Stracone szczęście

Marta od podstawówki była prymuską, ale nie lubili jej ani nauczyciele, ani rówieśnicy. Była arogancka i zarozumiała; przy tym nie grzeszyła urodą. O ile na lekcjach czuła się jak ryba w wodzie, to już na przerwach było gorzej. A kiedy zjawiała się na jakimś wieczorku tanecznym - to tkwiła w kącie zapomniana. Podobnie było na szkolnych wycieczkach - wlokła się na końcu i nikt nie miał ochoty jej towarzyszyć. Śpiewająco zdała maturę, na egzaminach wstępnych na obleganą ekonomię też poszło jej bardzo dobrze. Rodzice byli ludźmi zamożnymi - dumni z córki, nie szczędzili grosza.

W wielkim mieście, daleko od domu, bardzo boleśnie odczuwała osamotnienie. Pragnęła przyjaźni i akceptacji. Jak już nie można było inaczej, to kupowała sobie przychylność współlokatorek i kolegów. Fundowała kolacje w lokalach, bilety na imprezy, alkohol na oblewanie egzaminów. Tak dobrnęła do czwartego roku studiów .Grupa przyjaciół wybierała się w góry; wzięli ze sobą Martę licząc na jej pieniądze.

Zamiast śniegu – zaczął padać deszcz. O wyprawach na szlaki nie było mowy – już po trzech dniach, z tej przyczyny, większość towarzystwa była spłukana do czysta. Najbardziej Hubert – ten nie miał nawet na piwo. Chłopak studiował weterynarię, pochodził ze wsi, z niezamożnej rodziny.

Choć był urodziwy i przystojny, raczej stronił od dziewczyn, bo był nieśmiały, a przy tym odebrał w domu surowe, religijne wychowanie. Gdziekolwiek się wybrali, Marta płaciła za niego, a on czuł się w obowiązku okazywać jej trochę serca i wdzięczności.

Po powrocie z ferii, Hubert chciał zakończyć znajomość, ale dla Marty był zbyt cenną zdobyczą, by ot tak pozwolić mu odejść. Wciąż była tam, gdzie spodziewała się go zastać. No i stało się tak, że zostali parą, choć on do końca nie wiedział, czy tego chce.

 

Wynajęli stancję; miał uprane, posprzątane, jedzonko było niezłe i zawsze na czas – czego więcej chcieć? A do tego on był pierwszym, który dotknął jej ust – a ona pierwszą, którą on posiadł. Urzeczeni nowymi dla siebie doznaniami, wkrótce się pobrali.

Marta wyładniała, nabrała gracji i pewności siebie. Zachłysnęła się tym szczęściem tak bardzo, że zawaliła ostatnie egzaminy i wzięła urlop dziekański. Hubert, aczkolwiek też szczęśliwy, doskonale radził sobie z nauką, pisał też pracę magisterską.

Marta postanowiła, że póki co, podejmie jakąś pracę. Wkrótce objęła stanowisko księgowej w hurtowni ogrodniczej. Hubert obronił pracę i skorzystał z okazji, że dawny absolwent jego uczelni wyjeżdżał za granicę i można było zająć jego miejsce. Tak więc, niespodziewanie dla siebie samego, został weterynarzem powiatowym.

Młodzi byli rozdzieleni – ona w Warszawie, on nad morzem. Tęsknili bardzo; ona kiedy tylko mogła, przyjeżdżała do męża i razem urządzali ładne, duże mieszkanie w dawnym, popegerowskim pałacu.

Hubert nieraz myślał: doprawdy los się do mnie uśmiechnął. Mam oddaną, kochającą żonę, mam pieniądze, mieszkanie i pracę, którą lubię. I wszystko, jakby mi z nieba spadło.

Przyszła jesień, zaczął się rok akademicki. Marta nie musiała chodzić na wszystkie wykłady, gdyż część przedmiotów miała zaliczone – nie porzuciła więc pracy. Całkiem nieźle godziła jedno z drugim.

Do męża jeździła rzadziej; raz, że zainteresował ja współpracownik, który się przyjął do hurtowni, a dwa, że było mniej czasu.

Nowy był rozwodnikiem, miał na imię Jerzy. Elegancki , zadbany; a przy tym przedsiębiorczy, rzutki, pełen inicjatywy - od pierwszych dni zdobył serca niewieściej części załogi .Tak się złożyło, że póki co – dzielił biurko z Martą. Miał moc zajęć i spraw do załatwienia, wciąż coś gubił, czegoś szukał. Pedantyczna współtowarzyszka podsuwała mu potrzebne dokumenty, wręcz zgadywała czego właśnie szuka. To był początek bliższej znajomości. Zaczęły się wspólne śniadanka, później kolacje, dancingi – ani się spostrzegła, jak wylądowali w łóżku. Wszystko, co przeżyła do tej pory z mężem określała teraz w myślach, jako dziecinadę.

Jerzy był doświadczonym kochankiem; Marta dopiero teraz odkryła ile radości może dawać ta strona życia. Jak mogła unikała zbliżeń z mężem; tak jej obrzydł, że wydawało jej się, że czuć go oborą. Ni z tego, ni z owego, stał się dla niej obcym człowiekiem; tym bardziej, że on wciąż czekał i tęsknił – a nie znajdując dawnej Marty, robił jej gorzkie wyrzuty. Łudził się nadzieją, że koniec studiów wszystko zmieni i naprawi, bo nareszcie będą razem.

Tuż przed obroną pracy magisterskiej, Marta niespodziewanie pojawiła się w domu. Była nienaturalnie sztywna i blada, bardzo się śpieszyła. Biegając po mieszkaniu i pakując swoje rzeczy, oświadczyła, że pokochała innego, że jedynym wyjściem jest rozwód i że to decyzja ostateczna i nie ma o czym dyskutować.

Hubert cofał się przed tymi słowami, jak przed ciosami. Usiadł przy stole i zasłonił twarz rękoma. Oszalałe serce chciało wyskoczyć mu gardłem. Nim jako tako doszedł do siebie, ona już wychodziła z walizkami. Ciężko odchorował to krótkie spotkanie z żoną . Wciąż miał kłopoty z sercem, wychudł, stracił chęć do pracy i do czegokolwiek. Był częstym gościem w przychodni rejonowej. Dopiero przy którejś tam z rzędu wizycie – zauważył, że pani doktor jest bardzo młoda, niezwykle miła i że nadzwyczaj troskliwie się nim zajmuje. Marta zamierzała związać się na stałe z Jerzym, lecz ten szykował się do wyjazdu do Holandii. Nadarzyła się bowiem okazja na objecie popłatnego stanowiska w macierzystej instytucji, z której hurtownia sprowadzała kwiaty i warzywa. Pakując się mimochodem powiedział:

- Szkoda, że nie jesteś wolna, wyjechalibyśmy razem.

- Postanowiła, że zrobi wszystko, żeby jak najszybciej nie być związaną z Hubertem. Nie żałowała grosza, ani starań, w rezultacie po sześciu miesiącach uzyskała rozwód. Przed pierwszą, ugodową rozprawą przyjechali rodzice Marty i próbowali odwieść ją od decyzji o rozwodzie.

- --Dziewczyno, opamiętaj się – tłumaczyli – przecież temu Hubertowi nic nie można zarzucić. Kocha cię, szanuje; nie pije, nie pali. Jak sama mówiłaś w pracy nie mogą się go nachwalić. To jest naprawę bardzo dobry człowiek. Czego ty chcesz na Boga!?

A gdy wciąż trwała w bezsensownym uporze, poirytowana matka rzekła na koniec:

- Dla ciebie, z twoją urodą i okropnym charakterem ten Hubert, to był los na loterii. Żebyś wiedziała - do końca życia będziesz żałowała swojej głupiej decyzji!

 

Po rozwodzie pojechała za Jerzym do Holandii, do miasta Arhnem. Choć uprzedziła go telefonicznie, nie czekał na nią ani na dworcu, ani przed swoim biurowcem. Z wielkim trudem; tylko dzięki życzliwości napotkanych pracowników, odnalazła mieszkanie, gdzie mieszkał.

Niczego nie musiał tłumaczyć – gdy rozmawiali, z pokoju wyszła młodziutka dziewczyna w zaawansowanej ciąży. Jerzy nie krył irytacji i zniecierpliwienia. Nie chciał słyszeć o jakiejś pomocy, by mogła gdzieś się zatrzymać, czy znaleźć zajęcie. Na szczęście nowa dziewczyna Jerzego – Majka nie miała sumienia , żeby wygonić ją na ulicę. Znalazła Marcie mieszkanie, a po paru dniach i pracę w domu opieki.

Tak więc runęły plany i nadzieje, i marzenia – znowu była sama wśród obcych. Wracać z niczym? Przenigdy! Postanowiła, że zarobi, że się pozbiera z tej porażki i dopiero przyjedzie do Polski.

Po trzech miesiącach kupiła całkiem niezłe auto, po roku uznała, że stać ją będzie na kupno mieszkania i postanowiła wracać. Była pewna, że wszystko da się jeszcze odkręcić, że można będzie ułożyć sobie życie z Hubertem, gdzieś, gdzie ich nikt nie zna.

Myśląc o byłym mężu, nie tyle żałowała, że tyle bólu mu sprawiła – lecz miała mu za złe, że do tego wszystkiego dopuścił. Pragnęła wyjść z całej tej sprawy z honorem, no i żeby było, jak dawniej. Tylko jak tego dokonać? To jedynie ją martwiło. Po krótkim pobycie u rodziców, wybrała się w odwiedziny do byłego męża. Podjechała pod pałac i poszła do mieszkania , które z takim zapałem niegdyś urządzała. Drzwi otworzyła elegancka, poważna pani w okularach. Widać szykowała się do wyjścia, bo trzymała w ręku szczotkę do włosów.

-Proszę zejść do poczekalni, za chwilę będę w gabinecie – wzięła Martę za pacjentkę.

-Ja chciałabym zobaczyć się z panem Hubertem – odrzekła Marta słabym głosem.

- Męża nie ma, będzie po obiedzie

Widocznie było coś takiego w twarzy Marty, że lekarka chwyciła ją za ramię i usilnie zapraszała do mieszkania. Ta jednakże odwróciła się i powoli, kurczowo trzymając się poręczy, zeszła po schodach.

Zamknięta w samochodzie łkała bez łez i długi czas nie mogła przyjść do siebie. Spostrzegła jednak, że budzi zainteresowanie – widocznie ją poznawano. Pośpiesznie odjechała. Była tak roztrzęsiona, że postanowiła odpocząć w przydrożnym zajeździe . Wzięła tabletkę nasenną i usnęła jak kamień. Rano wstała z ciężką głową, zeszła do jadalni na śniadanie. Machinalnie spojrzała w okno i struchlała – nie było samochodu! Natychmiast wezwana policja nie dawała większych szans na odnalezienie. Zgnębiona, spłakana czekała w komisariacie na rodziców, którzy mieli po nią przyjechać.

- -Panie Boże ja tyle nie udźwignę. Starczy już tego cierpienia, pomóż mi, nie karz mnie już więcej – modliła się bezgłośnie siedząc w ponurym, ciemnym pomieszczeniu. Jedyną pociechą był fakt, że pieniądze miała przy sobie.

Gdy już jechała z rodzicami do domu, matka przytuliła ją i rzekła:

- Widzisz dziecko, sama widzisz, że w życiu potwierdza się reguła – jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz

.- Kobieto, dajże jej teraz spokój – odezwał się ojciec - córcia, nie martw się, wszystko się pomału ułoży. Przecież nie śpi się ciągle. Wstaje dzień, świeci słońce, życie toczy się dalej. A każdy następny dzień daje nową nadzieję.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Marian 7 miesięcy temu
    Samo życie. Czesto tak bywa.
    Trochę Ci powpadało niepotrzebnych kresek i kropek. Przeczytaj spokojnie jeszcze raz tekst i powyrzucaj je.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania