Poprzednie częściThrough the death | Prolog  

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Through the death | Rozdział 1

Ostrzegam przed wulgaryzmami oraz scenami opisującymi miłość męsko-męską.

 

— Ach! N-nie tutaj…! Nie dam rady już dłużej…!

Głośny jęk odbił się od kafelków pokrywających wszystkie ściany łazienki. Nie zagłuszył go nawet strumień lejącej się wody, której para owijała dwa nagie ciała wysokich mężczyzn po trzydziestce. Jeden z nich — o opalonej skórze i piwnych oczach — mocno wciskał czoło w marmurową powierzchnię, dodatkowo gryząc wargę, gdyż nie mógł znieść napięcia i przyjemności wynikających ze zwinnie penetrującego go członka kolegi z celi. Mimo iż starał się tłumić dźwięki w sobie, na niektóre reakcje nie miał wpływu, toteż co jakiś czas przyłapywał się na wzdychaniu czy jęczeniu.

— Daj już spokój, Sten — szepnął, po czym mocno wygiął plecy w łuk i niemalże krzyknął, gdyż ostatnie pchnięcie kolegi doprowadziło go do aż nazbyt intensywnego orgazmu.

Wkrótce po tym poczuł, jak gorąca sperma Stena wypełnia cały jego tyłek, przez co mimowolnie spiął każdy mięsień ciała. Nawet nie spostrzegł, jak znowu mu stanął.

— Widzę, że ktoś tu ma ochotę na drugą rundę — parsknął Sten, po czym odgarnął do tyłu mokre włosy. Parę czarnych kosmyków wróciło na pierwotne miejsce, chcąc przyprawić mężczyznę o białą gorączkę. — Ale niestety, ja już skończyłem.

— Tak — fuknął trzydziestolatek o piwnych oczach. — Poczułem, że, kurwa, skończyłeś. Ile razy już mówiłem, żebyś go wyciągał zanim dojdziesz?

— Nie wiem. — Sten wzruszył ramionami. — Poradzisz sobie sam, nie?

— Jak zawsze — burknął, po czym przemieścił się pod strumień ciepłej wody. — A teraz zjeżdżaj.

— Miłej kąpieli, Lou — rzucił Sten na odchodne.

Przechodząc przez próg, zwrócił się ku lewej stronie, gdzie od razu wyłapał znajomą twarz. Nie mówiąc ani słowa, złapał za wilgotny ręcznik, którym następnie zaczął się wycierać. Nie potrafił zrobić tego cicho czy spokojnie, przez co dość szybko zwrócił na siebie uwagę czytającego kolegi. Sten wyszczerzył się, jednocześnie opierając plecy o metalowe drzwiczki szafki.

— Powiedz mi, Theo, jak to możliwe, że jesteś tu za każdym razem, kiedy pieprzę Louisa? — spytał.

Młodszy wzruszył niedbale ramionami, po czym odłożył książkę i podniósł się na równe nogi.

— Zgaduję, że to już koniec? — odpowiedział pytaniem, patrząc gdzieś w przestrzeń.

Dopiero po paru sekundach powędrował wzrokiem wzdłuż ściany, finalnie trafiając na rozbawione oczy Stena. Ten, widząc iż Theo nie spełnia jego oczekiwań względem reakcji, spoważniał i od razu skrócił dzielącą ich odległość. Z wyciszeniem wpatrywał się w zmęczone ślepia chudszego, nabierając płytkie wdechy nosem.

— Dobrze zgadujesz — odparł. — Koniec.

— Świetnie — powiedział Theo od razu, po czym zrobił jeden krok do tyłu, by móc z łatwością wyminąć starszego kolegę.

Sten podążył za nim wzrokiem, nie mogąc powstrzymać uśmiechu zawierającego nutę ekscytacji. Kiedy chłopak wreszcie zniknął za ścianą, brunet wrócił do swojej szafki, z której wyjął czyste bokserki i kombinezon.

Theo już na wejściu zwrócił uwagę na Louisa, który nieporadnie pozbywał się nasienia z tyłka. Ignorując wyzwiska wypływające z jego pełnych, acz wąskich ust, zajął się pozbyciem własnego odzienia, które składało się z luźnego skafandra i bielizny. Buty już wcześniej zdjął w szatni.

Pech chciał, że został przydzielony do grupy ze Stenem i Louisem, którzy musieli się ze sobą zabawiać przy każdej kąpieli — czyli trzy razy w tygodniu. Więzienia miały to do siebie, że nie zezwalały na zbyt wiele możliwości. A jeśli urąbałeś się w trakcie pracy, musiałeś czekać na swoją kolej w związku z prysznicem. To i tak sporo jak na skazańców, pomyślał Theo, przez co automatycznie spochmurniał.

Skazaniec.

— Jestem skazańcem — szepnął na tyle cicho, że stojący kawałek dalej Louis nie zdołał nic usłyszeć.

Oskarżony o morderstwo. Kompletnie zignorowany w chwili obrony. Porzucony przez własną rodzinę. To właśnie Theo — młody chłopak, który już w wieku dziewiętnastu lat został skazany za świadome morderstwo na swoim pracodawcy. Mimo iż wypierał się tego czynu, niemalże każdy wystąpił przeciwko niemu. Pracownicy firmy, rodzina, młodsza siostra — każde z nich po kolei zeznawało, iż od początku wiedzieli, że z tym chłopakiem jest coś nie tak.

Czasy przyniosły państwu dobrze wyposażone placówki. Nie tylko szpitale i banki, ale również więzienia cieszyły się dobrymi opiniami. Społeczeństwo skupiło się na dbaniu o dobro i bezpieczeństwo pozostałych. Mimo iż skazańcy żyli w nie najgorszych warunkach, nie mieli nawet prawa na wyjście na zewnątrz. Zamiast tego stawiano ich przed ciężką pracą, która zapełniała cały wolny czas, jaki spędzali za kratami. Byli niczym darmowa siła robocza. Bez własnego zdania czy praw — po prostu postawieni przed obowiązkiem, który bez gadania trzeba wykonać.

I przy tym wszystkim kompletnie odizolowani od świata, który się ich wyparł.

Wyjątkowo przykry los nawet jak na tych, którzy rzeczywiście zawinili.

A ci, którzy uparcie twierdzą, że są niewinni?

— Theo — burknął Louis, zwracając się w kierunku młodszego. —Nie chcę cię pospieszać, ale wiesz…

— Nie przeszkadzaj sobie — powiedział młodszy, przez ułamek sekundy spoglądając na nabrzmiałego członka Lou. Kompletnie nie rozumiał tych ludzi.

Theo, słysząc kolejną falę bluzgów wypływających z niewyparzonych ust starszego, zajął się myciem własnych włosów, które tuż po wyschnięciu niefortunnie formowały się w gęste loki, mimo że do najdłuższych nie należały. Kolor też jakoś do niego nie przemawiał — ni to brąz, niż to blond. Coś pomiędzy, ale co?

Wprawdzie nie mógł zaprzeczyć, że miał dość takiego życia. Mimo iż spędził w jednej celi cztery lata, a nawet nawiązał nienaganny kontakt z sąsiadami, nadal nie mógł obejść się wrażeniu, iż jego osąd był po prostu niesprawiedliwy. Początkowo czuł się zdradzony — przez rodzinę, przez kolegów z pracy, ogółem przez cały świat.

Ja tylko się broniłem, pomyślał, po czym spuścił głowę, by spłukać szampon z gęstych kłaków. Oczyszczając resztę ciała, spoglądał w dół. Kiedy wreszcie pozbył się każdego fragmentu piany, zakręcił wodę i skierował się do wyjścia. Mokrą dłonią złapał za swoje ubrania, po czym zostawił Louisa samego z tym wstydliwym problemem.

***

Na stołówce usiadł sam. Automatycznie wlepił znużone spojrzenie w swoją tackę z jedzeniem. Gulasz mięsny. Chyba przyjechały zapasy, pomyślał, a następnie zajął się posiłkiem, gdyż już nie mógł znieść tego upierdliwego zasysania w żołądku.

Jako iż do więzienia nawet nie docierały promienie słoneczne, a Opiekunowie poświęcali każdą chwilę pełnemu nadzorowi, wszelkie zapasy i potrzebne produkty napływały do środka każdej pierwszej soboty miesiąca o jednakowej godzinie. Ten schemat był wbrew pozorom bardzo wygodny.

Więźniowie nie mogli wyjść na zewnątrz. Ciężko pracowali na jedzenie oraz pozostałe potrzeby, jak higiena na przykład. Kiedy nie spełniali wymogów, odsuwano ich od wszekich „dóbr”. Trwało to do tego momentu, aż nie ulegali instynktom. Łamanie charakteru, równanie z błotem i wpajanie zasad — to wszystko było tutaj na porządku dziennym. Najwyraźniej nikomu nie przeszkadzało traktowanie ludzi jak śmieci. Nikt nie widział nic złego w pozbawianiu tych wszystkich istnień własnej woli.

Zasłużyli na to.

Zasłużyli na najgorsze.

***

Koniec kolejnego szablonowego miesiąca zbliżał się małymi kroczkami. Nikt nie zajrzał do celi Theo od samego rana, tym samym pozbawiając go śniadania, obiadu oraz kolacji. Ciężko było wytrzymać cały dzień bez posiłku czy szklanki wody. Na całe szczęście w pewnej chwili głód przerodził się w lekkie mdłości, te z kolei szybko ustąpiły, aby zwolnić miejce obojętności. Także od tamtej pory chłopak toczył walkę tylko i wyłącznie z nudą, która wprawdzie nie chciała go opuścić od początku jego pobytu w tym miejscu.

Westchnąwszy, przerzucił nogi przez skrzypiący materac, by móc z łatwością podnieść się z łóżka. Stając na porysanej podłodze, skupił spojrzenie prosto na zamku, który dokładnie w tym samym momencie wydał z siebie cichy trzask. Theo, w pewnym stopniu zaciekawiony, podszedł do wrót, by następnie lekko je pchnąć.

Automatycznie stanęły otworem.

Gdy wyszedł na korytarz, spostrzegł, iż nie tylko on teraz wyszedł ze swojej celi. Mijając grupy rozmawiających ze sobą mężczyzn, w głowie szukał jakiegoś wyjaśnienia. Test? Kara? Zwarcie systemu? Tego typu sytuacje już się zdarzały, lecz nigdy nie trzymano więźniów w niepewności aż tyle czasu. Cisza przeciągała się maksymalnie do trzech godzin. Po tym czasie Opiekunowie otwierali klatki i wypuszczali swe bydło do stołówki czy zakładu. Teraz jednak w pobliżu nie było nikogo wyżej postawionego. Sami skazańcy.

I dodatkowo niepokojąco narastające podejrzenie.

W takim razie zwarcie systemu? Skoro wszyscy wyszli w tym samym czasie, problem wręcz musiał zrodzić się w sterowni, która odpowiadała za całość — zabezpieczenia, blokady, a nawet oświetlenie.

Nagle zatrzymał się, a ślepia wlepił w koniec korytarza. Zdał sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy.

Jeśli padły wszystkie zabezpieczenia, to ci zesłani na izolację też musieli…

Nie zdołał skończyć myśli. Wystrzał przeciął ciszę, którą w następnej kolejności zaczął wypełniać paniczny krzyk. Wszyscy zwrócili się z ogromną ciekawością w kierunku, z którego dobiegał ten mrożący krew w żyłach dźwięk. Wkrótce po tym Theo został sam, gdyż jako jedyny nie podążył za szlakiem jęków składających się w prośbę o litość.

A jednak uległ. Nie wygrał z narastającą ciekawością.

Wychylając się zza ściany, nie ukrył zmieszania, kiedy pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, była rozwalona głowa jednego z Opiekunów. Mimo iż granatowy mundur w dużej mierze przeszedł w szkarłat, odznaka zdobiąca lewą pierś świadczyła o tutejszej roli martwego.

Nad jego ciałem stał niezbyt wysoki facet, którego górna część kombinezonu swobodnie zwisała z bioder, odsłaniając tym samym rozbudowaną i umięśnioną klatkę piersiową. Tatuaże zdobiące jego opalony tors były nie do odczytu dla zwykłego szaraczka. W prawej ręce trzymał gruby kij, który prawdopodobnie przedtem robił za nogę od stołu.

Theo automatycznie rzucił okiem po pomieszczeniu. Stoły rzeczywiście były porozsuwane, a niektóre nawet poprzewracane.

Ponownie skupił się na kawałku drewna trzymanym przez nieznajomego mężczyznę, którego ciemne oczy powoli skanowały wszystkich zgromadzonych. Wreszcie uśmiechnął się lekko, a następnie odrzucił zakrwawiony kij na bok. Uderzenie drewna o podłogę odbiło się echem od wszystkich ścian, jeżąc włoski na karku niemal wszystkim zgromadzonym.

Wówczas w oczy rzucił się kolejny chłopak, który do tej pory stał pod ścianą i jedynie uważnie obserwował otoczenie. W lewej dłoni trzymał pistolet. Nikt prócz niego nie posiadał broni, dlatego to najpewniej on odpowiadał za wcześniejszy wystrzał.

— Miło, że w końcu ruszyliście dupska i tutaj przyszliście — powiedział mężczyzna, który odpowiadał za rozwalenie głowy Opiekunowi. — Lenny wypuścił was z klatek, więc lepiej bądźcie grzeczni i posłuchajcie. — Odchrząknął, po czym splunął flegmą. — Te mendy trzymały nas w zamknięciu od dwóch tygodni. Dostawaliśmy jedynie butelkę wody na cały dzień. Rozumiecie? Jedna pieprzona butelka wody na dzień, przez całe dwa tygodnie — parsknął. — Nie wiem, czy to było zamierzone, ale niedawno padły tutejsze zabezpieczenia. Wyobraźcie sobie jakie dopadło mnie zdziwienie, kiedy po wyjściu z celi nie wyłapałem ani jednej żywej duszy! — zaśmiał się, odsłaniając rząd równych zębów, których górne jedynki były dziwnie zaostrzone. — Ale wtedy przyszedłem tutaj, a ten popierdoleniec zaczął się rzucać, żebym pod żadnym pozorem nie wychodził na zewnątrz. Miałem w dupie jego gadanie, co chyba trochę go zdenerwowało, bo skoczył na mnie z zębami! — Wyrzucił ręce powietrze w celu podkreślenia swoich słów. — Był kurewsko silny! Poważnie! Nie wiem, czym ci ludzie się faszerują, ale to niemożliwe, żeby mieć tyle siły! Na całe szczęście Lenny zdążył wrócić ze sterowni. Strzelił mu w dupę, ale to nic nie dało. Wariat zaczął wrzeszczeć. Mam wrażenie, że wtedy zrobił się jeszcze silniejszy. Uspokoił się dopiero wtedy, kiedy rozwaliłem mu łeb.

Zamilkł, choć nie na długo, bo dość szybko wypełnił ciszę donośnym rechotem. Znów odchrząknął, lecz tym razem nie napluł na podłogę.

— Zabezpieczenia padły. Jedyny gość w mundurze leży martwy. Jesteśmy tutaj tylko my. — Rozłożył ręce na boki. — Dlaczego mielibyśmy nie wykorzystać tej szansy?

Odpowiedziała mu głucha cisza. Większość wciąż była pod wrażeniem.

— Chyba że wolicie tutaj zostać z trupem — prychnął. — Ja nie zamierzam. Spadajmy stąd, Lenny.

Chłopak z pistoletem skinął głową. Zaraz po tym odgarnął do tyłu pasma jasnych włosów sięgających do ramion, odsłaniając wydatne obojczyki, którch całość zdobyły liczne wzory wytatuowane czarnym tuszem.

— Chwileczkę — powiedział jeden z więźniów, występując przed szereg. — Niezbyt rozumiem, co chcesz nam powiedzieć. — Skrzywił twarz w grymasie, nie mogąc znieść widoku rozwalonego łba strażnika. — Mówisz, że jesteśmy tutaj tylko my? Gdzie w takim razie wywiało wszystkich mundurowych?

— A bo ja wiem? — odparł pytaniem, poprawiając kombinezon. — Jak wyszedłem, trafiłem tylko na tego wariata.

— I rzucił się na ciebie z zębami?

— Dokładnie tak — potwierdził.

— To nie ma sensu — skomentował ktoś w tle.

— Podobnie jak padające zabezpieczenia w tak dobrze strzeżonym więzieniu — powiedział Lenny, po czym zabezpieczył pistolet.

— Zostawiamy wam wolną rękę. Możecie tutaj zostać i dalej gnić w tych obskurnych klatkach. — Narzucił na siebie zwisającą część kombinezonu, po czym zasunął zamek do połowy. — Albo możecie wyjść na zewnątrz. Na świeże powietrze, z którym nie mieliście styczności od lat. Wybierajcie. — Zwrócił się do kolegi. — Jak z drzwiami? Udało ci się złamać blokadę?

— Tak — odpowiedział Lenny.

— W takim razie nic tu po nas.

I odeszli, zostawiając po sobie wrażenie absurdu. Pomieszczenie znowu wypełniła niepokojąca cisza, której przez pewien czas nikt nie odważył się przerwać. W pewnym momencie jeden z mężczyzn — o szarych oczach i krótko obciętych włosach — kucnął przy zwłokach, chcąc sprawdzić, czy to oby na pewno człowiek, czy może jedynie podłożona lalka. Scena sprzed chwili zawsze mogła być tylko jakimś testem, a ci, którzy obleją — trafią na izolację.

— To nie jest żaden żart — skomentował z niesmakiem.

— Mówisz, że tamten przygłup poważnie rozwalił łeb strażnikowi? — spytał Sten, który do tej pory stał w tyle i jedynie obmyślał sensowne wyjaśnienie zaistniałej sytuacji. — To nie trzyma się kupy.

— To trochę dziwne, że od rana nikt do nas nie zaglądał. Wypuścił nas dopiero tamten koleś. Lenny czy jak mu tam — wtrącił Louis. Trzydziestolatek zapewne nie odezwałby się ani słowem, gdyby nie Sten, który chwilę wcześniej włączył się do rozmowy.

— Co z pozostałymi?

— A widzisz ich gdzieś? — Lou odparł pytaniem, po czym skrzyżował ręce na piersi. — Może rzeczywiście jesteśmy tutaj tylko my. Może to faktycznie szansa na ucieczkę. Szczerze mówiąc mam już dość siedzenia w tym syfie.

— Tak? I co zrobisz po tym, jak wyjdziesz? — Wysoki chłopak przecisnął się przez tłum, następnie stając przed niemalże równym sobie Louisem. — Nawet, jeśli jakimś cudem stąd wyjdziesz, chyba nie myślisz, że władze tak po prostu zignorują ucieczkę więźniów? Wrócisz do celi zanim zdołasz się obejrzeć.

— Najpierw będą musieli nas złapać — skomentował Sten, po czym zerknął na Lou, który najwyraźniej nie był przekonany do dłuższego pobytu w tym miejscu. — Zgaduję, że już wiesz, co robisz.

— A ty?

— Zgaduj. — Sten uśmiechnął się podstępnie, czym natychmiastowo zaraził Louisa.

Rozmowa tej dwójki przełamała lody. Sten i Louis bez zawahania ruszyli w kierunku korytarza prowadzącego do wyjścia. Tuż za nimi zaczęli podążać pozostali, aż wreszcie w pomieszczeniu został jedynie Theo i chłopak, który starał się wybić innym ten pomysł z głowy.

— Matoły — skomentował krótko, a następnie zawrócił i poszedł prawdopodobnie do swojej celi.

Theo westchnął cicho. Nie mógł zaprzeczyć, że przez tę sytuację miał niemały mętlik. Wolność wodziła go za nos, ale świadomość, iż tam na zewnątrz są ludzie, którzy cztery lata temu wyparli się go w pełni, zatrzymywała w więzieniu.

Mimo to był ciekawy, jak świat zdołał się zmienić w ciągu tych wszystkich lat.

Tylko rzucę okiem, pomyślał, po czym zmusił nogi do ruchu i podążył szlakiem swych sąsiadów, którzy zdążyli już zniknąć z jego pola widzenia. Przemierzając podłużne korytarze, wreszcie natknął się na ogromne drzwi, przez otwór których wdzierało się oślepiające światło. Mimochodem zmrużył oczy, dodatkowo spuszczając głowę, a następnie przyspieszył, chcąc już mieć z głowy ten etap. Niestety w chwili, jak znalazł się tuż przed progiem, dostrzegł, iż wszyscy więźniowie stali w jednym odcinku i przyglądali się czemuś z ogromnym przerażeniem.

Theo, mieszając się jeszcze bardziej, ostrożnie przepchał się przez tłumy, finalnie docierając do Stena i Louisa. Widząc profil twarzy tego pierwszego, ściągnął brwi. Dawno nie widział u Stena takiego spojrzenia — pełnego niezrozumienia i strachu.

A wtedy dotarło do niego mocne łupnięcie.

Powoli zwracając się w kierunku bezpośrednio prowadzącym do głównego wyjścia, wstrzymał oddech, gdyż to, co jego oczy zaczęły powoli wyłapywać, było ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewał.

Parę metrów dalej stał Lenny z kolegą u boku, a wokół nich leżały trzy ciała strażników, których cała górna część była nie do zidentyfikowania. Długowłosy przetarł czoło, tworząc tym sposobem na skórze ogromną smugę krwi, którą dodatkowo upaprał swoje jasne włosy.

— Urąbał mnie! — krzyknął facet w do połowy rozsuniętym kombinezonie, wlepiając paniczne ślepia w swoją prawą rękę.

— Dave, wyluzuj — burknął Lenny, kopiąc jedno z ciał. Zero reakcji. — Ciesz się, że to tylko ugryzienie.

— Tylko?! — Dave podniósł głos. — Te pojeby rzuciły się na nas z zębami! Dokładnie to samo zrobił tamten w środku! Co to ma do diabła być?!

— Nie wiem, ale… — Lenny zamilkł, automatycznie przenosząc spojrzenie na otwartą bramę, tuż za którą znajdowało się jeszcze dwóch strażników. Szli powoli i nierówno, co chwilę potykając się o własne nogi. Coś mu od razu zaświtało w głowie.

— Mam to w dupie! Chcesz to tutaj zostań, ale ja się zmywam!

Już miał dodać nieco więcej, lecz mocne kopnięcie ze strony kolegi pozbawiło go tchu. Stęknął, po czym padł na kolana i złapał się za własne krocze.

— Zamknij mordę, Dave. Chociaż raz — syknął Lenny, którego twarz do niedawna wyrażała tylko i wyłącznie spokój.

Ignorując bluzgi wypływające z ust kolegi, ponownie zwrócił się w kierunku, gdzie przedtem widział dwóch strażników. Obaj mundurowi przemieścili się o parę metrów. Wciąż krążyli poza murami więziennymi, ale i tak byli zbyt blisko.

— Jeśli to jakaś nowa metoda na łamanie woli, to muszę im powiedzieć…

— Nie — Lenny przerwał Dave’owi. — Nie widzą nas. — Skinął głową na oddalających się strażników. — Do diabła, co to ma być…

Odpowiedziała mu cisza.

Sten spostrzegł znajomą twarz u swego boku. Szturchając Theo w ramię, jednocześnie skinął głową na tę niedorzeczną scenkę, przy czym wyglądał na naprawdę zdegustowanego. Theo jednak nie wiedział, jak na to zareagować.

— To musi być jakaś podpucha — skomentował Sten.

— Myślisz? — odparł Theo. Wkrótce po tym wlepił ślepia w przemieszczających się poza bramą strażników. Był zadziwiająco spokojny jak na osobę, która znajdowała się w samym centrum tych absurdalnych wydarzeń.

— Nie mam pojęcia, co myśleć. — Sten zagryzł wargę, która dość szybko zaszła purpurą. Louis, widząc to, zmartwił się jeszcze bardziej, lecz nie powiedział ani słowa.

Najpierw odcinają radia, pomyślał Theo, dodatkowo mrużąc oczy. Później trzymają nas cały dzień w zamknięciu. Padają zabezpieczenia, przez co udaje nam się wyjść, ale wówczas nie spotykamy ani jednego strażnika.

— Nie wydaje mi się, aby to wszystko było przypadkiem — skomentował, jednocześnie zadzierając głowę ku górze.

Nie zdołał dodać nic więcej, gdyż zniecierpliwiony Dave zerwał się na nogi, niemal od razu startując z umięśnionymi łapami do Lenny’ego. Ten jednak odsunął się na czas, przez co masywniejszy poleciał do przodu. Ostatni raz spojrzał z zaciętością na długowłosego, po czym splunął.

— Pierdol się, Lenny — prychnął. — Chcesz, to sobie tutaj zostań. Ja nie mam takiego zamiaru.

Nie dając jasnowłosemu nawet szansy na jakiekolwiek wyjaśnienie, zwrócił się w kierunku bramy. Po drodze sięgnął po metalowy pręt, którym przedtem posłużył się do rozwalenia czaszki jednemu ze strażników. Bez zawahania przeszedł przez mury, a gdy wreszcie poczuł się wolny, z satysfakcją obejrzał się za siebie. Łącząc spojrzenia ze zmieszanym Lenny’m, uniósł wolną dłoń, którą następnie pokazał wszystkim zgromadzonym środkowy palec.

Ledwo zdołał okręcić się na pięcie w przeciwnym kierunku, jak walnął końcówką prętu o asfalt. Ciszę wypełniło głuche echo, które automatycznie zwróciło uwagę dwóch oddalających się strażników. Obaj mundurowi odwrócili się w jednej chwili, wlepiając swe nierozumne ślepia w twarz Dave’a, który najwyraźniej kompletnie się tym nie przejmował.

— Moment — powiedział nagle Theo, zwracając uwagę Stena i Lou. — Skoro jeden strażnik został w środku, tutaj mamy pięciu, to gdzie ostatni? Przecież nadzór więzienny pełni siedem osób.

Wszyscy trzej zwrócili się jak na komendę w miejce, w którym stał Dave z metalowym prętem. Mężczyzna nawet nie spostrzegł, jak tuż za jego plecami pojawiła się trzecia osoba w mundurze, wydając z siebie ciche warknięcie. Dave obrócił się błyskawicznie, od razu biorąc zamach.

— Dave, spieprzaj stamtąd! — krzyknął Lenny, lecz na reakcję było już za późno.

Mężczyzna wydarł się na głos, kiedy ostre zęby przecięły jego prawą dłoń, a zaraz po tym podobny ból rozniósł się w jeszcze innym miejscu. Wytrzeszczając oczy, wypuścił pręt, który ponownie narobił sporo hałasu. Zaczął wrzeszczeć, kiedy sine palce wpełzły mu do oczodołów, w następnej kolejności miażdżąc gałki oczne. Krew prysnęła, pozbawiając wszystkich wokół tchu.

W jednej chwili zrozumieli, że to nie więzienie było piekłem.

Prawdziwe zło miało dopiero nadejść.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania