Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Spowiedź kanibala

Płomienie ogniska ogrzewają moje zmarznięte od dreptania po śniegu stopy. W tym roku napadało pełno i mimo traperów wpełza do środka, moczy skarpetki i atakuje, chcąc twojej śmierci w zimnie. Jestem w jakieś drewnianej chatce pod lasem, których pełno w tej okolicy. Nic dziwnego; wojna domowa, następnie wkroczenie obcych wojsk w ramach „pomocy”, okupacja... głód...: to wszystko wywołało u prostych ludzi dziwne instynkty. Niektórzy uciekli za granice, kiedy jeszcze były otwarte, potem ci, którzy zostali, też uciekli do bardziej zamożnych obwodów, a zostali tylko dziwacy, starcy i młodzi, ale tylko w takiej ilości, żeby dalej napędzać machinę ludzkiej egzystencji i płodzić dzieci w nadziei, że kiedyś znajdzie się ktoś, kto poprowadzi naród do zwycięstwa i zepchnie okupanta, choć nasłaliśmy go na siebie sami.

Asortyment w chacie jest nienaruszony. Meble zostały, w pokoju sypialnym łóżko jest dosyć miękkie, a w szafce w kuchni znalazłem kompletną zastawę stołową; jak widać, właściciel musiał opuszczać swój dom w pośpiechu. Rozumiem. Podczas wojny było dużo takich przypadków.

Usadowiłem się wraz z bagażem w sypialni i poszedłem do lasku nazbierać trochę chrustu na opał. Mimo śniegu i wilgoci kilka znalezionych patyków jest całkowicie suchych; użyłem ich jako podpałki, dlatego, że nie chciałem szpecić tego domu, obrywając firany lub coś innego, przecież jestem gościem, a poza tym, właściciel, który z pewnością jest już martwy, może nawiedzać swój dom. Czuję się trochę jak on. Też musiałem pakować się w pośpiechu. Postanowiłem zobaczyć, co takiego moje dłonie zapakowały. Pomijając wiatrówkę pistolet, który schowałem do kieszeni kurtki, mam jeszcze przy sobie: paczkę czipsów solonych, pudełko śrutu wraz z nabojami gazowymi, które potrzebne są do wystrzału, siedem konserw rybnych pomidorowych i trzy w oleju, termos, paczkę herbaty czarnej, zegarek Casio, który gdy go znalazłem, założyłem na rękę, telefon, ale z inną kartą, żeby nie mogli mnie namierzyć, zeszyt i pióro, a do niego pięć wkładów.

To wszystko, co mam.

Siedząc przy ognisku, tak przyjemnie ogrzewającym, że mogłem zdjąć kurtkę i siedzieć na samym swetrze, miałem dużo czasu do rozmyśleń. Pomyślałem o mojej dziewczynie, która jest teraz pewnie przesłuchiwana, a która o niczym nie wie; kocham ją i proszę Boga, żeby nie zaczęli jej torturować. Czasami też myślę o przyszłości. Co mam robić i gdzie iść. A jeszcze rzadziej myślę o rodzicach... Dlatego postanowiłem opisać w zeszycie zarys mojej historii.

 

Mój ojciec był patriotą. Służył w wojsku naszego kraju przed wojną, dlatego nie został zesłany po wojnie, lecz mimo tego był zawiedziony tym, że nie brał w niej udziału. Bardzo chciał polec w bitwie, zabijając przy okazji kilku wrogów ojczyzny. Po koszmarze, kiedy sytuacja się uspokoiła, wykorzystał swoje wykształcenie zawodowe i został stolarzem. Ludzie cofnęli się w czasie i zaczęli budować domy z drewna, dlatego na brak pieniędzy nie mogliśmy narzekać.

Matka była spokojna. Skryta w cieniu ojca. Zajmowała się domem: sprzątała, gotowała. Nie dlatego, że ojciec jej kazał. O nie. Po prostu zarobki taty w zupełności wystarczały. Poza tym mama miała tylko wykształcenie podstawowe, a tata nie zgodził się na to, żeby pracowała jako sprzątaczka. Nawet po wojnie; gdy bywało ciężko.

Na stan mojego życia nie mogłem narzekać. Wszystko w domu miałem, a co chciałem, dostawałem. I na ten przykład, dostałem właśnie tę wiatrówkę. Mama mi ją kupiła w któreś tam Święta. Nauczyłem się strzelać.

Zacząłem chodzić do liceum w jeszcze wolnym kraju. Wtedy marzyłem sobie studia psychologiczne, miałem jakieś perspektywy, lecz gdy to wszystko się zaczęło, wiedziałem, że tak starannie zaplanowana przyszłość rozpływa się, jak melancholijna imaginacja. Wojna była szybka. Nie skończyłem szkoły, dlatego nie zaliczono mnie do grona inteligentów i nie rozstrzelano tak jak większości moich nauczycieli. Trudno mi było znaleźć pracę. Do tego momentu liczba przepracowanych przeze mnie dni wynosi: zero i wiem, że w przyszłości licznik będzie pokazywał to samo. Jestem skreślony, a wszystko to przez Żółty Kamień.

Lasy opustoszały od ludzi i zaroiły od zwierząt.

Pewnego smutnego dnia, kiedy niebo jest ciężkie od ciemnych chmur, przechodziłem leśną ścieżką. Nie wiem już, gdzie chciałem dojść; tak mi się zdaję, że była to najzwyklejsza ucieczka od problemów. Z każdym ruchem powietrza spadał kolejny liść. Zbliżała się jesień. Burczało mi w brzuchu i wiedziałem, że nie starczy nam jedzenia na zimę. Mało ludzi, mało zamówień. Czułem się jak średniowieczny chłop, tyle że bardziej sfrustrowany, bo nie tak miało wyglądać moje życie. Rodzice załatwili mi pracę w gospodarstwie. Miałem iść od wiosny. Wiedziałem, że będzie to ciężka praca, od kiedy cofnęliśmy się setki lat wstecz. Szedłem ścieżką w nieznane, kopiąc kamienie.

Pamiętam to. Był zwyczajny, ale tylko z pozoru. Kopnąłem go i gdy się turlał, doleciała do mnie jego żółta poświata. Podniosłem go. Obejrzałem z każdej strony. Nie był zwyczajny, lecz jakby ozdobny. Przypominał sześcian, gdzie każda ściana miała inne żłobienia. Kreski zlewały się w rzeczy, które nie mogłem pojąć moim drobnym móżdżkiem. Rozpoznałem jedynie zarys smoka. Ciekawe znalezisko schowałem do kieszeni.

Chodziłem z nim dwa miesiące. Nie pamiętam niczego z tego okresu. Ani jednego dnia, prócz ostatniego.

Trzy dni po Świętach wróciłem do domu późno w nocy. Matka spała, ojciec robił coś w garażu. Nie wiem, skąd wróciłem; prawdopodobnie z miejsca, do którego staram się dotrzeć. Byłem bardzo głodny, więc poszedłem do kuchni. I co chciałem tam znaleźć? Przecież jedzenie jest w piwnicy, a wejście do piwnicy jest obok wejścia do garażu. Wziąłem nóż z szafki, ten większy, ostrzejszy, bo uznałem, że czemu nie brać skoro można.

Otworzyłem drzwi do garażu. Mój ojciec nachylał się nad stołem pełnym narzędzi i drewnianych forem. Nie usłyszał, jak wchodziłem. Podchodziłem bardzo powoli, tak że nawet sam nie słyszałem swoich kroków. Jak duch, którym staram się teraz być. Na drodze nie było żadnych przeszkód; nic nie mogło zepsuć planu. Stanąłem tuż za jego plecami i z entuzjazmem godnym mistrza, wbiłem mu nuż w tylną część szyi, z której nie trysnęła krew, tylko powoli wypłynęła, nigdzie się nie śpiesząc. Dotąd się zastanawiam, jak udało mi się przebić kości kręgu. Musiałem dysponować większą siłą niż teraz. Albo zrobił to ktoś inny.

Wyjąłem nóż. Ojciec nawet nie zauważył, kto go zadźgał. Żył jeszcze przez chwile, ale co to za życie, gdy się wykrwawiasz i cierpisz przez własnego syna. Wyszedłem z garażu i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem matkę, w piżamie, zaspaną i niewiedzącą co się stało. Zdołała wykrzyknąć tylko jedną sylabę: „po” i nic więcej, bo w ułamku sekundy znalazłem się przed nią, jedną dłonią zatkałem usta, a drugą wbijając nóż w brzuch, piersi i serce. Zaskoczyła mnie szybkość, z jaką pokonałem dzielący nas dystans. Była nienaturalna. Tak jak jej oczy pełne strachu; wpatrzona we mnie nie poznawała swojego własnego syna. Albo wtedy nie byłem jej synem.

Ciała przeniosłem do kuchni, ale nie mam siły i ochoty opisywać tego, co z nimi zrobiłem. Napiszę o tym jutro, teraz chcę odpocząć.

W nocy ognisko zgasło i było mi zimno. Tak nawiasem mówiąc, słyszałem wycie wilka albo dzikiego psa.

W kuchni ugotowałem wspaniałą ucztę. Nie znam się na tym, więc, w jaki sposób tego dokonałem? Nie wiem. Nie wiem także, skąd wziąłem te wszystkie dodatki do potraw, typu: jabłka, oliwki, daktyle i inne, które dodały zjadliwości do jedzenia. Polędwiczki, nadziane mięso, kiełbasy... do końca życia nie tknę mięsa! Gdy rano zeszła zasłona nieświadomości i zobaczyłem, co uczyniłem, zwymiotowałem kawałkami moich rodziców, a potem na chwilę zemdlałem. Kiedy zmysły powróciły, usłyszałem pukanie do drzwi. Musiałem wtedy podjąć decyzję. Myślałem trzeźwo i wiedziałem, że jeśli o wszystkim opowiem, to i tak czeka mnie kara śmierci, jako jedynego podejrzanego. Nie otworzyłem.

 

Nie wiem, czemu to piszę. Chyba potrzebuję się wygadać i piszę o tym dla własnego usprawiedliwienia swoich podłych czynów. Traktuję to jako spowiedź; nie przed Bogiem, ale samym sobą. Zostawię ją tutaj.

Kochanie, wiem, że wierzysz w moją niewinność i wiem, że gdy cię wypuszczą, ruszysz moim śladem. Mam nadzieje, że odnajdziesz moje wskazówki. Czekaj na mnie w miejscu ważnym dla nas. Będziesz wiedziała, o jakie chodzi. Jeśli jednak nie czytasz tego ty, ale ktoś inny, to proszę, zanieś te wyrwane kartki na Sosnową 27 w Przyłach, koło Pucka. Przychodź w nasze miejsce codziennie. Jeśli wrócę, będę tam czekał. Daj mi miesiąc. Jeżeli się nie pojawię, zapomnij, że istniałem.

Żółty Kamień jest w miejscu, o którym tylko ja wiem. Ze mną. Zanim wydało się, co zrobiłem, popytałem ludzi o miejsca, w które chodziłem przez ostatnie dwa miesiące. Kilku mi odpowiedziało i w głowie pojawiła mi się pewna znajoma trasa.

Muszę wracać. Chcę wiedzieć, co takiego obudziłem w tej przeklętej puszczy i czy mogę to cofnąć, bo o zabiciu nie ma mowy. Jeśli będzie trzeba, poświęcę się. Muszę poznać tajemnice Żółtego Kamienia. Zastanawia mnie jedno. Czy moja matka chciała krzyknąć „pomocy”, czy „potwór”?

 

25 stycznia 2019 - 27 stycznia 2019

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania