Tłum (1/3)

Tłum

Część pierwsza

I

Spokojnie przesiadując na balkonie swojego mieszkania, paliłem papierosa i popijałem go kawą. Przykryty lekkim kocem oraz wygodnie usadowiony w fotelu bujanym, trzymałem w ręku tani brukowiec, który dostarczał niepewnych informacji z okolicy i ze świata. Moje życie nie było ciekawe, większość czasu spędzałem w samotności, w domu jak, i pracy. Unikałem kontaktu z ludźmi, z reguły próba nawiązania jakiejś relacji kończyła się fiaskiem. Wszystko wokół uległo diametralnej zmianie, kiedy to ze swojego stanowiska dostrzegłem tłum ludzi, który w milczeniu podążał przed siebie wąską ulicą. Zastanawiało mnie, czy to nie jest jakaś nowa moda na milczące protesty, albo coś w rodzaju zbiorowej głupoty. Po skończeniu jednego papierosa miałem w zwyczaju zapalić drugiego, sięgając do paczki chwyciłem pustkę. Okrutnie nie chciało mi się opuszczać spokojnego gniazdka, lecz nałóg podpowiadał, bym ruszył do sklepu. Mimo tego, że chylące się ku zachodowi słońce, muskało moją twarz przyjemnym ciepłem, to miałem przeczucie, że zacznie padać deszcz, z resztą w brukowcu zaznaczyli, iż pogoda może być kapryśna. Zarzuciłem na siebie jasnozieloną kurtkę z kapturem, która była nieco przydługawa w rękawach, wstydziłem się w tym chodzić, lecz nie miałem innej, nigdy nie chciało mi się biegać na zakupy, by szukać okazji cenowych i modnych ciuchów, poza tym stan portfela pozostawiał wiele do życzenia. Sklep, który leżał najbliżej, znajdował się dwadzieścia minut pieszo od mojego bloku. Wyszedłem z mieszkania, miałem jeszcze do pokonania klatkę schodową, jak na złość mieszkałem na dziesiątym piętrze. Pokonując strome stopnie, zauważyłem, że drzwi wszystkich sąsiadów były otwarte, muszę przyznać, że mnie to zdziwiło. Przez chwilę czułem pokusę, by zajrzeć do któregoś z nich, i sprawdzić, czy ktoś jest i spytać, o co chodzi, lecz wstydziłem się, cholerna fobia społeczna...

II

Wyszedłem na zewnątrz, usłyszałem tylko lekki powiew unoszący śmieci na chodniku, nikogo nie spotkałem. Niepokój w głębi serca narastał, coś mi podpowiadało, że to co się tu dzieje jest niebezpieczne. Spojrzałem w niebo, które stopniowo się chmurzyło. Nieopodal miasta niedawno wybudowano wielkie lotnisko, lecz nie latały żadne samoloty, tak jak to bywało na co dzień, poznikały również samochody i cały ruch związany z nimi. Często też widywałem sąsiadów wyprowadzających psy na spacery, w końcu była godzina siedemnasta, a tu żywej duszy. Znikli też licealiści przesiadujący na osiedlowych ławkach, popalający trawkę i pijący piwo po szkole. Wyciągnąłem telefon, by zadzwonić do jedynego przyjaciela Stefana, ten odebrał, lecz nic nie powiedział, po czym nas rozłączyło, ponownie wybrałem jego numer, niestety sytuacja się powtórzyła. Wziąłem głęboki oddech i nie zważając na przeciwności losu, ruszyłem w końcu do sklepu. Pokonując opustoszałe ulice, dostrzegłem na szarych ścianach budynków całą masę plakatów, na nich widniał portret prawdopodbnie mężczyzny, który zamiast twarzy, miał wielki pytajnik na środku głowy oraz melonik zatknięty na jej czubek. Domyśliłem się natychmiastowo, że coś na pewno tu nie gra, ponieważ wracając z pracy tą samą trasą, nie spotkałem tych budzących grozę obrazków. „Co jest nie tak z tym miastem?!” - pomyślałem.

III

Otwarte na oścież drzwi „Czterolistnej koniczynki” zapraszały mnie do środka i tak jakby podpowiadały - „wchodź szybko i zamykaj za sobą”, tak też zrobiłem. Wnętrze sklepu przywitało mnie cudownie lśniącą podłogą i starannie ułożonymi produktami na półkach, z reguły w tle leciała muzyka radiowa lokalnej stacji, tym razem usłyszałem nieprzyjemny dla ucha szum. Podszedłem do lady i o dziwo spotkałem sprzedawcę, który stał do mnie plecami i wydawał się zawieszony w czasie, postanowiłem go powitać.

- Dzień dobry, poproszę Klasyczne Czerwone.

- Yyy, eee, yyy, eee... - to jedyne co od niego usłyszałem.

- Przepraszam, ale czy może mi pan podać te papierosy?! - odparłem rozdrażniony.

- Yyy... - odpowiedział ponownie.

- Co jest z panem nie tak? - zapytałem nieco spłoszony.

- Wszystko w porządku, Klasyczne Czerwone, tak? - nagle powrócił do normalności.

- Tak, właśnie te papierosy chcę, poza tym mógłby się pan odwrócić jak coś mówię...

- Nie. - stwierdził z obojętnością w głosie.

- To jest jakiś żart? Tak to mam rozumieć?

- Czternaście dziewięćdziesiąt dziewięć.

- Wyliczone! - rzuciłem nerwowo drobne na ladę.

- Niestety nie ma Klasycznych Czerwonych... - uznał.

- Nawet pan po nie nie sięgnął, a ja je wyraźnie widzę metr przed sobą! - uniosłem się.

- A ja ich nie widzę...

- Jak to pan kurwa nie widzi? - wpadłem w furię.

- Jestem niewidomy.

- Nie wiedziałem. Przepraszam za moje zachowanie, sam po nie sięgnę.

- Nie trzeba, wiem gdzie już są, przypomniałem sobie. - ubiegł mnie.

- Nareszcie...

Sprzedawca sięgnął roztrzęsioną ręką po wybraną paczkę fajek. Nastąpił moment, kiedy to zaczął się odwracać w moim kierunku, zauważyłem, że jego czarne włosy stoją dęba, na chwilę znów się zawiesił, przez co nie mogłem poznać twarzy owego człowieka. Nagle rzucił za siebie papierosy, które wylądowały na ladzie, zniesmaczony od razu schowałem je do kieszeni kurtki. Sekundę później, głowa sprzedawcy nienaturalnie się wykręciła o sto osiemdziesiąt stopni, dostrzegłem, że jego twarz ma tylko usta, nie zauważyłem nosa i oczu, zamiast tego, na facjacie człowieka widniał spory czarny pytajnik, jakby wytatuowany. Doznałem szoku, spokojnymi krokami wycofywałem się w stronę drzwi, nie spuszczając z oczu dziwnego typa, który szczerzył się do mnie w przerażający sposób, jego lewa dłoń końcówkami paznokci zgarniała drobne z lady, rozsypując je na ziemię, po chwili odwróciłem się, pchnąłem drzwi i przerażony wybiegłem ze sklepu.

 

IV

Ponownie znalazłem się na pustej ulicy, uciekłem na dobre od sklepu i natrafiłem na przystanek autobusowy. Zatrzymałem się na nim, żeby usiąść i zapalić papierosa, czułem ogólne roztrzęsienie. Po wypaleniu postanowiłem ruszyć dalej, z końca szerokiej drogi dostrzegłem tłum. Masa ludzi szła równym tempem, stopniowo zbliżając się do przystanku, wyglądali niczym zgraja zombie, nie chciałem ich spotkać, po tym, co ujrzałem w sklepie. Wybiła odpowiednia pora, by wracać do domu, zaczęło się ściemniać, co powodowało jeszcze większy strach. Omijając przeszkody, dotarłem do siebie, zaryglowałem drzwi mieszkania, chciałem zapalić światło, niestety wszystko przestało działać, brak prądu, internetu i bieżącej wody, budował we mnie napięcie, „Boże, pomóż!” - warknąłem pod nosem. W kuchni pod zlewem znalazłem połowę świecy, dała mi ona trochę światła, nie mając co robić, chwyciłem za moją ulubioną książkę przygodową o żeglarzach. Rozłożyłem się na salonowej kanapie i przykryłem kocem, w tle wątłego światła świecy czytałem, aby spróbować zapomnieć o tym, co się dzieje na zewnątrz. Na chwilę przysnąłem, była godzina pierwsza w nocy, kiedy to przebudziło mnie natarczywe pukanie do drzwi, egipskie ciemności nie pozwalały mi sprawdzić kto to. Milczałem dobrą minutę, czekałem aż sobie odejdzie.

- Wiem, że tam jesteś. -usłyszałem poważny męski niski głos dochodzący zza drzwi.

- Czego chcesz? - odparłem.

- Co ty chcesz?. - zapytał.

- Co ja chcę?

- Tak.

- Kim jesteś?

- Bogiem.

- Acha, nie nabiorę się na to.

- Poważnie mówię, wpuść do środka, niedawno mnie wzywałeś.

- Nic takiego nie zrobiłem, nie wzywałem żadnego Boga.

- A kto warknął nerwowo pod nosem „Boże, pomóż!"?

- Podsłuchujesz mnie! - stwierdziłem podirytowany.

- Ja cię nie podsłuchuję, ja cię słyszę.

- Odejdź i mnie zostaw.

- Nie bądź taki, wpuść mnie do środka, specjalnie dla ciebie przyszedłem... - namawiał.

- Nie. - natychmiastowo odmówiłem.

- Dlaczego jesteś taki uparty?

- Bo ci nie ufam, a teraz odejdź.

- Jak mam zdobyć twoje zaufanie?

- Nie wiem, włącz prąd, a pomyślę.

Nagle nastała światłość! W całym mieszkaniu włączyły się lampy, na klatce nadal było ciemno, więc nie wiedziałem wciąż, kto tam jest.

- Włączyłem prąd! - Oznajmił obcy.

- To jakieś sztuczki, nadal ci nie ufam. Włącz jeszcze światło na klatce, abym mógł sprawdzić, jak wyglądasz.

- Proszę bardzo, światło na klatce włączone.

- Gdzie jesteś? Dlaczego się ukrywasz?

- Zapomniałem, że jesteś tylko człowiekiem i nie możesz mnie dostrzec. - odpowiedział z lekkim rozbawieniem w głosie. - To jak wpuścisz mnie? - zapytał ponownie.

- Wchodź, ale szybko, dzisiaj mnie już nic nie zaskoczy.

Otworzyłem drzwi, nadal nie dostrzegałem nikogo na zewnątrz, lecz odczułem, że jest ktoś obok mnie, zaznaczając swoją obecność przyjemnym ciepłem.

 

06.06.2017

Następne częściTłum (2/3)  Tłum (3/3)  

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • motomrówka 06.06.2017
    Nardzo ciekawe i zagadkowe jednocześnie, czytałam zaciekawiona. Czyżby bohater trafił do jakiegoś czyśćca? Jest przy okazji strasznie bierny i obojętny, ale kiedy patrzę na niektórych znajomych, doskonale rozumiem taką postawę. Niestety, jest dość prawdopodobna, choć z drugiej strony irytująca. Ale... może tak działa strach? Sama nie wiem, co bym zrobiła w takiej sytuacji.
    Brak kilku przecinków, czasami trochę przydługie zdania, jakdyś celowa chciała rozwlec akcję, być może taki masz styl, nic jeszcze twojego nie czytałam. Nie przeszkadza to specjalnie, potęguje tylko tę obojętność i bierność.
    Na razie jestem ciekawa co to będzie z tym bogiem?
  • motomrówka 06.06.2017
    Miało być oczywiście: Bardzo ciekawe...
  • Atropina 06.06.2017
    Z tym czyśćcem nie do końca trafiłaś, można to tak zinterpretować, lecz nie o to chodzi. W następnej części rozwieję Twoje wątpliwości, dokładnie 7 lipca ;).
    ps.
    Mój nick wprowadza w błąd - jestem facetem :D
  • motomrówka 07.06.2017
    Atropina, przepraszam, nie zerknęłam w twój profil :(
    Ale żeby było śmieszniej, do mnie zwracali się na początku jak do chłopaka, mimo źeńskiej końcówki w nicku ;))
  • Atropina 11.06.2017
    Cóż, pomyłki się zdarzają :)
  • Dimitria 06.06.2017
    Historia zapowiada się ciekawie :)
    Tworzysz świetne opisy i na pewno będę czytać dalej.
  • Atropina 06.06.2017
    Bardzo się cieszę, że temat przypadł Ci do gustu. Pozdrawiam.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania