Święte opętanie

*

 

Był takim, jak my wszyscy wtedy, wesołym i trochę leniwym dzieciakiem. Można powiedzieć, że się przyjaźniliśmy - ja i on. To było jeszcze w czasach, kiedy posiadał własne imię, marzenia i ... życie.

To wszystko zaczęło się od snu, ale kto normalnie przejmuje się snami, nawet tymi dziwnymi. Dowiedziałem się, kiedy pewnego dnia przyjaciel opowiedział mi o swoim śnie, który stawał się coraz bardziej natrętny. I męczący. Właściwie nawet nie sam sen tylko osoba - byt, który się tam pojawiał. Przedstawił się jako Święty Laomar. Najpierw prosił, a potem już żądał. Pewnie jesteście ciekawi czego chciał Święty od przeciętnego zupełnie nastolatka z małego miasta. Chodziło mu o pozwolenie na komunikowanie się z przyjacielem na jawie, sny mu już nie wystarczały, chciał rozmawiać, pouczać. Szukaliśmy takiego świętego w internecie, a kiedy się okazało, że nawet ksiądz o nim nie słyszał, szukaliśmy go jeszcze na wszelki wypadek w "Żywotach Świętych" i innych książkach. I nic, ani śladu. A Święty niecierpliwił się coraz bardziej. Mój przyjaciel prawie nie sypiał, był drażliwy i smutny.

Razem postanowiliśmy, że może jeśli zgodzi się na propozycję ze snu, to sytuacja się poprawi, a dziwny koszmar da mu spokój. Wtedy jeszcze nikt więcej z naszej paczki nie wiedział o tym, rodzice tym bardziej. A szkoda, bo może jeszcze dałoby się wycofać, gdyby ktoś ostrzegł, gdybyśmy zareagowali inaczej, ale mieliśmy wtedy po 12 lat, wszystko wiedzieliśmy przecież najlepiej. Już na następny dzień przerażony powiedział mi o pierwszym "prawdziwym" spotkaniu z Laomarem. Podobno był uprzejmy, chciał pomóc Kościołowi w potrzebie, przecież tylu ludzi ostatnio odwracało się od Kościoła, a przyjaciel był praktykującym katolikiem, jak i jego rodzice. Na pytanie, dlaczego nigdzie nie ma informacji o nim, odpowiedział tylko, że to kwestia czasu i przeoczenie Kościoła, i niedługo się to zmieni.

Odkąd Laomar zaczął się pojawiać również "w realu", uznaliśmy za stosowne poinformować resztę naszej paczki o sytuacji, tak na wszelki wypadek, bo nigdy nie wiadomo kiedy się mógł zjawić. Nie zdarzało się to w szkole, ale już podczas wolnego czasu często, dlatego przyjaciel rzadko po szkole wychodził, a chcieliśmy to zmienić. Reakcje były różne, jednak nikt go nie wyśmiał i nie odrzucił. Chyba najgorszą reakcją był totalny brak wiary w to co opowiedział i żarty, ale to tyle. Kilka osób pytało, czy mogą być obecni przy takim spotkaniu i nawet udało się to zorganizować, jednak oni widzieli wtedy tylko rozmazaną, niewyraźną postać, jakby za zaparowaną szybą i nie rozróżniali słów które wypowiadała, słyszeli tylko szum. Ale upewnili się, widzieli na własne oczy, że nie skłamał i wiedzieli, że nie jest to coś błahego, tu musi chodzić o poważne rzeczy. Chyba właśnie ktoś z nich nieśmiało zaproponował mu rozmowę z księdzem. Żeby mieć pewność, że nikt tego nie usłyszy, najpierw w konfesjonale.

Przestraszony ksiądz chyba 10 razy upewniał się, że chłopak nie kłamie i nie robi sobie z niego jaj. Potem uspokajał go, że takie rzeczy się zdarzają i to może być wielki zaszczyt dla niego i jego rodziny. Następnie zaprosił chłopca na plebanię i razem z proboszczem, wysłuchawszy historii, zaczęli debatować, co zrobić z tą sytuacją, a już po wyjściu przyjaciela; jak wykorzystać ją dla celów parafii, a może i całego Kościoła.

Tym czasem on coraz bardziej wycofywał się z normalnego życia, po szkole już razem nie wychodziliśmy zagrać lub posiedzieć z chłopakami, nawet zadania domowe i naukę zaczął zaniedbywać. Stopniowo zaczynał się liczyć tylko Święty, przesiadywanie (modlitwy?)w kościele i z księdzem. Rodzice o sytuacji zostali poinformowani właśnie przez księdza:

- zawsze może do nas przyjść, zaopiekujemy się nim, będziemy go chronić i panować nad tą całą... sprawą - powiedział na koniec rozmowy płaczącym rodzicom.

A przyjaciel dokładnie dyktował wszystkie zasłyszane nauki, wytyczne i zakazy księdzu, tak jak sobie zażyczył Laomar.

 

*

 

W wakacje ksiądz zorganizował pierwsze spotkanie z dziećmi z podstawówki i gimnazjum odbyło się w salce katechetycznej, pod kościołem. Przyszło kilkanaście osób, ktoś pojawił się z mamą, wszystko lepsze niż nudne włóczenie się po mieście. Przyjaciel, wtedy już 14-letni, był zdenerwowany, ale po kilkunastu minutach mówił, a raczej przemawiał już tak pewnie i charyzmatycznie, że dzieciaki słuchały go z otwartymi ustami. Opowiadał im o tym jak ważny jest przykład, który dają innym, sposób odnoszenia się do starszych, szacunek, modlitwa, wiara. Ale już na kolejnych spotkaniach wychwalał...posty, umartwienia, ofiarowanie własnego cierpienia. Nie wiem czy było to zrozumiałe dla dzieci, może o tym samym pomyślał wtedy ksiądz, organizując też spotkania dla dorosłych. Spotkania z chłopcem, który rozmawia ze Świętymi. Wiadomo, na początku zjawiały się same "mohery".

Jednak w kolejnym roku stało się coś, czego już nie można było ignorować, nie władzom kościelnym. Święty Laomar widząc jak poddany mu stał się przyjaciel, nie tracił już czasu na rozmowy z nim i nauki. Postanowił przemawiać do ludzi w czasie rzeczywistym, używając ciała swojego medium. Spotkania odbywały się dalej, choć ksiądz z proboszczem nie byli do końca przekonani, ale lud się domagał. Salka już nie wystarczała, a tłumy schodziły się do kościoła. Każdy chciał zobaczyć chłopaka, który z zamkniętymi oczami, nieruchomo i nie swoim głosem zaczyna ich nauczać. Dla mnie był to widok jak z horroru. Przychodziliśmy tam paczką tylko na chwilę, co jakiś czas, żeby zobaczyć, czy wszystko z nim ok i wychodziliśmy smutni za każdym razem. Straciliśmy kumpla, to wiedzieliśmy wszyscy i moglibyśmy z tym żyć, ale najgorsze było oglądanie go w tym stanie, zmienił się, schudł, zmizerniał - pewnie dokładnie stosował się do umartwień i postów, które tak jego ustami zachwalał Laomar.

W międzyczasie ruszyła już machina Kościoła, a w jej trybach znalazł się nasz dawny przyjaciel. Jego rodzice opowiadali mi czasem o kolejnych komisjach, które badały i przepytywały go, oni nigdy nie mogli w tym uczestniczyć, zawsze zostawali przed drzwiami, ale przecież ufali księżom i Kościołowi. W lokalnej telewizji natknąłem się nawet na krótki wywiad z jednym z przybyłych ( w wiadomej sprawie) z Kurii, księży:

- to standardowe procedury w podobnych przypadkach. Kościół dba, żeby nie zgorszyć wiernych, dlatego weryfikuje takie przypadki. Nie chcielibyśmy, aby coś zachwiało ich wiarą, lub wystawiło na pośmiewisko.

Badali też podobno życiorys Laomara, ale o tym dowiedziałem się o wiele później, gdy przeczytałem gdzieś o mszy beatyfikacyjnej bł. Laomara. A jeszcze później o kanonizacyjnej. Czyli jednak ... Tak jakby nikogo nie obchodziło, jak on postąpił z moim przyjacielem, jakby to wszystko się nie wydarzyło. Ważny był tylko napływ ludzi do Kościoła, gazety trąbiły, że katolicyzm przeżywa swój renesans, że wierni wracają na "łono Kościoła". A to byli tylko przestraszeni obcowaniem z Laomarem ludzie, często biedni, jakby zahipnotyzowani, albo zaszantażowani groźbami piekła i nieszczęść, które mogą ściągnąć na bliskich. Nie było wśród nich pogodnych, ufnych, zadowolonych twarzy. Czyżby Kościołowi właśnie o to chodziło? O "wyhodowanie" i wychowanie sobie przestraszonych, niepewnych i nieszczęśliwych wiernych, wymęczonych wyrzeczeniami i umartwieniami? Czy tego chce Kościół dla wszystkich? Czy to ma być sens wiary i ludzkiej egzystencji na Ziemi? Zastanawiałem się ilu z tych ludzi zadało sobie choćby raz pytanie, co się stało z tym chłopcem, który objawił nam Laomara? Pewnie nikt nie chciał tego wiedzieć. A sam pogrzeb 18-latka był przez rodziców i zapobiegliwych hierarchów kościelnych utrzymany w tajemnicy. Ciało włożono do rodzinnego grobu, podpisano na tablicy imieniem, którego i tak nikt oprócz rodziców nie używał od bardzo dawna i już nie pamiętał. Nie stało się nic nieprzewidywalnego i nie był to wypadek. Po prostu bunt organizmu spowodowany niedożywieniem, brakiem snu i chłostami. Nikt by tego nie wytrzymał tyle czasu, więc serce też nie wytrzymało- zawał.

 

*

 

Nigdy nie dałem sobie tak całkiem spokoju, choć od jego śmierci minęło już 20 lat. Co kilka miesięcy, lub lat, znów zaczynam szukać informacji o podobnych przypadkach i ludzi, którzy się z tym zetknęli. Na całym świecie znajdują się hermetyczne grupy zrzeszające zainteresowanych tematem.

I tak właśnie na mojej drodze pojawił się były ksiądz i zarazem były egzorcysta. Nasze rozmowy pozwoliły mi wiele zrozumieć i trochę uwolnić się od brzemienia winy i bezczynności, jakie się za mną ciągnęło.

Już wiadomo, że Kościół zawsze ma na celu tylko swoje dobro, jako instytucji. Wszyscy inni ludzie, jak i ci dotknięci problemem "obcowania ze świętymi", są im obojętni, mają albo służyć wspólnemu dobru (a raczej dobru Kościoła), albo się ich ignoruje, wyszydza, a sprawy wycisza itp. Kolejna ciekawostka to, że nigdy nie ma stuprocentowej pewności, czy z danym człowiekiem kontaktuje się święty, czy demon. Oba przypadki wyglądają bardzo podobnie, oba szkodzą ciału i umysłowi dotkniętego nimi człowieka, przy obydwu mogą występować zjawiska znane jako "paranormalne", mogą szkodzić też innym i ostatecznie oba najczęściej doprowadzają swoją ofiarę do śmierci. I to z każdym objawieniem się świętego, Maryi czy Jezusa było podobnie. A Kościół sam decyduje, czy dane zdarzenie będzie dla niego na plus bardziej niż na minus i podaje do szerszej wiadomości tylko te wygodne fakty. Przypadki uwolnienia od jednego jak i drugiego są tak samo rzadkie.

Tak więc, jeśli się modlisz - uważaj, bo nigdy nie wiadomo kto Cię usłyszy i odpowie.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania