyrwał z ogromnego cielska, poczekał kilka sekund, po czym podrzucił swoją broń w górę, szybką klasnął dłonie i wypowiedział zaklęcie.

– Tam, gdzie światło, jest i mrok. Niech ciemność pożre to, co wydała na świat.

Długi oręż rozciągnął się, przyszpilając dwa naprzeciwległe stwory do ściany, momentalnie dało się słyszeć przeraźliwe wrzaski ofiar, gdy włócznia zaczęła pożerać ich energię życiową. Ostatnim celem zajęło się rodzeństwo, Leon przyciągnął uwagę trolla, a Angie pozbawiła go z trudnością głowy. Ciężko dysząc, dołączyli do mistrza, który czyścił swoją broń, gdy ta wróciła do pierwotnego stanu.

– Odpocznijcie chwile, muszę pozbierać pewne cenne substancje z martwych ciał.

– Mistrzu, co było za zaklęcie? Myślałem, że nie używasz mrocznej magii.

– I tak jest chłopcze, jednak czasem trzeba nagiąć swoje zasady dla lepszego dobra. Gdybyśmy skupili się tylko na dwóch, ostatni mógłby uciec... Nie ważne. Połóżcie się przy tamtym strumieniu, tamte bestie nie cierpią wody, ale uwielbiają jej dźwięk. Idiotyczne. Będzie wam tam przytulnie, ja wracam do zbieractwa surowców. – Nie czekając na odpowiedź, zbliżył się do martwych trolli.

Następne częściSilver Fangs-Rozdział 18  

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania