Sny o Ninie - Rozdział 6

Artur uszykował się w piętnaście minut. Umył zęby, spryskał się wybranymi spośród pięciu flakonów perfumami i zmienił czarną, gładką koszulkę na białą z wyobrażonym szkieletem pozbawionym kończyn. Nadruk ten skutecznie odstraszał kobiety. Chłopak był świadomy, że po alkoholu do głosu dochodziła jego uwodzicielska i czarująca strona, a w klubie nigdy nie brakowało chętnych panien. Młodzieniec zabezpieczał się więc przed wyjściem, żeby w chwili upojnej słabości Jej nie zdradzić. Artur brzydził się zdradą. Stawiał ją na równi z morderstwem. W końcu osoba zdradzająca mordowała zaufanie, zarzynała opasłą świnię tuczoną zaangażowaniem i uczuciem, rozlewała wiadra krwi agonizujących wspomnień i otwierała rany rozpaczy. Artur traktował zdradę jak morderstwo, bo nie zostawało po niej nic, oprócz nekrologu szczęścia.

Wcześniejsze wyjście z domu i inwestycja w taksówkę skutecznie zapobiegły długiemu czekaniu w kolejce do klubu. Artur już z daleka wypatrzył Krzyśka, który palił papierosa przez wejściem, rozmawiając z grupką znajomych. Gdyby ktoś nie znał tych ludzi, mógłby odnieść bardzo realistyczne złudzenie, że naprawdę są zainteresowani sobą nawzajem. Szyte na miarę, przyklejone uśmiechy, wyćwiczone przed lustrem i dopracowane z aktorską starannością gesty, a wszystko to elegancko upakowane w sztywne kołnierzyki skrępowanej swobody, ustawione na chwiejnych obcasach samozwątpienia i dokładnie ukryte w głębokich dekoltach oraz opinających rękawach. Artur umiał grać w tę grę pozorów, ale szczerze jej nie cierpiał. Nie mógł doczekać się szumu alkoholu w głowie, słodkiego przytępienia myśli, dzięki któremu nie musiał grać, ale dopasowywał się do płynnego otoczenia.

- Elo, Mordo! – Zawołał Krzysiek, dostrzegając szczerzącą się maskę na twarzy kolegi. – Gotowy na najebkę?

- No witam! – Odkrzyknął student, wyciągając papierosa. – Zawsze jestem gotowy.

Jak to zwykle bywało w przypadku Krzyśka, po kurtuazyjnym wstępie zapadała niezręczna cisza, przerywana kąśliwymi uwagami odnośnie zachowania innych, skrzeczącym śmiechem lub obowiązkowym stwierdzeniem, że musi w końcu przestać palić. Młodzieńcy weszli do klubu i zostawili kurtki w szatni, płatnej dwa złote. Pijani studenci, którzy wychodzili w nocy zapalić przepuszczali w tym miejscu istne fortuny. Bez zbędnych ogródek koledzy podeszli do baru i zamówili dwie wódki, które po sekundzie zastanowienia zamieniły się w cztery. Barman na każdym kieliszku kładł połyskującymi szczypcami cząstkę pomarańczy o aromatycznej skórce.

- No to zdrówko! – Oświadczył Artur, unosząc zimne naczynie.

- Nie stukasz, nie ruchasz! – Dodał Krzysiek i stuknął kieliszkiem o blat. Towarzysz powtórzył rytuał godowy i oboje wypili. Artur poczuł zimno w przełyku, które po chwili zapłonęło czterdziestoprocentowym płomieniem. Słodycz pomarańczy pomogła mu się nie skrzywić, a wymieszana z alkoholowym jadem, rozlała się po ciele młodzieńca falą, którą nieliczni zgromadzeni w klubie mogli niemal zobaczyć i poczuć. Chłopak uśmiechnął się na myśl o nadchodzącym zawężeniu świadomości. Dryfował teraz w kierunku intelektualnej mielizny. Zbyt wolno. Potrzebował czystego, żytniego wichru w żaglach, które właśnie po kolei stawiał na maszty.

- Jak woda! – Ucieszył się Krzysiek. – To jest mój dzień.

- Dawaj na drugą nóżkę, bo jeszcze mi się ręce trzęsą. – Zakomenderował Artur, chwytając drugi kieliszek i podnosząc go w górę jak osobistą biblię, swój własny kodeks moralny i przewodnik do szczęścia. Po drugiej kolejce studenci zarządzili przerwę na papierosa, póki na dworze nie było na tyle zimno, aby nie dało się wytrzymać bez kurtek. Pogrążeni w kłębach dymu i rozpływających się myślach młodzieńcy zaczęli witać schodzących się małymi grupkami znajomych. Na czele pierwszej z nich szła średniego wzrostu szatynka o ślicznej, przemiłej twarzy i wydatnych, pełnych ustach. Przy każdym kroku kołysała biodrami, co nie umykało uwadze obecnym wokół samcom.

- Cześć chłopcy! – Zawołała Basia.

- Siema, siema. – Odpowiedzieli Artur i Krzysiek, wymieniając z dziewczyną buziaki i uściski.

- Co tam? Piliście już coś? – Zapytała, po czym skrzywiła się wyraźnie. – Ja nie wiem jak wy możecie palić.

- Na coś trzeba umrzeć. – Odparł Krzysiek zaciągając się jeszcze głębiej, na co Basia przewróciła oczami z zażenowaniem.

- Dopiero zaczęliśmy picie. Szybko nadrobisz. – Artur puścił koleżance oczko. Basia należała do najbardziej radosnych osób, jakie znał. Zawsze uśmiechnięta, spontanicznie wybuchająca śmiechem zaraźliwym jak ospa wietrzna, kobieta roztaczała dookoła siebie prawie namacalną aurę dobrego nastroju. Nikt nie mógł oprzeć się temu wpływowi. Nikt, z wyjątkiem Artura.

- Kwitnąco wyglądasz… – Powiedział Krzysiek z szelmowskim uśmiechem.

- Dziękuję! – Rozpromieniła się Basia. – Mam nową…

- …srałaś? – Dokończył student, szczerząc się głupkowato. Artur przywykł do tych żartów i spokojnie palił dalej. Kiedy dwójka znajomych wchodziła w typowe dla siebie sprzeczki, młodzieniec wypatrzył kilka osób, które znał dość blisko. Uniósł ramię i pomachał znajomym, którzy zaczęli iść w jego stronę.

- Witam, mistrzu! – Zawołał Paweł – bliski przyjaciel Artura od pierwszego roku studiów.

- Siemanko! – Rzucił rozpromieniony Kacper, kolega z grupy dziekańskiej.

- Hej. – Powiedziała Karolina, przechodząc obok i kierując się w stronę drzwi.

- Cześć, cześć. – Odpowiedział Artur, witając się. – Co z nią? – Zapytał nowoprzybyłych.

- Nie wiem, może ma okres. – Wzruszył ramionami Paweł.

- Podobno coś z chłopakiem. – Uśmiechnął się Kacper. – Inaczej już by leciała do niego.

- Masz na myśli jej sponsora? – Dołączył się Krzysiek.

- Czy możemy skupić się na tym, po co przyszliśmy? – Przerwał znajomym Artur. Karolina była znana z tego, że związała się z bogatym mężczyzną na jakiejś egzotycznej wyspie, której nazwy nawet nie starał się zapamiętać. Uczelnia aż wrzała, kiedy wyszło na jaw, że czekoladowoskóry partner ufundował jej powiększanie piersi. Artur uczestniczył w plotkowaniu na temat koleżanki, jednak nie miał do niej prywatnej urazy, zapewne podobnie jak cała reszta szepczących za jej plecami. Chłopak był pewien, że Karolinę dało się lubić, jednak wymagało to pewnego wysiłku, na który nie miał zamiaru się zdobywać.

- Cenna inicjatywa. – Zgodził się Kacper. – Do boju! – Niedopałki pofrunęły na beton chodnika i zostały zdeptane lepkimi podeszwami butów. Znajomi weszli do klubu i, jak przyciągani magnesem, w rytm dudniącej muzyki przeszli do baru.

Z nowymi siłami witalnymi i finansowymi, towarzystwo rozpoczęło zabawę. Wódka lała się bezustannie, barman żonglował kieliszkami wypełniając jedne, zabierając i płucząc drugie. Przezroczysty płyn i pomarańcze znikały w zastraszającym tempie, padając ofiarami młodzieńczego głodu. Basia, Kacper i Krzysiek udali się na parkiet, podczas gdy Paweł i Artur stali przy ladzie obserwując falujący, jak jakiś prymitywny morski organizm, tłum.

- Jak się trzymasz? – Zapytał Paweł.

- Raz lepiej, raz gorzej, wiesz jak jest. – Odparł Artur. Paweł był jedną z nielicznych osób, które wiedziały o prawdziwym pochodzeniu blizny na nadgarstku młodzieńca. Znał też cała historię pomiędzy nim i Nią. Paweł był niesamowitą osobą. Grał w koszykarskiej drużynie AZS-u, grał na perkusji w dynamicznie rozwijającym się zespole heavymetalowym, ćwiczył na siłowni, na którą zresztą wprowadził Artura i nauczył go wszystkiego, co sam potrafił. Dodatkowo był oddanym, wiernym przyjacielem, gotowym wysłuchać Artura w środku nocy i udzielić jakiejś rady lub chociaż słowa pociechy, które pomagały przetrwać do rana. – Ostatnio jest właściwie… Nijak.

- No rozumiem. Nie masz już żadnych głupich myśli? – Zapytał blondyn, z trudem przekrzykując muzykę, co brzmiało dość zabawnie, bo jednocześnie starał się mówić półgłosem.

- Nie, nie mam. Trzeba jakoś żyć. Nie mogę uzależniać swojego życia od czyjegoś innego… Nie w takim stopniu.

- Nie możesz. Poza tym, jesteś jednym z najbardziej niesamowitych ludzi, jakich znam. Pamiętasz jak na pierwszym roku siedzieliśmy obok siebie na tym chujowym spotkaniu organizacyjnym?

- Pamiętam. – Uśmiechnął się Artur.

- Usiadłeś i powiedziałeś do mnie: „No i co żeś się tak rozjebał jak Popiełuszko w bagażniku?” Wtedy już wiedziałem, że się dogadamy! – Paweł roześmiał się gromko. Artur nie śmiał się tak mocno. Przypomniał sobie jak tańczył z Nią w tym pomieszczeniu na urodzinach jakiegoś kolegi, należącym chyba do samorządu studenckiego41. Pamiętał jak wirowali, trzymając się w ramionach i całując delikatnie, wzbudzając dookoła zażenowane grymasy zazdrości. Byli wtedy, bezsprzecznie, najszczęśliwszymi osobami, jakie kiedykolwiek bawiły się w tym klubie.

- Dobrze, że jesteś. – Powiedział do Pawła Artur. – Chodź, stawiam następną.

Brzęczące kieliszki i słodkie pomarańcze. Śmiech, słodkie otępienie. Kacper, czytający SMS-a i krzyczący po chwili z radości.

- Chłopaki! Marta dostała okres! – Krzyczy, a czyste szczęście wylewa się zza jego zamglonych oczu.

- Możesz przepić te trzy kafle z funduszu aborcyjnego! – Drze się Artur.

- Kim jest, kurwa, Marta?! – Wrzeszczy Krzysiek. – Znowu zdradzasz Jagodę! – Unoszą się pięści, ale szybko opadają w kierunku wypełnionych pojednaniem naczyń. Basia wyciąga wszystkich do tańca. Nikt nie protestuje. Artur brnie przez szalejący tłum. Pot, ślina, śmiech, śpiew. Pijane kobiety, wyginające i wdzięczące się do wygłodniałych mężczyzn, gotowych rozszarpać zębami dzielącą ich od zdobyczy cienką, koronkową klatkę. Światła błyskają wszystkimi kolorami. Pomieszczenie pachnie seksem, żądzą i bezwstydnym apetytem, opanowując zmysły w nim obecnych i zmuszając do ociekającego perwersją tarła. Świat wiruje, rozmywa się, głosy zlewają ze sobą ukrywając bardzo głęboko cichy płacz kwaśnego zepsucia, sączącego się przez cały wieczór w każdą pijaną duszę. Artura to nie obchodzi. Tańczy z jakąś dziewczyną. Po chwili z inną. Widzi Basię, Karolinę. Jakąś znajomą twarz. Widzi Krzyśka. Nie, Kacpra. A może Krzyśka… Zimno… Artur stoi przed klubem, w jakiś niewyjaśniony sposób ubrany w swoją własną kurtkę. Chłopak nie może stać. Chwieje się. Pochyla się do przodu i idzie. Pamięta drogę. Potyka się o własne nogi, ale nie upada. Oddycha ciężko. Zapala papierosa. Gdzieś w połowie drogi, chyba na Rondzie Solidarności, zaczyna płakać. Bełkocze, a zniekształcone słowa ulatują w głuchą noc kłębami dymu. Następny obraz jest już przed furtką. Udaje mu się wpisać kod. Chwała organizmowi za pamięć mięśniową. Dobrze, że w windzie są poręcze. Artur walczy z kluczami do drzwi. Toczy zażartą walkę z zamkiem. Stawka jest wysoka. W końcu wchodzi. Walka powtarza się po drugiej stronie drzwi. Znowu się udało. Jest bezpieczny. Jest u siebie. Jest sam. Nie jest sam. Do jego odrętwiałego ciała, o cudownie znieczulonym umyśle, podchodzi miękki, ciepły kształt. Ból kładzie się u boku Artura i oboje zasypiają, równie zadowoleni z wzajemnej obecności.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania