Smurf Nihiluś w Eldorado Patelniarzy, rozdział 1: Ostatnia monstrancja

Upiekliśmy najdłuższą bagietę świata, po czym pocięliśmy ją na hostię i ostemplowaliśmy każdy opłatek gorącą pieczątką korporacji IHS. Rozsypaliśmy je później sznurem, którego początek miał swoje miejsce tam, gdzie każdego dnia zwykł spacerować interesant wraz ze świtą swoich ochroniarzy. Zaczęło się planowo - interesant zbierał opłatek po opłatku, nerwowo rozglądając się za kościołem i próbując sobie jednocześnie przypomnieć, gdzie taki może jeszcze znaleźć. Była postapokalipsa, a ostatnim kościołem na Powierzchni była katedra, którą zaanektowaliśmy na nasze biuro, wieszając na fasadzie wielki baner z napisem BIURO EWIDENCJI KŁAMSTW. Kiedy dłonie jego i jego ochroniarzy wypełniły się hostią, nakazał ochroniarzom zjadać opłatki, ale nie po to posłałem Pietrka po piece do piekła, żeby chłopcy mieli jedynie najeść się do syta. Umierali więc z przejedzenia z mieszanką wymiocin i pieśni "Gaude Mater Polonia" na ustach.

-Ku czci korporacji, konfratrzy! - zawył ze łzą w oku i rozmemłaną hostią o konsystencji rzygu w gardle interesant, żegnając ostatniego wokalistę wieczoru. - Ciało Chrystusa! Aribeberci!

 

W końcu zobaczyłem go u wrót katedry, bo tam właśnie umieściliśmy ostatni opłatek.

 

-Czołem, bodyguardzie suchara. - burknąłem. - Domyślasz się zapewne, gdzie znajduje się ostatnia monstrancja na Powierzchni? - zapytałem, wrażając złotą łyżeczkę w gałkę lodów bananowych z advocatem nasadzoną na melchizedeka*.

-Nie przedłużajmy tej żenującej sceny. - odparł interesant, po czym przełożył opłatki z dłoni na czubek głowy i wyjął zza pazuchy nóż i psa Fąfiszona. Wraził nóż w serce psa ruchem na tyle szybkim, żebym nie zdążył zareagować i na tyle wolnym, żeby zasłużyć sobie na dziewiąty krąg piekła.

-To było głupie. To było niezmiernie głupie. - stwierdziłem, zlizując resztę advocata z monstrancji.

 

Zaczęło się jak zwykle, z tą drobną różnicą, że nie walczyłem nigdy przeciwko komuś, kto z cyrkową gracją za wszelką cenę stara się jednocześnie mnie zabić i utrzymać takie ilości sucharów (opłatków) na głowie, ramionach, przedramionach, kolanach i karku. Walka była zabawna, ale wynik nietrudny do przewidzenia. Pod koniec ładowałem mu na łeb monstrancją z taką siłą, że z hostii została tylko krucho-krwawa miazga. Próbował jeszcze w ostatnich podrygach łapać te okruchy na stopę, aby rzecz jasna ustrzec pokarm przed tak zwaną profanacją i pewnie całkiem był lub byłby z niego wytrawny zośkarz, gdyby nie fakt, że mu się zdechło.

 

Fąfiszon leżał tuż obok, patrząc na mnie z wyciągniętym językiem w poczuciu szczęścia i wypełnionej misji. Odpowiedziałem uśmiechem utrzymanym do momentu, w którym Fąf wyzionął ducha.

 

Za pychę, za to, że znowu z frajerskim sznytem dał się złapać jakimś lamusom, pies odrodził się jak zwykle w pierwszym kręgu piekła, po czym puścił się pędem w dół schodów. Interesant po krótkim rekonesansie kręgu dziewiątego znalazł schody i ruszył pędem do góry, bo kiedy tylko znalazł się na schodach zobaczył Monstrum gnające również w górę, z któregoś niższego kręgu i zwyczajnie się przeraził - tego akurat nie uwzględniały nasze w plany.

 

__________________________________________________________________________________

*melchizedek - element monstrancji, w którym standardowo umieszczana jest hostia

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania