Spójne przeznaczenia - opowiadanie niezależne do książki "KAGANIEC"

„Nieśmiertelność to nie dar,

lecz przeznaczenie,

które musi się wypełnić.”

~John Ronald Reuel Tolkien

 

 

Wieczór dnia poprzedniego był idealny, ale dzisiejszy poranek przeszedł sam siebie. Nie ukrywam jednak,

że spieszyłem się z wciąganiem spodni i opuszczeniem obecnej noclegowni.

Miejsce było urocze… wschodzące słońce swoimi gorącymi promieniami przedzierało się przez zasłony i rzucało barwne pasy na kamiennej posadzce niewielkiej izby odosobnienia. Zbierając się do wyjścia, zerknąłem jeszcze przelotnie w stronę łóżka.

Trupio-sina postać pojękiwała cicho, wijąc się w białej pościeli i szarpiąc rękami prześcieradła. Rozerwany na wpół habit rozchylił się na boki, ukazując piękne, kształtne ciało z kilkoma nieznacznymi śladami zadrapań i blizną sunącą nad lewym biodrem. Ta kobieta byłaby ozdobą na salonach a została odesłana przez rodziców do klasztoru. Zakonnica poderwała się do góry, usiadła na łóżku i zwymiotowała krwią. Szkarłatne łzy podeszły jej do powiek. Niewidzącym wzrokiem spojrzała na mnie i wysyczała moje imię.

- Keeeegannnnn.

- Do usług moja piękna. To się zaraz skończy – powiedziałem, chwytając za klamkę. Mogłem dokonać opętania zbiorowego, ale skoro nadarzyła się okazja do bycia sam na sam z taką pięknością, głupim trzeba było być, żeby nie skorzystać. Grupowe opętania rzadko przeradzały się w orgię. Wymagały mnóstwa energii i zazwyczaj krwawej jatki oraz ogromnych pokładów strachu. Mimo wszystko był to klasztor. Były tu świętości, które mogłyby pokrzyżować plany. Natomiast ta dziewuszka… będąc pod moim wpływem załatwi sprawęw pojedynkę a ja tylko będę rósł w siłę.

Uchylając drzwi zauważyłem, że kobiety już zaczęły się budzić. Na korytarzu robiło się nieznaczne zamieszanie, zmuszające mnie do opuszczenia lokalu. Mogłem co prawda zniknąć, ale na początku łącznika między sypialniami

a kaplicą tuż koło wejścia, stała osoba, którą chciałem jeszcze, chociaż przelotnie, zobaczyć, a która liczyła na kilka szybkich numerków.

Zamknąłem za sobą drzwi, założyłem na jedno ramię płaszcz i raźnym krokiem oddaliłem się od miejsca duchowej zbrodni. W myślach policzyłem do 6. Tak jak przypuszczałem, zakonnica wyszła z pokoju w tej samej chwili, gdy pozostałe dziewczęta zaczęły schodzić się w stronę wychodka. Rozległy się stłumione krzyki i piski – jedne świadczyły o przerażeniu, inne były z zachwytu na widok podążającego w ich stronę mężczyzny znanego w mieście aż nadto, którego imię wprawiało w furię kochanków, mężów i ojców. Casanova uśmiechnął się zalotnie do dziewczyn po czym spojrzał zimnym wzrokiem

w moim kierunku, próbując odstraszyć mnie jako swojego rywala. Bez obaw utkwiłem w jego spojrzeniu swój wzrok, błyskając kilka razy demoniczną postacią. Płomienne spojrzenie nie ważne w jakiej epoce zawsze przynosiło podobny efekt.Zatrzymał się przerażony. Z szerokim uśmiechem nie ugasiłem ognia w źrenicach, za to uwydatniłem sine żyły na skroni i przegubach, po czym zmaterializowałem diabelskie skrzydła w kolorze ciemnego, wieloletniegoBurbonu i wyskoczyłem przez okno, rozbijając przy tym wszystkie szyby.

Casanova wciąż stał przerażony. Siarkowy odór lęków doszedł moich nozdrzy powoli mieszając się z wonią kobiecej skóry, jaka pozostawiła ślad na moim ubraniu. Kolejne uderzenie tej pięknej kompozycji zapachowej wzmogło się niedługo potem. Minęło raptem kilka sekund kiedy wciąż zszokowany Casanova padł na posadzkę przygnieciony pięknym ciałem zarzyganej krwią zakonnicy z popękanym lustrem w ręku. Skąd zakonnica zdobyła lustro? Musiałem opętać bardzo kreatywną osobę, skoro w klasztorze zdobyła zakazany przedmiot próżności.

Choć cała ta farsa była przyjemną rozrywką, machnąłem dwa razy niepotrzebnymi mi skrzydłami i rozpłynąłem się

w powietrzu. Naładowany nową energią mogłem pojawić się praktycznie wszędzie, byle nie w czasach gdzie byłem na świecie jako człowiek. Tyle perspektyw a jednak wybrałem najcichsze miejsce na świecie.

Głusza była luką w czasoprzestrzeni, jakby odrębnym uniwersum, obejmującą około jedną attosekundę

w przyszłości, która nie wprowadzała praktycznie nic w historię i ani nie zdradzała przyszłości ani nie męczyła teraźniejszością. Przestrzeń ta była jak próżnia kosmiczna –czarna, bez grama światła, powietrza czy ciepła. Przesuwała się wraz z czasem i wymagała dużych pokładów energii, by potrafić się w niej umiejscowić na dłużej bez wpadania w tak zwaną teraźniejszość i czas współczesny.

Lubiłem uciekać w to miejsce chcąc nabrać dystansu do otoczenia, zaplanować swoje działanie i odpocząć. To właśnie tutaj powstawały pomysły na moje największe „skoki” i to tu miałem święty spokój bez słyszalnych myśli, drwin i ataków demonów, jęków, śpiewu i modlitw aniołów. Tutaj nie było niczego…

Odkryłem to miejsce przypadkowo, gdy chciałem przetestować czy rzeczywiście Demon Czasu nie może skoczyć w przyszłość skoro przeszłość stoi przed nim praktycznie otworem. Przeniesienie w czasie się udało –wessało mnie w Głuszę i nie chciało wypuścić. Straciłem wtedy większość swojej siły i ledwo udało mi się uniknąć unicestwienia. Od tamtej pory przychodzę tu świeżo po opętaniu, kiedy promieniuję mocą i mogę pozwolić sobie na marnotrawienie jej bez większej potrzeby. Raptem raz widziałem poblask innego stworzenia ale ani się nie przywitałem, ani nie przyjrzałem. Minęliśmy się jak na ruchliwej ulicy mając swoją obecność głęboko w dupie.

Chcąc dokonać czegoś wielkiego, znalezienia luksusowej ofiary a nie jakiejś przelotnej rozrywki, przestałem rozmyślać i wsłuchałem się w siebie, oczekując na wezwanie. Po chwili zaczęły przepływać mi przez umysł różne obrazy. Początkowo zamglone, podsuwające ofiary mało wymagające i oddalone zaledwie kilka, kilkanaście lat od teraźniejszości. Tego typu okazje były szybkim i prostym sposobem na zdobycie kilku kropel mocy dla początkującego demona. Ja jednak czekałem na uderzenie.

Attosekunda przesuwała się dalej wydłużając ludzkie dzieje w historii. Niespodziewanie moje martwe serce zabiło a zaraz po tym ujrzałem małą blondwłosą dziewczynkę bawiącą się na zielonym trawniku. Jej strój i miejsce było mi tak znajome, że bez wahania wskoczyłem w lukę w czasie i zmaterializowałem się na miejscu.

Wysoki, ceglany budynek umiejscowiony był w bogatej dzielnicy. Wyjście na taras i na ogród częściowo zniszczone już przez czas, pokrywały nieliczne chwasty, wysokie wyschnięte trawy i marniejące pnącza róż pełzające po kwietniku i murku jak węże. Rodzina, która tu mieszkała była poważana i choć dość bogata, wszelkie oszczędności utykała w bankach i inwestycjach, które miały zakończyć się porażką dopiero za kilka lat.

Miejscami zaniedbany dorobek świadczył o braku porządnej służby i zainteresowania ze strony właścicieli. Zarówno Pan domu jak i jego małżonka od kilku lat zajęci byli prowadzeniem interesów i kształceniem dzieci, na skutek czego potomstwo zaczynało dawać się we znaki.

Dziewczynka, której przyglądałem się z rogu podwórza ogrodzonego murem od reszty posiadłości oraz od stajni, była sześcioletnim, nieokiełznanym potworem w postaci rozkapryszonego dziecka. Niszcząc szmaciane i słomiane lalki bawiła się pod najstarszym drzewem w okolicy. Rozłożysty klon rzucał gęsty i długi cień na trawnik dając ukojenie w letnie popołudnia. Nawet dzisiejszy jesienny dzień, przerzedzany gęstymi chmurami, potrafił ostro prażyć słońcem szczególnie gdy miało się tyle warstw ubrań na sobie. Współczesność miała bardziej komfortową modę. Dobrze, że nie nosiłem tych ubrań a tworzyłem jedynie ich iluzję.

Przyglądałem się dziecku z zamyśleniem, poznając jego ruchy i myśli. Zafascynowany a zarazem zlękniony, w krótkim czasie ułożyłem schemat jej reakcji i rozważań. Gdy pomyślała o bracie i matce z przejęciem wstrzymałem oddech a ona jakby czując moją obecność spojrzała na mnie.

Czułem jak jej dusza mnie wzywa. Jak otwiera się przede mną jej umysł, tak łatwy do opętania. Dzieci z pozoru bezbronne, należały do większych wyzwań. Ze względu na to, iż ich świadomość była mniejsza, grzechy automatycznie były odpuszczane. Z natury każdy młody człowiek jest dobry. Jego popędy sadystyczne i destrukcyjne wynikały z pierwotnych potrzeb przetrwania i ujawniały się po to tylko, by nie zaniknąć całkowicie. Cywilizacja sprawiła, że ludzie przestawali bazować na instynkcie samozachowawczym a tolerancja i „człowieczeństwo” przyczyniły się do wymarcia prostego rachunku i prawa natury – selekcji naturalnej.

Anna była dziewczynką pełną sprzeczności. Kiedy na nią patrzyłem, jej jasna, rozświetlona radością twarz, wielkie błękitne oczy i zaokrąglony dziecięcy nosek potrafiły diametralnie zmienić się w twarz furiatki, której jedzenie podsuwano kijem a sypialnię pozbawiono zbędnej pościeli i mebli. Nie była jednak zła… potrafiła zachować się jak każda inna dziewczynka w jej wieku – pobawić się grzecznie w ogrodzie, pomóc matce w robótkach, poczytać książkę, pobiegać po łące i wyruszyć na tajemnicze wyprawy z bratem, nakarmić i wypielęgnować konia. Potrafiła zaopiekować się matką w siódmym miesiącu ciąży i poczęstować brata ciastkami. Nie mniej jednak jej świadomość i inteligencja ściągała ją do samozniszczenia. Przez to, że wciąż ulegała dziecięcym zmianom nastrojów i przy tym była wyjątkowo mądra, jej grzechy nie wymazywały się jak za dotknięciem różdżki a dusza stawała się ciekawą karmą dla demonów.

Nie odrywając od niej wzroku, zauważyłem kątem oka pojawienie się innego demona. Paktowy siedział przyczajony na drzewie nad dziewczynką i rozglądał się wokoło. Zdawał się mnie nie zauważać mimo, iż nie kryłem swojej obecności. Byłem jedynie niewidzialny dla ludzi.

Powoli atmosfera wokół zaczynała gęstnieć od wyładowań. Przybysz nie czekał. Widać obawiał się utraty mocy

i powrotu do teraźniejszości, przez co nie oceniając dokładnie sytuacji, rozpoczął działania.

Każdy demon miał inną technikę działania. Ja kiedy tylko mogłem szedłem z ofiarą do łóżka… ten tutaj lubił znęcać się nad wybrańcem i wywoływać u niego stany lękowe. Ani ja oni on nie byliśmy oryginalni. Tak działali praktycznie wszyscy – było to najskuteczniejsze a każdy szedł na wynik.

Anna oderwała ode mnie wzrok lekko wystraszona. Aura rozsiewana przez przybysza zaczynała na nią oddziaływać. Zaraz po tym zapewne miały nastąpić majaki, wybuchy furii i płaczu aż w końcu dusza się podda.

Mroczna, gęsta mgła w postaci macek zaczęła spływać na dziewczynkę. Pisnęła przerażona. Demon zeskoczył z drzewa i wyciągnął do niej ręce – odruchowo, nie kontrolując swojej reakcji, rzuciłem się w jego kierunku. Rozmazane ciało mogło być nieuchwytne dla materii, ale nie dla mnie. Zniekształciłem swoją postać, przeplotłem ją z jego ciałem sprawiając równy ból sobie jak i jemu.

Cios rozerwał moje nieistniejące trzewia. Cień poddał się wybity z rytmu, wciąż zaskoczony i naiwny. Chcąc ograniczyć moje możliwości, przybrał bardziej kształtną postać, odsunął się o krok i ze zmieszanym wyrazem twarzy wpatrywał się we mnie jak w szaleńca lub kata. Wyjąłem zza pasa krótki, diabelski sztylet. Ostatnimi czasy nie ruszałem się bez broni, nawet jeśli miała ona wytrzymać zaledwie kilka pojedynków. Diabelska broń była dużo gorszej jakości niż anielska i zużywała się równie szybko co sparciała para skarpetek.

Zdezorientowany demon spojrzał na mnie a następnie na wystraszoną i sparaliżowaną dziewczynkę. Słyszałem jak jej serce szybko i chaotycznie bije w małej i kruchej piersi. Tempo jakie przybrało zalało mnie niepokojem.

- O co chodzi? Możemy się podzielić…

- Nie! – warknąłem i rzuciłem się znowu. Młody demon, stosunkowo całkiem dobry, nie przywykł najwidoczniej do obecności kogoś tak gwałtownego jak ja. Próbował się bronić i uskakiwać przed każdym cięciem, ale był za wolny. Tracił siłę. Nie był jednak całkiem bezbronny – widząc okazję, zmienił postać, przefrunął mi między nogami i kopnął w plecy. Poleciałem parę metrów, uderzając o posadzkę tarasu twarzą. Zmazałem z nosa sączącą się krew i zebrałem w sobie całą energię. Oczy zapłonęły przeplatając ogień i błyskawice, postać rozjaśniona od wyładowań elektrycznych zdawała się być większa i bardziej muskularna. Z rykiem odbiłem się nogami od ziemi i przeleciałem dzielący nas dystans, mimowolnie materializując na plecach skrzydła dla równowagi. Pozbawiony broni, z furią uderzyłem w pierś przeciwnika samą pięścią. Przeleciała na wylot. Drugą ręką przyciągnąłem demona do siebie. Mój tors miażdżył i raził prądem jego skórę. Palący oddech parzył skórę na twarzy i zmuszał do zamknięcia oczu. Nie chciałem by odpłynął tak szybko. Pragnąłem jego cierpienia. Jego siły. Wysysałem z niego życie jak eliksir. Chciałem żeby patrzył i żeby to zrobił ruszyłem brutalnie ręką w jego ciele. Wytrzeszczył w agonii oczy i jęknął podtrzymywany na nogach tylko moim rozkazem. Warkot jaki wydobył się z mojego wnętrza sam mnie zaskoczył, jednak nie mogłem pohamować swojej brutalnej i nieludzkiej satysfakcji, swojego pragnienia unicestwienia. Wiedząc, że już nic więcej nie wydobędę z tego truchła, powolnym ruchem wysunąłem dłoń z klatki demona aż wydobył z siebie ostatni dech i padł na ziemie powoli topniejąc. Patrząc na zwłoki pod swoimi nogami zacząłem strzelać energią na metry. Jedna z błyskawic uderzyła w drzewo i dziewczynkę. Wzdrygnęła się i padła na bok nieprzytomna. To mnie momentalnie otrzeźwiło. Przywróciło jasność umysłu zastąpioną lodowatym przerażeniem. Energia zbyt gwałtownie wessała się we mnie z powrotem. Przez chwilę sam straciłem wzrok i słuch, a kiedy mój mózg zaczął ponownie prawidłowo funkcjonować, ciszę przeszył najgorszy na świecie krzyk kobiety. Odwróciłem się w stronę domu. W drzwiach wychodzących na ogród stała kobieta w szarej długiej sukni zdeformowanej przez brzuch. Zasłaniając ręką usta tłumiła kolejne wrzaski. W końcu zrobiła krok do przodu… niefortunny… stopa poślizgnęła się na czymś co dla jej oczu było niewidoczne a czym była moja demoniczna, srebrna krew. Przenikliwy, promieniujący prąd przeszedł ją od stopy aż po samo serce przechodząc przez płód. Skoczyłem w jej stronę, ale niespodziewanie tuż obok pojawił się dziewięcioletni chłopiec. Jego ciemne włosy były praktycznie takie jak moje. Chłodne, ale dziecięce spojrzenie oceniało sytuację jakby to co się działo, było elementem czytanych doń powieści a nie świata rzeczywistego. Chłopiec również ruszył na przód. Widząc, że i on zaraz stanie w kałuży krwi, złapałem go za ramię i docisnąłem do ściany. Wystraszony stanął jak wryty. Nie widział mnie.

Następne wydarzenia potoczyły się szybko. Służąca dobiegła leżącej kobiety, mężczyzna spojrzał na małżonkę, ocenił jej stan i kilkoma susami dostał się do nieprzytomnej dziewczynki. Jej serce biło… słabo. Myśli zacierały się w ciemność i urywały dryfując między światami. Wziąwszy ją na ręce, wniósł do domu krzycząc „Medyka! Szybko!”. Medyk rzeczywiście pojawił się w przeciągu 15 minut, niestety nie pomagał on dziewczynce. Ta odzyskawszy odrobinę przytomności leżała wtulona do piersi matki. Kobieta zaś popłakiwała i podkurczała nogi z bólu. Nie chciała ani na chwile wypuścić córki z rąk, bojąc się, że znów straci przytomność. Była bowiem słaba i blada. Nie wyglądała na kogoś kto wyzdrowieje. Matka przeczuwając niebezpieczeństwo jedną ręką masowała brzuch, próbując wstrzymać bóle a drugą głaskała blond włosy.

-Pani, musisz dać sobie pomóc.

-Nie zostawię jej.

-Będzie w rękach ojca. Lord z piastunką się nią dobrze zajmą. Ona też musi leżeć.

Nie mając więcej argumentów odprowadziła wzrokiem swoje dziecko wtulone w ojca jak w ostatnią deskę ratunku. Usłyszała cichy szept „mamo” a następnie trzaśnięcie drzwi. Nie mogąc ulotnić się z tego miejsca, stanąłem między ścianami żeby móc obserwować obie sytuacje. Kobieta krzyknęła i podciągnęła spódnice do góry. Momentalnie pojawiły się kobiety i akuszerka. Niespodziewana akcja porodowa się zaczęła… za wcześnie… całe dwa miesiące za wcześnie… noworodek miał małe szanse na przeżycie tym bardziej, że przeszył go demoniczny chłód z mojej krwi. Rozedrgany emocjonalnie odwróciłem od niej wzrok i spojrzałem na dziewczynkę. Znów zamknęła oczy. Tym razem zamykała je na dłużej. Słabe serce, które wcześniej wydawałoby się, że pracowało normalnie, teraz po dzisiejszych doświadczeniach zwalniało i przyspieszało, chcąc złapać swój dawny rytm. Cudem jeszcze reagowała i się komunikowała. Z przerażeniem patrzyłem jak wokół zaczęły pojawiać się demony i anioły.Byłem pewny, że część z nich już znałem i spotkałem… uśmiechnęli się do mnie szyderczo widząc moje rozterki. Oni wiedzieli. To zabolało mnie jeszcze bardziej.

Dziewczynka znów coś jęknęła, wtuliła twarz w płaczącego ojca i odchyliła głowę do tyłu. Nagle. Bezwiednie. Ciężka głowa zabujała się bezsilnie niekontrolowana żadnym ruchem mięśni ani ścięgien. Klatka zapadła się a usta rozwarły. Oczy utkwione w sufit zgasły.

Mężczyzna nie wierząc własnym oczom potrząsnął ciałem i przytulił je mocniej. Pocałował stygnące czoło. Łzy spłynęły po nim, po nosku i bladych wargach. Serce uderzyło jeszcze trzy razy, jakby chciało coś jeszcze dodać i zamarło. Ból powrócił. Ból jaki czuł dawno temu, kiedy trzymał na rękach pierwsze dziecko.

Do moich uszu doszedł wrzask i pisk szalejących demonów i łkanie mężczyzny. Zaraz potem pomieszczenie rozdarł wrzask. Drzwi do pomieszczenia były otwarte. Kobieta trzymając zakrwawionego noworodka krzyczała, widząc śmierć starszego dziecka.

Moje martwe serce skurczyło się jakby miało zapaść się z siebie, jakby uderzało na sucho…

Czas się zatrzymał. Twarze znieruchomiały w bólu i udręce. Noworodek wstrzymał oddech i przestał płakać. Nastała przeraźliwa cisza a ja wbrew swojej woli zostałem wessany w czasie i wylądowałem w teraźniejszości.

Nigdy bym nie przypuszczał, że życie może być aż tak z góry zaplanowane. Moja historia była zwykłym przeznaczeniem, grą, zabawą, drwiną a ja przez cały swój pobyt w tamtej rodzinie stałem się częścią dziwnego planu. Igraszki nieba i piekła. Środkowy palec wymierzony prosto w nos od samego Beliala i boga. Demony wiedziały, anioły wiedziały tylko nie ja.

 

Przez cały ten czas kiedy byłem w rodowej posiadłości… byłem świadkiem śmierci swojej siostry i narodzin starszego brata…

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Zaciekawiony pół roku temu
    "załatwi sprawęw" - sprawę w

    "Casanova wciąż stał przerażony. Siarkowy odór lęków doszedł moich nozdrzy" - co wyczuwał węchem wstecznym lecąc w powietrzu za oknem

    "podwórza ogrodzonego murem od reszty posiadłości " - odgrodzonego od

    "potrafił ostro prażyć słońcem[,] szczególnie gdy"

    No to dziewczynie było gorąco przez prażące słońce (zza chmur?) czy przez grube ubranie? Cały ten opis klonu wydaje się nadmiarem fabularnym, zużywasz za dużo słów na wyjaśnienie czemu dziewczyna bawiła się pod drzewem.

    Czasem tworzysz rozbudowane zdania z przecinkiem co dwa słowa, kiedy indziej zupełnie ich nie używasz:
    "Gdy pomyślała o bracie i matce z przejęciem wstrzymałem oddech a ona jakby czując moją obecność spojrzała na mnie"

    "Ani ja oni on" - ani ja ani on

    Brakuje podziału na akapity, kiepsko się czyta taki blok tekstu.

    Całość wypada interesująco.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania