Snycerz

Prawie pięć lat zajęło mi dotarcie na ulicę Strażacką w Karpaczu od usłyszenia po raz pierwszy od podekscytowanego syna o niezwykłym zjawisku na tej ulicy. Przez ten czas w moim życiu wiele się zmieniło i z pewnością tego okresu dla mnie nie można zaliczyć do najlepszych. Teraz stoję samotnie o bardzo wczesnej godzinie przed dużym znakiem z „instrukcją obsługi anomalii”, patrzę uważnie w lewo i prawo. Kiedy się upewniłem, że swoim postępowaniem nie zakłócę ruchu na pustej o tej porze ulicy, wsiadam do samochodu, przekręcam kluczyk i w ten sposób odblokowuje kierownicę. Następnie zwalniam hamulec ręczny. Moje ważące prawie tonę auto powoli wtacza się samo pod górkę. Część osób uważa, że zjawisko jest przykładem złudzenia optycznego, tak zwanej magicznej górki, ponieważ w rzeczywistości szosa obniża się około jednego metra po zboczu doliny i prowadzi w górę rzeki. Inni uznają to za rzeczywistą anomalię i wierzą, iż spowodowane jest to mniejszym przyciąganiem ziemskim o cztery procent. Tablica umieszczona przy chodniku informuje turystów, że „grawitacja jest powszechna, lecz występują miejsca na Ziemi, w których jej prawa nie działają tak jak wszędzie”. Następnie wspomina się o miejscach występowania anomalii grawitacyjnych w Gold Hill w Kanadzie, na Jeziorze Albańskim, na Via dei Laghi, Languedoc we Francji, czy wyspie Czedżu w Korei Południowej. Tam możemy zaobserwować, podobnie jak w Karpaczu, samodzielne przemieszczanie się przedmiotów kolistych i cieczy pod górę szosy. Jakoś nikt z przeciwników, czy zwolenników nie wspomina o oporze toczenia przedmiotu i że na powierzchni rozlanej cieczy zawsze występuje menisk wypukły.

Magiczną Arabellę o pięknych długich rudych włosach z buzią pełną piegów poznałem podczas pierwszego pieszego patrolu po zakończeniu szkoły w Szczytnie. Zaledwie trzy dni wcześniej dostałem skierowanie do komendy na drugim krańcu kraju. Wtedy byłem młokosem, który miał w głowie tylko wyimaginowaną potrzebę zwalczania złoczyńców i w ten sposób ratowania świata. Przypadkiem już pierwszego dnia pracy policjanta mogłem wykazać się umiejętnością ratowania dam z opresji i ten mój wysiłek zaprocentował poznaniem wspaniałej dziewczyny. Później nasza znajomość przeistoczyła się w trwały, szczęśliwy związek. W swoich młodzieńczych planach nie przewidziałem tylko, ile taka praca mundurowa może pochłaniać godzin z mojego życia. Dopóki byłem nieopierzonym funkcjonariuszem wracałem do domu punktualnie, lecz nowy komendant przeprowadził reorganizację i awansowałem. Stara gwardia została zdegradowana ze swoich stanowisk i młodsi zajęli ich miejsca. Dość szybko dzięki mojemu zaangażowaniu stałem się pełnoprawnym członkiem zespołu dochodzeniowego i w domu stałem się gościem. Jednak pół roku wcześniej urodził nam się syn, który wymagał poświęcania mu znacznie więcej czasu niż byłem w stanie mu zapewnić. Żona nawet początkowo nie protestowała przeciw mojemu notorycznemu nie dotrzymywaniu obietnic, że zaopiekuję się Tymoteuszem. Chociaż to ja chciałem mieć dziecko i nie słuchałem jej argumentów.

– Bogdan ty nie masz czasu dla mnie, a co dopiero dla dziecka. Sama nie dam rady zajmować się noworodkiem i domem. Dlatego już teraz musisz mi złożyć przyrzeczenie, że po maksymalnie pięciu dniach pracy dwa poświęcisz dla domu.

Wtedy łatwo mi było obiecać, ponieważ byłem pewny dotrzymania słowa. Jednak stało się inaczej i to z mojej winy, ponieważ nie potrafiłem wymóc na zwierzchniku mojego czasu wolnego, który miał być tylko dla rodziny. Tymek dorastał pod opieką matki w domu w jakim ojciec bywał tylko gościem. Nieustanne prośby Arabellii, a później próby wymuszenia na mnie, żebym w końcu stał się prawdziwym rodzicem dla własnego dziecka nie przyniosły w konsekwencji żadnych pozytywnych efektów. Dlatego nie byłem zaskoczony, jak po kilkudniowej nieobecności spowodowanej prowadzeniem w terenie śledztwa, powróciłem do pustego mieszkania. Rzeczy żony i syna zniknęły, pozostały tylko moje szmaty i krótki list. „ Miarka się przebrała, mam dość. Obydwoje nie będziemy więcej zabierać tobie twojego cennego czasu, więc wyprowadzamy się do mężczyzny, który od dzisiaj stanie się prawdziwym ojcem dla twojego syna”.

Teraz ta pożółkła kartka wyblakła, lecz dalej jest czytelna. Nawet wczoraj na nią spoglądałem gdy dzwoniłem do syna.

- Tymek masz ostatni tydzień wakacji, jesteś w domu, więc mam propozycję wycieczki do Karpacza. Tam możemy razem zobaczyć i sprawdzić anomalię magnetyczną?

- Nie dziękuję, byłem już tam dwa razy, latem i zimą z tatą Jakubem.

Serce ścisnął mi ból zazdrości za nazywanie tatą obcego faceta, gdy do mnie w taki sposób się nie zwraca. Jednak nie rezygnowałem i próbowałem ponownie.

- Możemy na weekend we dwóch pojechać gdzie tylko pragniesz?

- Muszę odmówić, właśnie kończymy się pakować i jedziemy do parku rozrywki – odpowiedział zdecydowanym głosem.

Na zakończenie rozmowy pozostało mi jedynie życzyć mu wspaniałej zabawy i wyrazić gotowość spędzenia z nim dowolnego jego wolnego weekendu. Jednak wcześniejszej rezerwacji w pensjonacie nie dało się odwołać i zmuszony byłem zjawić się w Karpaczu inaczej straciłbym spory zadatek. Patrzenie samemu na pustą drogę nie stanowi takiej frajdy jak z dzieckiem. Przynajmniej dobrze się stało, że na wolne miejsce zabrałem pana Klemensa.

Pan Klemens pomimo swojej choroby dalej jest nietuzinkową osobowością. Zanim dostał wylewu i paraliżu był bajkopisarzem. Niestety nie poznałem go w czasie kiedy był w pełni zdrowy, tryskał energią i pisał piękne bajki nie tylko dla dzieci, które zawsze były z morałem. Prawdopodobnie zadręczał się, że jego twórczość nie jest tak chętnie czytana i ekranizowana jak te pełne przemocy, posiadające po piętnaście żyć głównego bohatera. Pierwszy raz spotkaliśmy się na ulicy po tym jak nowy komendant robił czystki pośród starego personelu komendy. Nagle, przynajmniej dla mnie okazało się, że nie jestem taki niezastąpiony, a moje doświadczenie, umiejętności są nikomu niepotrzebne. Jedynie co mogłem jego zdaniem to spier….., lub szlifować krawężniki.

Ratując życie na chodniku panu Klemensowi automatycznie stałem się za niego odpowiedzialny. Oczywiście nie było to całkiem bezinteresowne z mojej strony, przynajmniej miałem zajęcie, jak w końcu zostałem zmuszony po jedenastu latach do odejścia z policji.

Przed siódmą byłem z powrotem w pensjonacie i mogłem zając się panem Klemensem. Zawsze kiedy jestem przy nim mam nadzieję, że usłyszę jego głos wymawiający moje imię. Jednak do czasu ponownego mówienia za całą komunikację muszą wystarczyć jego oczy i wydawane odgłosy. Na karmienie, ubieranie czy toaletę obecnie po nabyciu wprawy poświęcam znacznie mniej czasu niż na początku mojej funkcji opiekuna. Dzięki mojemu nabytemu profesjonalizmowi przed jedenastą mogliśmy opuścić pensjonat. Pana Klemensa posadziłem na wózek, okryłem lekkim pledem i pchając jego środek lokomocji wyskoczyliśmy na Karpacz. Miejscowość ze względu na swoje położenie nie jest przyjazna dla niepełnosprawnych, ponieważ posiada strome podjazdy i takie same spadki. Tylko ja trzydziesto trzy latek mający jeszcze sporo siły fizycznej, w mojej ocenie, dość dobrze radziłem sobie z wszelkimi barierami terenowymi i architektonicznymi. Dość długo pchałem wózek po kostce granitowej pod sporą górkę, dobrnąłem na wierzchołek ostatkiem sił, mocno spocony. Dobrze, że przed sobą dostrzegłem wolną ławkę. Zabezpieczyłem kółka wózka hamulcem przed stoczeniem i kłapnąłem na drewno własnym de. Dłuższą chwilę głęboko oddychałem i zastanawiałem się czy przypadkiem się nie starzeję, skoro tak się zmęczyłem. Pan Klemens w przeciwieństwie do mnie był zziębnięty. przez wibrację na drodze kocyk się zsunął, a on nie wydał najmniejszego odgłosu, nie chcąc mi przeszkodzić w pchaniu wózka. Kiedy poprawiałem pled kątem oka dostrzegłem sprzedawcę, patrzącego intensywnie na mnie, z nad jakiś drewnianych klamotów. Gościu nagle się ożywił, zerwał się jak nastolatek z turystycznego krzesełka, złapał wielką kłodę drewna jakby nic nie warzyła i umieścił ją w nieznanym mi konstrukcyjnie stojaku. Przekręcił w kilku miejscach korby i w wyraźnym ożywieniu złapał za metalowe płaskie narzędzie z dwoma rączkami. Musiał być cholernie silny, ponieważ wióry były długie i grube. Może drewno było miękkie lipowe albo takie, które dawało się łatwo obrabiać ręcznie. Po pewnym czasie jego ruchy zaczęły być delikatne. Muskał kloc i gładził dłonią niczym skórę ukochanej. Zamienił trzymany przedmiot na młotek oraz dłuto i dalej walił zapamiętale. Nagle w bryle pojawił się prawdopodobnie fragment krzyża, by po chwili przybrać jego pełny kształt. Już nie ulegało wątpliwości, symbol religijny chrześcijaństwa był niesiony na plecach przez pochyloną do samego dołu postać. Ciężar krzyża przytłaczał drewnianego ludka, żłobiąc w jego plecach głęboką bruzdę. Gdyby tak było naprawdę z pewnością kręgosłup nieszczęśnika zostałby złamany przynajmniej w kilku miejscach.

Dłuższy czas siedziałem na ławce i odpoczywałem. Kiedy odzyskałem siły, wstałem z ławki. Zanim złapałem za rączki wózka, artysta ludowy podszedł do mnie ze swoim dziełem i powiedział.

- To jest mój prezent dla pana.

Niestety nie wypadało powiedzieć – żeby paskudnego drąga wsadził w piec i ogrzał sobie chałupę, a nie uszczęśliwiał na siłę ludzi – więc odpowiedziałem biorąc w dłoń szkaradę.

- Dziękuję bardzo za hojny dar.

Położyłem kloca na kolanach pana Klemensa i popchnąłem dalej wózek, na którym siedział. Oddaliłem się spory kawał od sprzedawcy drewnianego szmelcu i zacząłem się zastanawiać się gdzie są jakieś gęste chaszcze, nadające się na wrzucenie w nie podłubanego drewna. Zanim to nastąpiło, usłyszałem głos.

- Bogdan, to jesteś ty.

Zaskoczył mnie bardziej sam rozmówca, niż jego jeszcze wcześniej niewładne dłonie trzymające niedawno otrzymaną w prezencie rzeźbę.

- Panie Klemensie czy wszystko z panem jest w porządku?

- Przyjacielu spotkaliśmy przed chwilą nie rzemieślnika tylko prawdziwego sztukmistrza rzeźbienia w drewnie – i dodał głosem pełnym radości - a ja myślałem, że natchnionych snycerzy już nie ma.

Chciałem i musiałem racjonalnie wyjaśnić, to co nas spotkało. Zawróciłem wózek i pognałem ile sił z powrotem do miejsca, w którym siedział kramarz. Niestety pomimo niewielkiego upływu czasu, już go nie było. Zdążył się spakować i zamknąć stoisko. Nawet najmniejszego śladu po drewnianych wiórach nie było, więc nic nie mogło potwierdzić czy na tym placyku wykonano rzeźbę przedstawiającą mnie, jaką otrzymałem w prezencie.

- Bogdan każdy z nas dźwiga jakiś krzyż, lub będzie go taszczył do końca swoich dni. Ty otrzymałeś dar opamiętania i jako symbol, że w życiu można wszystko naprawić, a przynajmniej próbować.

- Panie Klemensie wierzy pan w to co mówi, czy próbuje mnie do czegoś przekonać?

- Po raz pierwszy od wielu lat jestem przekonany, że i ja niosę swój krzyż, który porzuciłem. Nigdy nie powinienem się poddawać i uciekać w chorobę, ponieważ otrzymałem możliwość pisania o rzeczach dobrych, ludziach szlachetnych, prawych choćby w bajkach. Dlatego muszę go podnieść z ziemi i zanieść miedzy ludzi nieznających prawdziwego dobra. Kropla drąży skałę i w podobny sposób o ile będę wytrwały zniszczy się zło.

Czy byłem w stanie sprzeciwić się jego słowom, skoro w rękach trzymałem prawdziwego siebie, lub tego kim się stałem ze swojej winy?

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Karawan 6 dni temu
    Wrócę po południu. To obietnica, nie pogróżka ;)
  • Karawan 6 dni temu
    "Prawie pięć lat zajęło mi dotarcie na ulicę Strażacką w Karpaczu od usłyszenia po raz pierwszy od podekscytowanego syna o niezwykłym zjawisku na tej ulicy." - A gdyby tak trochę to zdanie podzielić ? A gdyby je zapisać; " Od chwili gdy usłyszałem od podekscytowanego syna o niezwykłym zjawisku, minęło pięć lat. Tyle zajęło mi dotarcie...
    Tak długie zdania odbierają czytającemu część emocji. zwalniają tempo utworu.

    "...patrzę uważnie w lewo i prawo. Kiedy się upewniłem, że swoim postępowaniem ..." przyjętym jest, że piszemy w jednym czasie, albo przeszłym albo teraźniejszym. Mieszanie czasów także nie pomaga czytającemu.

    "...wyimaginowaną potrzebę zwalczania złoczyńców i w ten sposób ratowania świata." - zwalczania złoczyńców i ratowani świata w ten sposób

    "...przynajmniej miałem zajęcie, jak w końcu zostałem zmuszony..." - gdy w końcu zostałem zmuszony ( "jak" opowiada w jaki sposób, "gdy" opowiada kiedy się to stało)

    "...nie jest przyjazna dla niepełnosprawnych, ponieważ posiada strome podjazdy i takie same spadki." - ponieważ jest zbędne, po prostu wymieniasz przyczyny; "pełno tu stromych podjazdów i takich samych spadków" albo; " pełno tu stromizn i schodów utrudniających życie."

    Refleksyjna opowieść, mogłaby pretendować do baśni, ale... Wydaje mi się, że za wiele chcesz przekazać. Zapisana został wizja opowiadania, a teraz trzeba by było wziąć tę kłodę i nadać jej bardzie szlachetny kształt. Pozbawić zbędnego drewna, podkreślić kontury.
    Warto moim zdanie wrócić do tej opowiastki za tydzień, trzy, przeczytać, powycinać zbędności, poprawić. Pięć na start i zachętę do pracy.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania