Specter cz.1

Siedziałem na parapecie biblioteki, obserwując rozbijające się o szybę krople deszczu. Na zewnątrz błyskawice rozdzierały smoliście czarny nieboskłon; potężne grzmoty wtórowały przeciągłemu wyciu wiatru. Kusiło mnie, by wyjść na wieżę i zabawić się trochę z gniewem burzy - musiałem jednak trwać na posterunku.

Bo jutro, skoro tylko zajdzie Słońce, miała pojawić się ona.

Na samą o tym myśl zacząłem nerwowo wykręcać metalowe palce. Ile czasu minęło, odkąd widziałem ją ostatni raz? Miesiąc? Rok? Kilka lat? Czas płynął zupełnie inaczej, odkąd zacząłem egzystować na granicy życia i śmierci. Niemniej nie miałem pojęcia, czego mogę oczekiwać. Ona wyłamywała się ze wszystkich schematów.

Ona - która kazała mówić na siebie Enchantress. Ona - która w pewnym sensie stała się moją panią. Ona - która wyrwała mnie ze szponów śmierci. Wierzyłem w to. A przynajmniej chciałem wierzyć.

Prawda jednak była taka, że zamieniła mnie w potwora.

Kolejna błyskawica przecięła z rykiem niebo, uderzając niebezpiecznie blisko murów zamku. Odbity w szybie płomyk zadrżał. Oderwałem wzrok od okna. Ogienek stojącej na półce świecy wciąż migotał, sprawiając, że cienie w bibliotece zdawały się być żywe. Niechętnie zwlokłem się z parapetu.

"Dziwne" - pomyślałem, uważnie obserwując pląsający płomyk. W zamku nie było przeciągu.

Właśnie wtedy dotarł do mnie odległy, ledwo słyszalny dźwięk. Dźwięk, który znałem wręcz doskonale. Zdradzieckie skrzypienie zamkowych wrót.

"Enchantress?" - przemknęło mi przez myśl. Nie, to nie mogła być ona. Kto jak kto, ale Enchantress nigdy nie wchodziła drzwiami. Wciągnąłem przez zakratowaną przyłbicę zatęchłe powietrze, natychmiast wyłapując obce zapachy. Czwórka młodych ludzi. Pewnie poszukiwacze przygód. Niemal nie wyczułem w nich strachu.

"To się niedługo zmieni" - pogładziłem rękojeść wiszącego przy moim pasie miecza. Gdybym miał usta, rozciągnąłbym je w złowieszczym uśmiechu.

❋❋❋❋❋

 

Na korytarzu prowadzącym do biblioteki woń intruzów przybrała na sile. Byłem w stanie rozróżnić poszczególne zapachy - nieproszeni goście najwyraźniej się rozdzielili. Dwóch przeszło do lewego skrzydła zamku; jeden myszkował gdzieś w holu. Najbliższy intruz znajdował się dokładnie dwa piętra pode mną - słyszałem jego oddech, czułem krew płynącą w jego żyłach.

Świeżą, mącącą mi w głowie krew.

Zacisnąłem pięści, powstrzymując narastający gdzieś w głębi ryk. Potwór był głodny. Niedługo się naje.

Rozkaz Enchantress brzmiał jasno - żaden śmiertelnik nie miał prawa opuścić tego miejsca żywy. A co robiłem z intruzami, to już moja sprawa. Enchantress nie była sentymentalna. Nie ruszały jej ludzkie szczątki gnijące w kątach, ani rozbryzgane plamy na ścianach.

W sumie to nic jej nie ruszało.

Wychyliłem się za połamana poręcz, próbując precyzyjniej ustalić lokalizację pierwszego celu. Intruz stał w miejscu, pachniał nieco lękliwą ciekawością. Przeskoczyłem poręcz, odbijając się od niej ręką, minąłem w locie schody i bezgłośnie wylądowałem dwa piętra niżej. Moje stopy zawisły metr nad zakurzonym dywanem.

Intruz stał całkiem blisko, oglądał wiszący na ścianie gobelin. Ciemnowłosy chłopak, koło osiemnastki. Ubrania miał mokre od deszczu; w ręku trzymał sporawą latarkę. Snop światła utkwiony był w jednym punkcie - w miejscu, gdzie gobelin rozdarły czyjeś pazury. Cóż, nigdy nie byłem miłośnikiem sztuki.

Nagle zamkiem wstrząsnął potężny grzmot. Chłopak skulił się, wolną rękę przyciskając do piersi. Wyłapałem nowy zapach - jeszcze słaby, ale niedający pomylić się z niczym innym smród. Strach.

Czas rozpocząć polowanie.

Opadłem z impetem na podłogę. Metaliczny zgrzyt poniósł się echem po korytarzu. Chłopak natychmiast się odwrócił - twarz miał zakrytą chustą, ale szeroko otwarte oczy zdradzały przerażenie. Woń strachu przybrała na sile. Rzuciłem się do przodu, zanim intruz zdołał zrobić cokolwiek, i przeorałem mu policzek metalowymi pazurami.

Momentalnie dotarł do mnie najsłodszy, najbardziej upragniony zapach. Krew. Podniosłem splamioną posoką dłoń do przyłbicy i pozwoliłem, by kilka kropel spadło między kraty. Tak. Tego mi brakowało.

Z pewnym trudem zmusiłem się do ponownej koncentracji.

Chłopak siedział na podłodze, na wpół zamroczony ciosem - zraniony policzek obficie broczył krwią. Upuszczona latarka odtoczyła się na bok, rzucając światło prosto na moją sylwetkę. Dobrze. Lubiłem wiedzieć, że ofiara ma świadomość kto... a raczej co ją zabije.

Nieśpiesznie podszedłem do chłopaka, po drodze wyciągając miecz z pochwy. Intruz patrzył na mnie z niedowierzaniem, był sparaliżowany strachem.

Heh. Łatwy łup. Wystarczy tylko porządny zamach mieczem i...

Brzdęk! Coś odbiło się od mojego naramiennika.

Błyskawicznie obróciłem się w stronę napastnika. No proszę. Kolejny intruz. Że też dałem się tak głupio zaskoczyć. Zapach krwi potrafi zdusić wszystkie inne. Intruz numer 2 wyglądał bardziej obiecująco. Postawny, wysoki facet. Biła od niego pewność siebie i opanowanie. Dymiącą lufą pistoletu mierzył prosto we mnie; w drugiej dłoni trzymał myśliwski nóż. Wyglądał mi na bohatera.

- Możesz chodzić? - spokojnie spytał chłopaka intruz nr 2, nie spuszczając ze mnie czujnego spojrzenia. Najwyraźniej nie pierwszy raz spotykał stwory mojego pokroju.

Na jego nieszczęście ja nie pierwszy raz spotykałem tego typu śmiertelników.

Słyszałem, jak niedoszła ofiara wstaje za moimi plecami. Mimo to ani drgnąłem.

- Idź, ostrzeż resztę - rozkazał chłopakowi mężczyzna. - Uciekajcie stąd jak najszybciej.

Opanowanie intruza nr 2 było doprawdy imponujące.

"Może nawet pozwolę wypowiedzieć mu ostatnie słowo?" - pomyślałem, przysłuchując się coraz dalszym krokom rannego chłopaka. Zapach krwi powoli zaczynał się ulatniać. No nic. Okazja jeszcze się nadarzy.

Postąpiłem dwa kroki w przód; znoszony, wojskowy płaszcz ciągnął się za mną po podłodze.

- Nie szukamy zwady, upiorze - rzekł mężczyzna, chowając pistolet do kabury. - Pozwól nam odejść, a więcej nie będziemy cię niepokoić.

"O, odejść to ja wam nawet pomogę. Tyle, że na tamten świat!"

Stuknąłem ostrzem miecza w posadzkę.

- Stąd powrotnej nie ma drogi - wyrecytowałem śpiewnie metalicznym, niosącym się echem głosem. - Wasza krew zbroczy me progi!

Intruzowi nr 2 to wystarczyło. Ruszył na mnie z bitewnym okrzykiem, na co ja odpowiedziałem upiornym wyciem.

 

→ Od autora: Na początek miało być coś krótkiego, jednoczęściowego. Wyszło jak zwykle...

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Amy 2 tygodnie temu
    Zaintrygowałeś mnie tym tekstem i chcę przeczytać dalej, choć fantastyka to raczej nie moje klimaty. Błędów jest niewiele. W sumie znalazłam kilka elementów, co do których mam wątpliwości, ale postaram się Ci je wskazać, jak usiądę do komputera. Teraz powiem tylko, że przed "ani" nie stawiamy przecinka, chyba że ten spójnik występuje kilka razy w jednym zdaniu.No cóż, teraz nie pozostaje mi nic innego, jak tylko czekać na kolejną część, bo naprawdę jest na co
  • Snippy 2 tygodnie temu
    Pierwszy komentarz :D Dzięki wielkie! A co do tego przecinka miałem trochę wątpliwości. Na szczęście je rozwiałaś :)
  • Jared 2 tygodnie temu
    Przypomina mi to, drogi Snippy, moje wczorajsze podejście do Ziemiomorza Le Guin. To taka fantastyka nieco magiczna, niezbyt naturalistyczna i... inna, jak na standardy tej strony. Hmmm. Spodziewałem się, że fabuła będzie raczej manifestacją siły głównego bohatera, więc nic mnie specjalnie nie zaskoczyło. Przydałoby się:

    1. Zhumanizować intruzów, żeby chociaż trochę było szkoda czytelnikowi, kiedy umierają LUB zrobić z nich tępaków, żeby czytelnik czuł satysfakcję, kiedy giną. Czasami wystarczy dodać imię czy też prostą linie dialogową, dodać jakąś cechę indywidualną, jak bezczelność i tadam. Już wtedy nie są noname :P Z drugiej strony rozumiem, że nadanie im numerów przez głównego bohatera pokazuje, że dla niego to tylko bezimienna zwierzyna. Są tylko numerami, to kolejność ich śmierci, WIDZĘ, że łowca-narrator szcza sobie na ich ludzki segment, to jedynie okazja do zabawy dla takiego jak on.

    2. Więcej anatomicznego sieczenia LUB klimatu tajemniczości. Mamy tu scenę polowań, jednak nie jest ona opisana krwiście (lub ujmująco...) na tyle, by wywołać jakieś emocje. Lub klimat właśnie, bohater nieco za dużo nam zdradza, psując przyjemność ze strachu obserwowania tajemniczego mordercy, o którym nic nie wiemy. Tymczasem znamy jego pobudki, istotę, zdawkowo biografię i sposób działania.

    Napisane nawet okej. Smoliście czarny nieboskłon, ha, ha. Lubię jak opisy tak obrazowo pachną, do tego jeszcze trochę poetyzujesz jak "bawić się z gniewem burzy". Bardzo mi się podobał Specter od tej strony. Bohater też może być, kojarzył mi się z Nosferatu ze starej wersji. Nieco mniej wiem o Enchantress - Czarodziejce, jeśli mnie angielski nie zwodzi. Ale nie obraziłbym się, gdybym wiedział JESZCZE mniej, bo to paradoksalnie wzbudza bardziej ciekawość. Jeszcze na koniec dodam, że polecam stosować zwroty akcji oparte na zaskakiwaniu, a nie na ciąg kolejnych zdarzeń. Nom, ogólnie pierwsze spotkanie na Twojej ziemi oceniam pozytywnie :D

    ps. piękne te płatki śniegu zamiast gwiazdek między scenami :o Pozwolę sobie pożyczyć ten patent :D
  • Snippy 2 tygodnie temu
    Dziękuję :D Wezmę sobie do serca Twoje rady. Co do tej tajemniczości - zależało mi, by bohater zdradził co nieco o swojej osobie, żeby nie sprawiał wrażenia jedynie bezdusznej machiny do zabijania. A z siekaniem to się dopiero rozkręca :P Co się będzie wysilał przy jakimś tam chłopaku, który po jednym ciosie leży na glebie.
    Jeszcze raz dziękuję i mam nadzieję, że zerkniesz do mnie czasem.

    ps. To są płatki śniegu?! Żyłem w niewiedzy... :O
  • Dimitria 2 tygodnie temu
    No nie powiem urzekłeś mnie ;) Zapowiada się dużo makabrycznych scen - a to lubię.
    Główny bohater jest interesującą postacią i jeszcze tajemnicza Enchantress.
    Czekam na więcej i zostawiam 5 :)
  • Snippy 2 tygodnie temu
    Zrobiło mi się tak ciepło w brzuszku ^^ Dziękuję.
  • Truta 2 tygodnie temu
    ooo ciekawa historia i dobrze napisana, warto przeczytać i czekać na więcej :) 5

Napisz komentarz