Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Stalkerskie opowiadania 12: W imię zasad cz. 3

Tam Antares i Baśka ogarnęli się i właśnie kończyli robić porządek w swoim sprzęcie. W dalszym ciągu

zajęli się przygotowaniem kolacji i posłania. Zjedli przygotowany na szybko posiłek złożony z sucharów i konserwy turystycznej, przepijanej wodą. Na deser zaserwowali sobie batonika izotonicznego i tabletki antyradiacyjne. Antares wmusił w siebie trochę jedzenia. Kiedy energetyczne potrzeby ciała zostały zaspokojone, Zośka podał reszcie metalową piersiówkę. Kolejka okrążyła kompanię dwukrotnie, rozsiewając przyjemne ciepło we wnętrzu. Andrzej zwykł mawiać, że łyczek, czy dwa wieczorem zawsze był na miłe sny, albo „strzelisz banię, zmienisz zdanie!”. Dopiero po przełknięciu twardej, ruskiej wody rozmownej dotarło do nich jak bardzo są zmęczeni. Ze zdwojonymi siłami dotarły do nich ostatnie wydarzenia, ponownie męcząc i wyczerpując.

Zośka jako pierwszy objął wartę. Reszta położyła się, Emilka dostała posłanie Baśki, więc ta zaległa

obok Ollie. Po niedługim czasie wszyscy poza dowódcą zapadli w niespokojny sen.

Antares pełnił wartę jako ostatni. Nad ranem. Był świadkiem świtu, siedząc owinięty we wszystko, co ze sobą zabrał, siedząc na pniaku pod ścianą, przy której stały cztery rajki ułożonego drewna. Obok niego o stos szczap opierał się MSBS. Na korpusie broni zebrały się kropelki wilgoci. Kiedy niebo zaczęło robić się szare, z domku wyszła Baśka. Stalker posunął się, robiąc jej miejsce. Usiadła obok niego. Po chwili milczenia Antares zapytał:

- Jak twoja noga?

- Boli, ale ujdzie. Musi boleć – odpowiedziała, patrząc na niego. Nie odwzajemnił spojrzenia – A ty jak się czujesz?

- Ramię już prawie nie dokucza. Niedługo będę jak nowy – odparł.

- Wiesz, że nie o to pytałam.

- Staram się nie myśleć.

- To dobrze – odwróciła głowę i skupiła wzrok na mgle, gęsto spowijającej podszyt przy linii drzew - Nie myśl. Nie przywrócisz mu w ten sposób życia.

Dopiero teraz odwrócił głowę i spojrzał na profil Baśki. A profil miała perfekcyjny. Godny bicia na

monetach.

- Może jakbym podczołgał się do niego od razu…

- W żadnym razie powinieneś się obwiniać – odwróciła głowę i spojrzała mu głęboko w oczy - Zrobiłeś co mogłeś. Jeśli poszedłbyś od razu, podczas strzelaniny, ściągalibyśmy do cypla dwa trupy. Na twoim miejscu zrobiłabym to samo.

Popatrzyli w mgłę podnoszącą się pomiędzy drzewami na końcu polany. Milczeli przez dłuższą chwilę.

- Dzięki, Basiu – powiedział cicho Antares.

Po tych słowach usłyszeli ruch przy wyjściu z chatki. Pojawiła się Ollie i Zośka.

- Co z tym wisielcem wczoraj? – zapytała Baśka – Zapomniałam zapytać.

- Odcięliśmy ją, leży obok Andrzeja – odpowiedział jej Zośka.

- Ją? To kobieta?

Zośka potwierdził, a Baśka kiwnęła głową. Ollie coś się przypomniało. Sięgnęła do kieszeni na ramieniu i wyjęła kopertę, którą odczepiła w nocy od drzewa. Otwarła ją i wyciągnęła kartkę papieru i jakieś zdjęcie.

- Oż ty w trąbę – Ollie opadła szczęka – Ona wygląda jak… - podała zdjęcie Zośce i zaczęła czytać, zaaferowana – A to zasraniec chędożony! – krzyknęła Ollie, zdenerwowana czymś bardzo – Kutafon przegniły!

Baśka aż wstała, ciekawa co tak rozjuszyło Olkę, która zazwyczaj nie dawała się zbytnio ponosić emocjom. Musiało chodzić o coś naprawdę konkretnego.

- Pokaż – poprosiła Olkę.

Ollie doczytała szybko do końca i oddała list Basi. Tymczasem niemniej poruszony Zośka pokazał

zdjęcie Antaresowi. Stalker również się podniósł i wziął zdjęcie do ręki. Foto przedstawiało trzy osoby siedzące na starej, obitej czerwonym materiałem kanapie. Chyba rodzinę. Widać było kobietę, mężczyznę i dziecko pośrodku. Kobieta miała bardzo jasne, prawie białe włosy i była szczupła. Ojciec wyglądał przeciętnie. Również jasnowłosy, nosił krótką brodę. Pomiędzy nimi siedziała dziewczynka. Tak jasnowłosa jak rodzice. Z główki sterczały dwa śmieszne warkoczyki. Wyglądała zupełnie jak dziecko, które aktualnie spało za ścianą na śpiworze Baśki.

- To możliwe, żeby to była ona? – zarzucił pytaniem Antares.

- No pewnie! – odpowiedziała zdecydowanie Ollie – Wszystko składa się do kupy! Na gałęzi wisiała kobieta strasznie podobna do tej ze zdjęcia. Jej matka...

Baśka podała mu list, mrucząc pod nosem przekleństwa. Antares zaczął czytać. Zośka zerkał mu przez

ramię. Papier zawilgł mocno i wiele z treści listu było nieczytelne. Miejscami, dość gęsto kartka poplamiona była okrągłymi ciapkami. Ktoś płakał pisząc.

 

Kochany [fragment nieczytelny] [fragment nieczytelny]

Wciąż nie pojmuję, jak mogłeś to zrobić… Trzeba było samemu przejść przez Kordon,

zamiast płacić za artefakty własnym dzieckiem! Naszym dzieckiem! Ty chory poj… [fragment nieczytelny]. Nigdy nie nadejdzie dzień, kiedy przestanę Cię nienawidzić! Jak mogłeś brać zlecenie, kiedy nie miałeś czym zapłacić?! Skazałeś ją na śmierć! Zabiłeś ją, draniu! Mogłeś sam się oddać stalkerowi! Tak po prostu! W imię zasad! [fragment nieczytelny]. Ja przeszłam przez Kordon. Chciałam jej szukać, zrobiłam rekonesans. Kamień w wodę! Nikt nic nie wie… Jest już

za późno. Minęło zbyt wiele czasu… zrobiłam co byłam w stanie… Wybacz, ja nie umiem tak dłużej żyć. Chcę do niej dołączyć…

Żegnaj.

Twoja… [fragment nieczytelny]

 

Antares stał jak rażony gromem. Nie dowierzał. Przebiegł wzrokiem jeszcze raz całą

treść. Nie sądził, że ktokolwiek byłby zdolny do czegoś podobnego. Podał jeszcze kartkę Zośce, powstrzymując się z całych sił, by nie zmiąć jej, zwijając dłoń w pięść. Poczuł, że napinają mu się mięśnie przedramion i ramion. Rozcięcie przypomniało o sobie bólem.

- Sprawdź kopertę – poleciła Baśka Ollie – Może jest adresat. Trzeba go znaleźć – warknęła, oczy jej płonęły.

- Jest! – krzyknęła Ollie, obracając kopertę w palcach, Antares nachylił się, by lepiej widzieć – Antoni

Tomaszewski. Zajebiście. Trzeba w takim razie złożyć panu Antoniemu wizytę.

- Zbierajcie się. Zaraz wyruszamy – zakomenderował Zośka i schował list razem ze zdjęciem.

Stalkerzy błyskawicznie zwinęli swoje posłania, ukryli większość sprzętu w chatce, a ze sobą zabrali

tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Wstąpiły w nich nowe siły. Dobrą chwilę spędzili na tym, by doprowadzić mundury do jako takiego stanu. Wszystko po to, by nie wyróżniać się za bardzo po drugiej stronie Kordonu. Przygotowali nożyce do cięcia metalu, broń krótką i przedmioty osobiste, w tym dokumenty. Dziewczynka została obudzona. Wszyscy przekąsili coś przed wyjściem. Zanim mgła podniosła się zupełnie, ruszyli. Niebo zachmurzyło się całkowicie. Było ciepło i wilgotno, tylko patrzeć deszczu. Po drodze stwierdzili, że musiało padać już w nocy. Błoto było bardziej rozmiękłe i nasiąknięte niż późnym wieczorem, kiedy dotarli do Leśniówki.

Nim wybiła siódma, opuścili polanę, wnikając w wilgotny łęg. Do przejścia na drugą stronę mieli około

czterdziestu minut marszu. Dalej musieli zdać się na Emilkę, jak się okazało, Tomaszewską. Szli dość szybko między drzewami, powodowani tym, co znaleźli w liście. Wkrótce dotarli do wysokiego na dobre dwa metry metalowego ogrodzenia zwieńczonego kręgiem z drutu kolczastego. Okazało się, że nie trzeba nawet było ciąć. Oka siatki były już naruszone, wystarczyło znaleźć, podnieść i podważyć odpowiedni kawałek, a następnie podtrzymać, by przejść. Podobnie uczynili. Po chwili wszyscy razem z Milką znaleźli się na Dużej Ziemi. Jak zawsze towarzyszyło temu nieco dziwne i niespotykane nigdzie indziej uczucie.

Udali się dalej lasem, aż dotarli do wylotu leśnej drogi gruntowej. Ominęli opuszczony szlaban ze

znakiem zakazu wjazdu i poszli dalej drogą, która stopniowo zawierała coraz więcej asfaltu. Po dziesięciu minutach kroczyli już po w miarę zwykłej asfaltówce. Las rzedniał. Co kilka metrów mijali słupy zakończone latarniami.

Na jednym z nich zamontowano syrenę. Milka pokazywała, dokąd iść. Drzewa zostawili za sobą. Kiedy

dotarli do skrzyżowania, dziewczynka wskazała prawą odnogę. Skręcili i szli wzdłuż rzędu domów. Dziewczynka prowadziła dalej prosto, ciągnąc Ollie za rękę. Na następnym skrzyżowaniu skręciła w lewo, ale zaraz zatrzymała się, pokazując ręką dom usytuowany po prawej stronie ulicy.

- Jesteśmy na miejscu – powiedziała bardzo szczęśliwa i ucieszona – Dziękuję wam!

Emilka uścisnęła mocno Olkę i Baśkę, a Zośce i Antaresowi przybiła piątkę. Ruszyła raźno przez pokryty nierówną wylewką placyk do drzwi wejściowych domu. Stalkerzy wymienili spojrzenia i ruszyli za nią. Ollie zatrzymała się na podwyższonym ganku i pięścią trzy razy walnęła w drzwi.

Czekali długo. Otwarł mężczyzna podobny do tego na zdjęciu, mamrocząc pod nosem, zastanawiając się głośno, kto dobija się o takiej porze. Ten blondyn, z bródką nieco dłuższą niż na fotografii, był wymięty, blady na twarzy i wychudzony. W brudnym ubraniu. Reszta się zgadzała. Chwiejnym krokiem ustawił się na progu i dosłownie oniemiał.

- Jezu… - wyszeptał, a jego usta utworzyły idealnie okrągłe „O”, a oczy prawie wyszły z orbit – Moje dziecko…

Emilka rzuciła mu się na szyję, wciągając do środka. Stalkerzy wykorzystali to, również przekroczyli próg i weszli do szerokiego korytarza. Dziewczynka i Tomaszewski tulili się chwilę, blondyn wciąż nie dowierzał. W oczach miał łzy. Dziewczynka puściła go w końcu i pobiegła w głąb mieszkania szukając matki, której zapewne nie znajdzie. Antoni już odwracał się do czwórki stalkerów wymieniając podziękowania.

- Pan Antoni Tomaszewski? – szczeknął krótko Antares.

- Tak, skąd…

Jego twarz spotkała się momentalnie z bardzo szybko lecącą pięścią. Bezbłędnie wymierzony przez

Zośkę prawy sierpowy posłał go na podłogę.

- Dlaczego? – spytał leżąc na ziemi i trzymając się za twarz, plując krwią.

- W imię zasad… – wolno wycedził przez zęby Zośka, po tych słowach Baśka zrobiła dwa szybkie kroki.

Kopnięciem w brzuch pozbawiła leżącego tchu i spowodowała odruch wymiotny – …Skurwysynu – dokończył dowódca.

Zośka przekroczył go, udając się za dziewczynką do mieszkania. Słyszeli, jak mała woła mamę. Baśka poszła w jego ślady. Ollie chciała jeszcze poprawić wijącemu się z bólu blondynowi, ale Antares powstrzymał ją chwytając za rękę.

- Wystarczy – rzekł i poprowadził ją za resztą.

Ollie splunęła tylko pogardliwie i razem z Antaresem przeszła dalej za towarzyszami. Do korytarza

bezpośrednio przylegało duże pomieszczenie w charakterze salonu. W dużym, elipsoidalnym pokoju na szczątkowych meblach stało bardzo dużo pustych butelek po wódce, czy innym alkoholu. Można się było uchlać samymi, unoszącymi się w środku niewietrzonego pomieszczenia, oparami. Po podłodze walały się zmięte puszki po nędznym piwie. Tomaszewski może i zachował się podle, ale widać było, że cierpiał. Jeśli w ogóle można go usprawiedliwiać. Próbował utopić swoje smutki w alkoholu. Stalkerzy omietli pokój wzrokiem. Mieszkania od dawna nie sprzątano. Gruba warstwa kurzu zalegała na niemal każdej powierzchni. Ciężko było cokolwiek dostrzec przez okropnie zapaskudzone okna. Ollie i Baśka znalazły dziewczynkę i zaprowadziły ją do mniejszego pokoju, by tam delikatnie wytłumaczyć jej, gdzie jest mama i dlaczego nie wróci.

Tymczasem Antares i Zośka pospacerowali chwilę po salonie Tomaszewskiego. Ten przyszedł do nich po chwili chwiejnym krokiem, brocząc krwią. Opadł ciężko na starą, obitą czerwonym materiałem kanapę, z której podniósł się obłok kurzu.

- Wiem, że źle zrobiłem – zaczął niepewnie gospodarz, mówiąc przez nos i plamiąc posoką dywan – To był błąd mojego życia. Nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Żona mnie zostawiła – ciągnął wpatrując się w krople krwi wsiąkające w dywan i parkiet, którym wyłożona była podłoga – Straciłem córkę. Wycierpiałem swoje, ale odzyskałem ją, dzięki wam. Marzyłem o tej chwili… żeby tylko moja mogła to zobaczyć…

- Twoja żona nie żyje – powiedział twardo Antares.

- Co? Jak to? – podniósł błędny wzrok Tomaszewski – Skąd wiecie?

Zośka wyciągnął i podał mu list wraz ze zdjęciem. To wywołało kolejny atak spazmów i płaczu.

Tomaszewski opadł na kolana. Podobne odgłosy dochodziły z pokoju obok, gdzie płakała Emilka. Zośka i Antares wymienili spojrzenia. Milczeli. Dzielnie znosili tragedię, jaka rozgrywała się w tym mieszkaniu.

- Los dał ci drugą szansę – przewał w końcu milczenie Zośka – Wykorzystaj to. Zmień się. Masz dla kogo żyć.

- Jestem zobowiązany… Muszę… - mówił łkając blondyn - Będę dla niej najlepszym ojcem… Zrobię, co tylko będę mógł.

- Pierwsze co, to przestań chlać – poradził Zośka krzyżując przedramiona na piersi.

- Jestem wam coś winien…

- Nie. Nie jesteś. Nie zrobiliśmy tego dla ciebie ani dla zarobku. Zrobiliśmy to dla dziewczynki – zaoponował Zośka.

- Ale stalkerka…

- Kto? – zainteresował się Antares - O czym ty mówisz?

- Kiedy… Kiedy już zdałem sobie sprawę z tego co zrobiłem – przełknął łzy gospodarz - Wynająłem innego stalkera. Podobną wam dziewczynę, zapłaciłem wszystkimi artefaktami, jakie mi zostały… Chciałem, żeby odszukała tamtego stalkera, który zabrał moją córkę i znalazła ich. Powiedziałem jej kto to był. Opisałem go…

- Co o nim wiesz? – podchwycił Zośka.

- Przedstawił się jako Dziki. Tylko tyle – stalkerzy spojrzeli na siebie – Był łysawy, wyglądał raczej przeciętnie. Nosił karabin, chyba AUG. Zabrał Emilkę, spieszył się. Był zdenerwowany. Tyle powiedziałem dziewczynie, stalkerce, którą wynająłem. Dopiero jak ona poszła, znalazłem to.

Tomaszewski zdjął z najbliższej półki zeszyt oprawiony w czarną, pomarszczoną skórę. Zośka wziął od niego książeczkę i otworzył. Dziennik. Dziennik Dzikiego.

- Poszukaj zapisu sprzed około dwóch tygodni – powiedział Antares.

Zośka przerzucił kilka stron i znalazł. Dziki zanotował kilka słów.

…wróciłem z artami. Ten skurwiel Tomaszewski nie miał umówionej kasy. Zaoferował swoje dziecko. Co miałem zrobić? Uznałem, że chędożę zasady i zabrałem ją. Początkowo chciałem sprzedać, może w Zembach albo gdzieś indziej w Zonie, bo przecież nie zapłacę nią długu… chyba że? ale może poczekam aż trochę podrośnie a wtedy… no albo ewentualnie zrobię z niej pomocnika. Będzie dla mnie zbierać artefakty, a ja będę zbijał kasę. Sam nie wiem. Zastanowię się, na razie wracam do Zembów i tam się zastanowię. Najpierw muszę się odkuć i zwrócić pożyczkę chłopakom. Chyba pójdę w górę, do Garów. To dobry dzień na to…

Dowódca przewertował zeszycik jeszcze dalej, ale kartki były puste. Notatka musiała powstać tutaj i tutaj została. Zośka spojrzał na Antaresa i podał mu dziennik. Ollie i Baśka przyprowadziły Emilkę. Ojciec wziął ją w objęcia. Jego wzrok mówił wszystko.

Człowiek jest najszczerszy, kiedy milczy.

On sprawiał wrażenie, jakby wygrał życie. Ponownie się narodził.

- Nic tu po nas – mruknął Antares.

Stalkerzy wycofali się dyskretnie i opuścili dom Tomaszewskiego. Poszli drogą w stronę wejścia do lasu. Bez dziewczynki nic ich już nie ograniczało, poza ranami jakie odnieśli, ale mimo to, tempo marszu było szybsze niż dotychczas. Po drodze Zośka streścił dziewczynom znalezisko i przeczytaną notatkę w kalendarzu Dzikiego, który zostawili w domu Tomaszewskiego.

- Zastanówcie się co z tym zrobimy. Ustalimy w Leśniówce– rozkazał dowódca.

Minęli dwa skrzyżowania, obeszli szlaban opatrzony zakazem i doszli do końca asfaltu. Zagłębili się ponownie w las, przeszli przez ogrodzenie, powrócili do Leśniówki. Na miejscu zajęli się kompletowaniem sprzętu i przygotowaniem do wymarszu. Po drodze nie przestawali rozmawiać na temat najnowszych informacji.

- Według mnie tak trzeba – mówiła Baśka – Nie wiemy co to za jedna. To by było w porządku wobec niej. Dla dziewczynki zaryzykowaliśmy.

- Ale to dziecko, a nie stalker – kontrargumentowała Ollie - Dobrze przygotowany na warunki jakie występują w Zonie…

- Tak, ale wciąż łazi i jej szuka. I będzie szukać do skutku, zginie niepotrzebnie. Jeśli Andrzej zginął, dobrze by było, żeby chociaż ta stalkerka przeżyła. Tak ja sobie myślę – stwierdził milczący dotąd Antares, po czym postanowił zakończyć dyskusję i zdać się na dowódcę – Zocha, decyzja.

Wszyscy skupili swój wzrok na Zośce. Byli już ubrani, oporządzeni, gotowi. Każdy ze swoim sprzętem

rozmieszczonym na ciele. Z bronią w ręku. Ollie trzymała UMP, Baśka ściskała MP5, a Antares Iskrę. Do Zośki należało zdecydować czy znaleźć i poinformować stalkerkę o tym, że dziecko się znalazło, czy też pozostawić ją samą sobie. Dobrze wiedząc przy tym, że stalkerzy, prawi stalkerzy, dotrzymują słowa. Antares trafił w czuły punkt, wspominając Andrzeja. Dwie śmierci przy jednym rajdzie. Czyste marnotrawstwo cennych zasobów.

Niewielu mogło sobie na to pozwolić. Ale z pewnością nie Pomidorowcy Zośki. Oni nie dopuszczali żadnych strat. Ale czasami tak się po prostu nie dało.

- Idziemy po Dzikiego – zakomunikował po chwili namysłu dowódca wyprawy – Wiemy, że był w Zembach. Nadał skrzynię z Emilką. W dzienniku pisał o długach. Mógł być ścigany, dlatego nie mógł odprowadzić jej sam poza Strefę. Stalkerka udała się go śladem. Znajdziemy Dzikiego, znajdziemy stalkerkę. Z jego notatek wynika, że z Zembów udał się na Gary. Pójdziemy dnem poza Much, tak, żeby wylecieć gdzieś przy Skawcach. Potem na wał, przez Zemby i do Garów. Pytania? - nikt się nie odezwał – Idę pierwszy. Baśka za mną, potem Antares i Ollie. Chodźcie, pożegnajmy Andrzeja.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Czy ktoś może mi pomóc?
    W oknie edycji tekst wygląda normalnie, tak samo jak w wordzie. Ale po dodaniu publikacji wygląda ona tak, jak widać, co uniemożliwia czytanie. Jest na to jakiś sposób?
  • Madżin 3 miesiące temu
    Mi też tak robiło w bajkach KSW.
  • Pan Buczybór 3 miesiące temu
    Ten edytor Opowi jest do dupy, więc lepiej po prostu wstawiać tekst bez formatowania, bo z tymi wszystkimi akapitami i innymi bajerami po prostu dostaje pierdolca.
  • Tak teraz zrobiłem właśnie. A i tak nie wygląda to najlepiej. Może będzie się dało to przeczytać w takim stanie.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania