Syn Czarnego Smoka

I

 

Spała zawinięta w pomięte prześcieradła. Spojrzał na nią i krzywo się uśmiechnął. Tak to była upojna noc.

Zamienił się w szarobiałego wilka i wyskoczył przez okno. Mógł zamienić się w każde inne stworzenie jednak w wilczej skórze czuł się wolny. Las pachniał wilgocią ptaki powoli budziły się ze snu. Za chwilę pokażą się pierwsze jasne smugi na nocnym niebie, a słońce rozpocznie wędrówkę.

 

Jeszcze tylko kilka skoków. Zatrzymał się. Zrzucił w myślach postać wilka i stał się z powrotem sobą. Stał na łące, rosa błyszczała w kępkach traw. Po drugiej stronie polany delikatnie zaszeleściły gałęzie brzozy i wtedy właśnie ukazała się smukła postać elfa.

- Nie śpieszyłeś się Elvirze. – Szepnął zmęczonym głosem.

- Nie śpieszno mi było opuszczać łoże dzisiejszej nocy jasny przyjacielu. – Uśmiechnął się mag, który myślami wrócił do młodej żony przydrożnego karczmarza.

- Wolę nie czytać z twych myśli Elvirze. – elf był już zniecierpliwiony i choć nie dał tego po sobie poznać chciał ruszać w trudną drogę.

-Twój szacowny ojciec wie o twojej wyprawie Artonie ? – Spytał mag choć dobrze znał odpowiedź. Elf milczał. Nie było sensu pytać o nic więcej. Jednak gniew władcy Kryształowych Sal nie był w smak Elvirowi, nawet z jego mocą, głupotą było sprzeciwić się woli Rentorna króla mądrego ale jakże mściwego.

 

Ruszyli leśnym duktem, każdy pogrążony w otchłani swych myśli. Czekająca ich wyprawa nie miała przynieść chwały ani bogactwa. W najlepszym razie przyniesie szybka śmierć w najgorszym …

podążali krok za krokiem w przeklęte miejsce Góry Tracących Nadzieje.

Słońce, wzeszło już wysoko i smagało złotymi biczami, przystanęli aby nieco odpocząć w chłodzie starego dębu.

Drzewo pamiętało wiele z dziejów spokojnej krainy Lordii. Kora była pomarszczona jak skóra stuletniego znachora,

a dusza drzewa szumiała mocno zielonymi liśćmi, zmęczonymi letnim upałem.

 

- Elvirze wciąż słyszę w mych myślach zew Czarnego. Jak możesz być tak pewny swego ? Zabije nas jednym spojrzeniem.

- Ciebie nie zabije – mag odpowiedział ponuro bez strach. Sam obcował już tyle razy z własną śmiercią, że przestał się jej lękać. Była dla niego niczym dojrzała kobieta zabawiająca się ze swym niedoświadczonym młodym kochankiem.

– Co do mnie, jeśli zainteresuje go moja chaotyczna moc, nie zrobi tego od razu. Nie ciebie nie zabije jesteś już teraz jego częścią czy ci się to podoba czy nie. Piłeś jego krew !

 

Elf zbladł na samo wspomnienie, choć na jego jasnej twarzy trudno było to dostrzec.

- Przez to, że splamiłem usta jego krwią - sprzeciwiłam się ojcu. Odszedłem nocą z jego domu niczym tchórz ! – Na delikatnej twarzy elfa pojawiło się zaledwie kilka zmarszczek świadczących o fali emocji która go zalała. – Jestem pewien, że nie uwolnię się od Czarnego. Dziwie się że mi towarzyszysz, zawsze miałem cię za samotnego wilka nie dbającego o losy zwykłych śmiertelników.

Elvir uśmiechnął się a jego prawie czterdziestoletnia twarz skrzywiła się w grymasie.

- Nie jesteś zwykłą istotą Artonie nigdy nią nie byłeś i nie będziesz. Jesteś elfem. Elfem związanym przekleństwem krwi

z Czarnym Smokiem.

- Ojciec sam wiesz, co raz trudniej było mi z nim rozmawiać – elf wypowiedział słowa szeptem.

- Trudno się dziwić. Drzemią w nim moce związane ze Srebrzystym Światłem Księżyca to silna magia. Masz szczęście, że nie posiadł zdolność widzenia aury.

- Nie zabiłby jedynego syna ! – oburzył się Arton.

- Zabiłby nie syna a zalążek smoka który w nim kiełkuje – odrzekł bez emocji Elvir ponieważ powszechnie wiadomo jak bardzo elfy nienawidzą smoków

 

II

 

- Panie…księcia nie ma w jego komnatach .

Rentorn król Kryształowych Sal dostojny elf o trudnym do określenia wieku i biało-srebrzystych włosach nie był zdziwiony. Podejrzewał, że syn odejdzie.

– Odszedł ... - Władca powrócił myślami do ostatniej rozmowy z Artonem, książę stał blisko a jednak, przysłaniała go niewidzialna kurtyna. Czym była? Nie potrafił odpowiedzieć. Wiedział, że to coś pozostawiło ślad na jasnej aurze syna, której niestety nie potrafił dostrzec.

Z zamyślenia wyrwał króla głos kapitana straży.

- Książę musiał opuścić pałac nocą. Jego łuk i kołczan również zniknęły. Ogier pozostał w stajni. Czy mam wysłać straż na poszukiwania? Kapitan zamilkł czekał na decyzje króla.

-Nie ! Arton powinien zostać. Sam podjął decyzje – Nie wierzył w to co właśnie usłyszał z własnych ust, czyżby aż tak bardzo oddalił się od jedynaka? Czy tak powinien postąpić kochający ojciec ?

 

Kiedy nadeszła noc Rentorn udał się samotnie do pałacowego ogrodu. W jego najstarszej części znajdowała się duża fontanna na cokole z białego marmuru. Oczekiwał tam na króla utkany z kropli wody srebrzysty jeleń. Król zanurzył dłoń nieopodal kopyt widziadła a płynne, chłodne srebro przelało się miedzy jego palcami.

- Szukasz odpowiedzi mój panie – zaszumiał delikatny kobiecy głos w myślach władcy.

- Dawno cię nie odwiedzałem pani – szepnął król w myślach – Mój syn wybrał złą drogę, a ja mimo całej miłości do niego nie potrafię … nie chcę go chronić – ze łzami w oczach skończył swą myśl Rentorn.

- Twoja wieczna natura burzy się przeciw złu. Twoja srebrzysta moc nie zniesie gwałtu zadanego przez czarną otchłań.

- Jak zwykle przemawiasz zagadkami moja pani. Jaki jest twój wyrok o przedwieczna?

Król już dawno niczego się nie bał. Właściwie przez ostatnie wieki zapomniał czym jest ten dręczyciel. Teraz czuł nieomalże fizyczny dotyk strachu i zadrżał.

Źródło w fontannie zaszumiało głośniej a srebrzysta woda błysnęła w świetle księżyca, elf przymknął oczy. Słuchał…

- Wiara będzie twoją ostatnią nadzieją, że jasne światło duszy twego syna losy jego odmieni...

Jakże bardzo chciał wierzyć słowom Leśnej Pani. Nie doznał jednak ukojenia po które tu przyszedł. Tylko czego się bał ? Kogo ? Czy tego samego bał się jego syn ?

Sen przyszedł nieśpiesznie, prawie świtem.

Rentorn siedział na tronie w czarnej kryształowej sali i słyszał odbite echem słowa syna z przed zaledwie kilku dni.

- Ojcze nie potrafię powiedzieć czego się lękam. To dziwne uczucie, ponieważ nigdy wcześniej mnie nie dosięgło, a teraz stało się moim przekleństwem.

- Synu jeśli nie możesz mi powierzyć swego bólu i tajemnicy w nim zawartej, to jak nadal mogę czuć się twoim ojcem? Tajemnica rodzi strach. Strach brak zaufania. Czuje, że twoja aura ciemnieje. Artonie zaprzecz jeśli tak nie jest.

Młody elf pokłonił się przed swym ojcem i królem a jego jasne oczy zaszły mgłą.

- Ojcze pozwól mi odejść, zanim przeklniesz własnego syna, zanim stanę się nie godny twojej miłości.

Władca długo milczał a znienawidzone słowa nie chciały przejść przez jego zaciśnięte gardło, jednak wreszcie wybrzmiały.

- Odejdź synu. Zanim cię przeklnę …

Echo powtórzyło setki razy złowrogie słowa a czarne diamenty zalśniły z wielką mocą.

W myślach króla pojawił się szept.

- On teraz będzie moim synem ….

Rentorn otworzył oczy. Czy sen może być tak realny. Jego syn, jego jedynak … jak długo jeszcze jego?

 

III

Wędrowali z wielkim pośpiechem, jakby ktoś poganiał ich niewidzialnym biczem. Las ustąpił miejsca równinie. Za kilka dni powinni dotrzeć do jednego z trzech jezior w tej krainie. Pierwsze jasnobłękitne, dawało łaskawie ludziom ochłodę, nikt się w nim nie utopił. Żywiło ich także rybami, których nigdy nie brakowało – Łza Bogini. Drugie zielone, wzburzone i słone. Zajmowało centralne miejsce w Lordii. Z niego czerpano sól, życiodajne wodorosty o leczniczych właściwościach. Tą wodą błogosławiono wędrowców przed trudną drogą a wojaków przed bojem – Łza Feniksa. Trzecie tuż przy granicy Lordii z Neodell było zwierciadłem dla Gór Tracących Nadzieję. Wiecznie spokojne, choć czyhające na śmiałków ogromem swych głębin. Wiry, które tworzyły się znikąd na jego spokojnej tafli nieubłaganie pochłaniały żywota tych, którzy pragnęli zdobyć bogactwa skryte w jego odmętach. Drogocenne kamienie, złoto ale przede wszystkim czarne diamenty – Łza Smoka

Wędrowali pustkowiem podobnym do wrzosowiska, nie było tu schronienia, zwierzyny było niewiele. Ponura noc przysłoniła księżyc chmurami. Nie chcieli jednak przystawać zew wyłaniających się z horyzontu gór wzywał. W oddali można już było wyczuć bryzę od Łzy Smoka. Mag oświetlał drogę delikatną, jasną, białą łuną, która płynęła nad ich głowami niczym meduza w morskiej toni.

 

Elvir pogrążył się w wspomnieniach. Jaki był to dziwny widok kiedy kilka dni temu spotkał w przydrożnej karczmie o wątpliwej sławie następcę tronu Kryształowych Sal. Elf siedział w odległym koncie izby.

Podróżnych było niewielu. Dwóch kapłanów z pobliskiego miasta Orvin, kilku gońców wysłanych z pocztą z przygranicznych księstw. I on mag, który liczył na bezsenna noc w ramionach karczmarki o grzesznych kształtach.

 

Artorna mag poznał dziesięć lat temu, kiedy miał zaszczyt uczestniczyć w jednym z dorocznych świąt w pałacu z białego marmuru zdobionego barwnymi kryształami. Wtedy poznał młodego księcia, który chętnie rywalizował z magiem w zawodach łuczniczych. Elvir nie używał łuku jego strzały powstawały w myślach i nabierały realnego kształtu niedaleko celu, miały wydłużony kształt, zdobiony runami grot i biały ogień w miejscu piór. Kierowane wolą maga trafiały idealnie w każdy cel. Arton strzelał ze srebrzystego łuku, w którym zaklęta była magia elfich kapłanów, miał też przydatny artefakt kołczan strzał, które zawsze prędzej czy później wracały na swoje miejsce, piękne nie naruszone gotowe do ponownego strzału. Tego wieczoru turniej nie wyłonił zwycięscy żadna strzała nie chybiła. To właśnie tego dnia mag obdarzył księcia swą przyjaźnią czego nie miał często w zwyczaju.

 

Młode wino, które popijał Arton nie było dobre. Jego piękne oczy były szare, gdzieś przepadł ich blask. Elwir zapomniał co tak naprawdę sprowadza go do karczmy i szybkim krokiem podszedł do przyjaciela. Przysiadł się bez słowa … czekał. Cisze przerwał szept elfa.

- Zostałem przeklęty i nawet ty mag z pod chaotycznej gwiazdy, powinieneś się dobrze zastanowić przysiadając się do mnie.

Mag dumał nad słowami Artona. Cóż za szaleństwo zrodziło się w głowie elfa?

- Gwiazdy zostaw w spokoju Artonie, a niech by cię sam Czarny przeklął napije się z tobą młodego wina.

Elf zmrużył oczy i wysłał ku Elvirowi myśl.

-Nawet nie wiesz jak jesteś blisko magu. Najpierw sprawdź czy widać dno przepaści potem dopiero skacz.

- Mówisz zagadkami przyjacielu – ściszył głos mag, właśnie podążała w ich kierunku młoda karczmarka wymownie kołysząc biodrami, a jej obfity biust falował w jeszcze większym niż zazwyczaj dekolcie.

- Agnet dzban młodego wina i dobrą strawę byle zwinnie.

Kiedy karczmarka śląc magowi zalotny uśmiech pośpiesznie odeszła na zaplecze Elvir powiedział już całkiem głośno.

- Bez zagadek przyjacielu. Skoro chce skoczyć nie widząc dna!

- Nie jestem już sobą. – wyszeptał elf drętwymi wargami

Prawdą było, że Arton z każdą chwilą tracił swą wrodzoną jasność. Aura z kryształowej przybrała barwę starego srebra. Mag był jednym z niewielu posiadających zdolność czytania aury.

- Nic nie dzieje się bez przyczyny. Co zapoczątkowało zmiany?

- To smocza krew Elvirze zostałem otruty! – Snuł nić myśli elf blednąc co raz bardziej, po czym chwycił za kielich i dopił ostatni łyk wina.

Karczmarka właśnie przyniosła pachnącą jałowcem dziczyznę ze świeżą żurawiną i młodymi drobnymi ziemniaczkami. Wszystko ozdobiła kwiatami fiołków. Z jej miny wynikało, że jest z siebie bardzo zadowolona. Mag jednak stracił apetyt. Napełnił za to kielich elfa i swój aż po brzegi.

- Czy tobie mącą się myśli jasny przyjacielu? Smocza krew? Jedna kropla by cię zabiła, elfy nie są nieśmiertelne tylko długowieczne! – przemawiał myślami mag gdyż nie chciał, aby choć jedno niebaczne słowo opuściło jego usta.

- Nie jeśli stanie się Przekleństwem Krwi!

Teraz to twarz maga zrobiła się prawie przeźroczysta, a trzymany w ręce kielich zadrżał tak, że kropelki wina zabarwiły dębową ławę. Elf kontynuował w myślach.

- Smocza krew wypali elfią, wiesz co to znaczy?

Mag wiedział. Śmierć elfa a życie smoka.

 

Ze wspomnień wyrwał go głos Artona.

-Elvirze czas odpocząć…

 

IV

 

Łza Smoka roztaczała swój złowrogi urok. Jezioro jak zwykle było spokojne, tylko gdzie nie gdzie pojawiały się delikatnie fale wzbudzone wiatrem. Pachniało dziką miętą i białą lawendą. Czarna tafla migotała srebrzystym blaskiem, kusiła by wypłynąć, obiecywała bogactwa. Po drugiej stronie jeziora, szczyty gór pogrążyły się w chmurach. Gdzieś w jednej z jaskiń spał smok.

- W tej okolicy mieszka szeptunka, do której po radę przybywają książęta, choć w wielkiej tajemnicy, a wielkie damy w kłopocie nie szczędzą złota. – rzekł mag

Elvir również bywał u wiedźmy. Zdarzało się, że potrzebował rzadkich ziół czy gotowych eliksirów. Wiedział, że można jej zaufać. Mieszkała na ziemiach Czarnego odkąd pamiętał. Widywała smoka ten najwyraźniej nie miał nic przeciwko towarzystwu mądrej kobiety, bo ani jej ani nikomu kto do niej przybywał nie stała się żadna krzywda.

Lepianka wiedźmy nie była okazała. Na prowizorycznym ganku suszyły się świeżo zebrane zioła, nieopodal pasła się szarobiała kudłata koza.

- Dla takich gości zabiłam dwa tłuste gołębie i duszę je w leśnych ziołach.

W drzwiach stała dojrzała kobieta, mogła mieć najwyżej pięćdziesiąt lat. W rzeczywistości była o wiele starsza. Czarne włosy spływał swobodnie po plecach i sięgały bioder, na jasnej cerze nie było śladów zmarszczek ani opalenizny.

- Witaj Wero. Nie pogardzimy strawą i radą.

Mag spodziewał się, że szeptunka jak zwykle zażąda sowitej zapłaty.

Zjedli gołębie, smakowały wybornie a jerzynowe wino było mocne.

- Chcecie odnaleźć drogę do jaskini Czarnego Smoka. – rzekła wiedźma- Pomogę wam. Popłyniecie moją łodzią przez Łzę Smoka na drugi jego koniec, tam wysiądziecie na kamienistym brzegu. Jeśli przysięgniesz mi magu zapłatę jakiej żądam zdradzę więcej.

-Czego pragniesz za swą wiedzę?

-Nie wiele, jeśli zrodzi się syn smoka chce otrzymać dwie łuski z jego ogona

Elvir zadrżał. Przebiegła kobieta dobrze znała moc zaklętą w łuskach smoka. Mogła stać się na powrót młoda i cieszyć się tą młodością przez kolejne wieki. Smok jednak, musiał podarować swą łuskę dobrowolnie, co prawie nigdy sie nie zdarzało. Wszystko wskazywało na to, że wiedźma wie o Przekleństwie Krwi.

- Wysoko cenisz swą wiedzę ale zgadzam się. Skąd wiesz o Przekleństwie Krwi?

Wera nie spodziewała sie że mag zapyta wprost o przekleństwo, zamilka na dłuższą chwilę i rzekła.

- Wyczuwam w twym przyjacielu smoczą krew. Jego jasna aura prawie całkiem przygasła, a Czarny Smok umiera.

CDN ...

( Czy warto pisać dalej. To moje pierwsze próby. )

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania