Top 10 piosenek miłosnych – ARTYKUŁ WYŁĄCZNIE DLA PAŃ

Wprowadzenie

Po mocnym, rzeźnickim rankingu ten post będzie subtelny niczym dywan z polnych kwiatów. Omota czytelnika zapachem łąki, lasu i otumani promieniami łagodnego Słoneczka przebijającego się przez korony drzew.

 

Artykuł ten przeznaczony jest wyłącznie dla pań, nieuleczalnych romantyczek, które wierzą w miłość jak z bajki. To dla was. Czujcie się wyróżnione.

 

Poza tym dedykuje go Krzysztofowi Kononowiczowi – mistrzowi przyrządzania kanapek z byle czego, który mnie mocno ubawił swoimi edukacyjnymi filmikami kulinarnymi, pożeraniem ‘testowanych’ wyrobów garmażeryjnych i oblizywaniem łyżki. Właśnie to on mnie zainspirował do tytułu tego artykułu.

 

Omówię 10ć piosenek miłosnych, które osobiście lubię. Utwory te według mnie zostały napisane z potrzeby serca, a nie tylko, żeby na nich zarobić. Choć osobiście nie widzę niczego złego w połączeniu romantycznego gestu z praktycyzmem i biznesową intuicją.

 

Oczywiście ta osławiona Miłość to nie tylko radosne momenty, ale też cierpienie, zranienia, no i rutyna. O tym również będzie w tym artykule. Musi być, żeby czytelnika nie zemdlić i po prostu nie oszukać.

 

1) The Cure ‘Lovesong’

 

Według Roberta Smitha człowiek skończywszy 30 lat zaczyna ulegać nieuchronnej degeneracji. Kończy się młodość, zaczyna starość, kończyny są mniej sprawne, zęby wypadają, generalnie sypiemy się. Nie jest to zawsze regułą. Ale u większości ludzi tak właśnie ten proces wygląda.

 

Niektórzy degenerują się mając już po 20 kilka lat, dostosowując się do społecznych przygłupich ról i ograniczeń, udręczeni codzienną rutyną, bolesnym zarabianiem i wydawaniem oraz spłacaniem kredytów. Im wcześniej wchodzą w świat ‘normalowatości’ tym szybciej ulegają rozpadowi. Żegnają się z wolnością, niezależnym myśleniem, jakimikolwiek zainteresowaniami, poza oczywiście podziwianiem urody żony, chodzeniem do ogłupiającej pracy, przynoszeniem wypłaty i noszeniem dzieci na barana. Przestają chodzić po nocy, eksplorując swoje piękne miasto albo wieś. Poczucie humoru tępieje, pozostaje tylko kino domowe z bezpiecznymi filmami. 200 metrów bez samochodu też już trudno przejść bez zadyszki.

 

‘Disintegration’ czyli ‘rozpad’ to album, na którym znajduje się ‘Lovesong’. Deklaracja jaka pada w tym utworze jest swego rodzaju nieodwracalnym wyborem. To tutaj czuć. ‘Lovesong’ nie jest utworem o jakiejś tam miłostce, jest utworem o miłości do grobowej deski, kiedy człowiek już nie marzy o niczym innym jak tylko usiąść z tą jedną osobą i czekać na swój własny koniec. Tak więc ten krótki, ckliwy utworek śpiewany niepewnym głosem idealnie wpasowuje się w koncept ‘dezintegracji’.

 

Jak powstała ta piosenka? Niektóre kobiety męczą swoich partnerów artystów tekstami w rodzaju: ‘napisz dla mnie piosenkę miłosną’. Nie wiedzą, że prawdziwy artysta nie pisze na zamówienie. Czasami muszą poczekać nawet kilkanaście lat, aż twórca w natłoku innych ważnych tematów zdecyduje się napisać Tą Pieśń.

 

Mary Poole nie miała tak źle. Zanim dostała od Roberta ‘Lovesong’, w międzyczasie była dowartościowywana emocjonalnie wieloma innymi piosenkami. Gdy po raz pierwszy usłyszała refren ‘I will always love you’, była tak szczęśliwa, że nie mogla przestać całować biednego Roberta. Jak dla mnie jest to bardziej piosenka o poddaństwie, a nie miłości. No ale ważne, że wszyscy szczęśliwi.

 

Poza tym ‘Lovesong’ okazał się wielkim sukcesem i wygenerował ‘The Cure Incorporated’ spore finansowe przychody i sukces w USA! Tak więc opłaciło się.

 

Pamiętam jak spotkałem Rogera O’Donnella 7 marca 2010tego roku, przy okazji jego koncertu na barce na Tamizie koło Temple Pier. Mój kolega Ajit Menon powiedział, że jego miłość do The Cure zaczęła się od ‘Lovesong’. O’Donnell na to, że wcale nie chcieli wydać tego utworu na singlu, bo wydawał się nie za dobry.

 

Po co o tym mowie? Z jednego powodu. Twórca piosenki nigdy nie powinien siadać z nastawieniem, że stworzy coś wielkiego. Po prostu artystko / artysto pisz jak najwięcej: o kocie, o wojnie, no i o miłości. I zaskocz samego siebie pod koniec dnia.

 

2) Robbie Williams ‘Feel’

 

To bardzo poruszający utwór. Brak uczucia przez dłuższy czas potrafi człowieka ‘wysuszyć’, pozbawić ludzkich odruchów, zrobić z niego stworzenie, które chce jedynie przetrwać. Ale właściwie po co?

 

Zwierzęta nie mają takich dylematów. No ale z ludźmi jest stety / niestety inaczej. Fajnie jest podróżować, imprezować, być wolnym. Z czasem jednak człowiekowi potrzebna jest jakaś przystań.

 

Z wiekiem osamotnienie coraz bardziej daje się we znaki. Przyjaźń może do pewnego stopnia rekompensować potrzebę bliskości. Nie zawsze to jednak wystarcza gdy przyjaciele nie znajdują już dla ciebie czasu.

 

3) Queen ‘Love Of My Life’

 

Myślę, że w przypadku Freddiego problemem jego zguby był rozdźwięk między jego seksualnością a uczuciem czystym, prawie bezcielesnym. Niejeden facet, niekoniecznie gej albo biseksualny ma dylemat. Kocha nadal jedną partnerkę ale chce mu się też spróbować czegoś innego. Seks dla faceta to fizjologia, tak jak jedzenie. Można nie lubić tej jędzy co pracuje na poczcie i źle wydała mi reszty, ale w myślach już ją rozbierasz.

 

O co mi chodzi? Ten utwór jest o Mary Austin, nie o żadnym z jego kochanków i kochanek. Dowodem tego, że Mary była dla niego najważniejszą osobą po rodzicach był fakt, że przepisał Garden Lodge i większość swojego majątku właśnie jej. Będąc już na skraju życia żałował też: a może gdybym żył inaczej?

 

No ale cóż. Miał zwariowane i krótkie życie, a mógł mieć dłuższe. Może mniej ciekawe, ale czy by wytrzymał w takim kieracie? Nigdy się tego nie dowiemy. ‘Love Of My Life’ wpasowuje się w kanon z gatunku ‘napisz dla mnie piosenkę miłosną’. Adresatka na pewno często do niej wraca.

 

4) Depeche Mode ‘Halo’

 

Jakoś ciężko było mi znaleźć w katalogu Martina Gore’a i spółki piosenki o miłości a nie o perwersji. I nie chciałem brać się za ‘Somebody’, które jak dla mnie jest przesłodzone i mnie nie bierze. No ale jest ‘Halo’. Kolejne spojrzenie na ten temat. Strachu przed uczuciem. Wmawianie sobie, że nie zasługuje się na te ‘wszystkie luksusy’.

 

Życie jest krótkie. Zbierzmy się na odwagę. Zasługujemy na to co najlepsze. A nawet jak się przegra tą walkę to nie powinniśmy tego żałować. Mając te 90 kilka lat po raz kolejny zastanawiać się: ‘a może gdyby’? Jeśli zawalczyliśmy, to teraz niczym w Monty Pythonie Pan Bóg z nieba wystawi palec i odpowie: ‘nie ma żadnego gdyby, przegrałeś, więc siedź dalej i patrz się na chmurki’.

 

5) Pet Shop Boys ‘Always On My Mind’

 

Nic nie jest nam dane na wieczność. Życie z drugą osobą to nie zawsze spokojny spacer. Czasem potrafi to być rollercoaster emocji i niedomówień. A poza jest tyle do zrobienia również poza domem, nie tylko siedzenie na zadku i komplementowanie oraz spełnianie zachcianek dzień po dniu i rok po roku. Jeśli się wykoleimy po tej szalonej jeździe to co wtedy można zrobić? Najlepiej podnieść się i iść dalej.

 

O tym właśnie jest ta piosenka. Poza tym trzeba być wdzięcznym za te wszystkie lata. Niekoniecznie musiały być one zmarnowane. Po prostu życie dało nam szkołę, którą przy następnej okazji warto by było mądrze wykorzystać.

 

6) David Bowie ‘The Wedding’

 

Po wielu perturbacjach życiowych czasem tak bywa w życiu, że w końcu się ustatkujemy. W końcu nawet słowo ‘ślub’ przestaje napawać nas śmiertelnym przerażeniem. Nie odbieramy już tego jak jakiś pakt z diabłem, układ, który obedrze nas z ciężko zarobionych pieniędzy, a w przypadku odmowy płacenia, wtrąci do ciemnej celi i kompletnie zrujnuje nasze życie.

 

Czasem tak bywa, że się udaje. Że rzeczywiście idzie wytrzymać z tą jedną kobietą już do śmierci. W tej piosence z albumu ‘Black Tie White Noise’, David Bowie jest szczęśliwy jak skowronek o poranku. Po latach narkotyzowania się, przebierania się w (męskie) sukienki jak na albumie 'The Man Who Sold The World', spania z wieloma kobietami, ale też i z Mickiem Jaggerem czas w końcu się zadeklarować.

 

Iman nie była chyba taką złą opcją. Wygląda na kobietę inteligentną, oraz twardo stąpającą po ziemi. Na pewno lekko naprostowała trochę zagubionego Davida. I wzięli ślub, a potem żyli długo i szczęśliwie. Niczym w bajce.

 

7) Rammstein ‘Ohne Dich’

 

Słuchając tej przejmującej pieśni aż trudno uwierzyć, że to Rammstein. No ale cóż. Nawet na największego twardziela spada ten moment, że serce krwawi z tęsknoty za tą wybraną. ‘Ohne Dich’ podane jest nam z teutońskim patosem, niczym w starogermańskich legendach o Hermannie der Cheruskerze, z delikatnością Wagnera i poetyką Goethego. Cytując ‘Cierpienia Młodego Wertera’?-

 

“Mam tak wiele, a uczucie dla niej pochłania wszystko; mam tak wiele, a bez niej wszystko staje się niczym.”

 

Tekst piosenki jest bardzo prosty, ale przynajmniej ja nie odbieram go jako coś banalnego. Bohater ze złamanym sercem jak to widać na teledysku próbuje się odtruć. Nie wiemy czy po porzuceniu czy może nawet po śmierci ukochanej. A co jest najlepszym lekarstwem na tragiczną miłość? Męska wyprawa, bez sentymentów, walka z własnymi słabościami, żeby po prostu wejść na jakiś tam parutysięczny pagórek. Noga z gangreną, uszkodzone narządy wewnętrzne – to już nie ma znaczenia gdy w sercu pustka, a w oczach zgasł żar.

 

8) Joy Division ‘Love Will Tear Us Apart’

 

To taka piosenka post-miłosna. Przestroga dla tych, którzy za wcześnie biorą ślub z ludźmi, których słabo znają. Z kobietami, których ambicje są niskie. Wykrochmalone i wyprasowane gacie, ugotowany obiad z 2óch dań plus deser, to nie dla każdego faceta dowód prawdziwej miłości. No i powód, żeby ciągle na nowo zdobywać tą samą kobietę.

 

Wręcz przeciwnie uciekają oni od takiego ‘szczęścia’ aż się kurzy, bo to jak zamkniecie w trumnie za życia. Niech lepiej to jedzenie będzie czasem przypalone, w mieszkaniu syf, nawet dziecko nie zawsze zbyt czyste ale niech życie ma smak, niech się rozwija ciekawiej niż papier toaletowy. Pruderia i drobnomieszczaństwo nie dla każdego są synonimem udanego bytu.

 

9) U2 ‘One’

 

Mógłbym tu wybrać jakiś bardziej oczywisty kawałek tego zespołu, ale zdecydowałem się jednak na ten. Nie dlatego, że jest popularny, ale osobiście bardzo mi się podoba. Nie śpiewajcie do licha tego na weselach! Jeszcze się zdziwicie widząc Bono wychodzącego gdzieś z krzaków (jak w prawdziwej historii z Eddie Vedderem zakazującego dzieciakom śpiewania ‘Black’) i mówiącego, że ‘nie wolno’. Żadne tam ‘one’ = ‘jedność’. To jest kawałek o ludziach, którzy przechodzą kryzys w związku albo nawet się rozwodzą.

 

Piosenka ta pięknie wkomponowuje się w genialną płyte ‘Achtung Baby’. Jest tym momentem szczerości, tuż obok ‘zdystansowanych’ ‘Even Better Than The Real Thing’ i ‘Until The End Of The World’. To moment zdjęcia czarnych okularów cynizmu, mówienia prawdy, bolesnej, ranienia się nawzajem. Ale czasem taki ból jest potrzebny, żeby być w stanie pójść dalej, nie tkwić w samooszukiwaniu. Znaleźć w sobie odwagę, uwierzyć w siebie i albo się rozstać albo naprawić to co się sypie.

 

10) Higher Love ‘French Song’

 

I na koniec trochę prywaty. Moja własna piosenka. Pierwszy własny utwór miłosny. Wcześniej grałem wyłącznie punk rocka i śpiewałem o nienawiści do świata, ludzi i siebie samego. Pewna tajemnicza niewiasta nie tylko odblokowała mnie wtedy jako artystę, po przyjeździe do Londynu, ale nawet skierowała moją twórczość na nowe tory.

 

Jaki kraj najbardziej stereotypowo kojarzy się z miłością? Oczywiście ‘Francja’. Dlatego też taki tytuł. Tekst jest bardzo prosty, nie ma w nim właściwie żadnych metafor. Wyznanie uczucia jest tu równie nieskomplikowane jak kłódka zawieszona na moście.

 

Razem z moim zespołem udało nam się po dość niskich kosztach zrealizować wideoklip do tej ballady, w kiczowato romantycznym, staroangielskim Rickmansworth. Jest łódeczka, są i drzewka, a nawet kościołek. Brakowało tylko czerwonego balona w kształcie serca i morza róż. Niestety nie było nas na to stać.

 

Podsumowanie

Mam nadzieję, że wszystkim paniom podobała się moja selekcja i będą wracać do mojej playlisty nie raz i nie dwa razy. Czekam na komentarze pod moim artykułem, na uwagi krytyczne ale jednak konstruktywne. A także na ciekawe sugestie innych utworów, które pasowałyby do tej albo innej tematyki.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • KarolaKorman 6 dni temu
    Przeczytałam od dechy do dechy :) Moje typy są zupełnie inne. Takie pierwsze skojarzenia to:
    Chris De Burgh -- Lady In Red
    George Michael - Careless Whisper
    Sting & The Police - I'll be missing you i każdy cover tego utworu
    Jak wspomniałeś Robbie'go Williamsa od razu do głowy wpadł mi przepiękny utwór Guns N' Roses This is love, gdzieś w którym teledysku są urywki filmu ,,Między niebem a piekłem'' z Robinem Williamsem z roli głównej

    W wersjach bardziej na wesoło:
    Chris Norman & Suzi Quatro - Stumblin' In
    John Travolta i Olivia Newton John - You're the one that I want

    i jeszcze wiele innych jak Barbra Streisand - Woman in Love, ale już nie będę wypisywać :) Pozdrawiam :)
  • MarkD 5 dni temu
    Dzięki za komentarz. 'I'll Be Missing You' to nie żadne Police tylko dość nędzna przeróbka genialnego 'Every Breath You Take'. Pozostałe piosenki można cenić mniej lub bardziej, ale na pewno zasługują na swoje miejsce w historii muzyki.
  • KarolaKorman 5 dni temu
    The Police - Every Breath You Take

    https://www.youtube.com/watch?v=OMOGaugKpzs&list=RDOMOGaugKpzs

    ja pomyliłam tytuł, ale chodziło mi o ten utwór :)
  • KarolaKorman 5 dni temu
    https://www.youtube.com/watch?v=k3AvtHZ5R78

    Można go też znaleźć tak: Sting & The Police - I'll be missing you
  • KarolaKorman 5 dni temu
    I jeszcze dodam, cytuję:

    ,,Autor tekstu: Sting
    Kompozytor: The Police
    Rok powstania: 1983
    Wykonanie oryginalne: The Police
    Covery: Robert Downey Jr., Kabaret Czesuaf, Łukasz Płoszajski, William Finta, Lenny Keylard, Damian Michalski, Max Milner, Michał Grobelny (2015)
    Płyty: Every Breath You Take (SP, 1983), Synchronicity, Every Breath You Take: The Singles
    Ciekawostki: Przesłanie jest dwojakie - z jednej strony o miłości a'la Wokulski z "Lalki" do Izabeli - obsesyjnej i totalnej, z drugiej strony o obsesji przeradzającej się w nękanie. P.S. To Sting zostawił swoją pierwszą żonę dla drugiej - sąsiadki nota bene.
    Ten utwór należy do ścieżki dźwiękowej: Po Tamtej Stronie Ciebie i Mnie (książka), Karaoke Revolution Volume 2, We Sing, Domowe Karaoke:Zostań idolem, Rocksmith 2014, Singstar Party''
  • KarolaKorman 5 dni temu
    Nie wiem o jakiej nędznej przeróbce pomyślałeś :O
  • MarkD 5 dni temu
    KarolaKorman Mam na myśli Puff Daddy vel P Diddy. Właśnie ta jego przeróbka ma tytuł 'I'll Be Missing You'.
  • MarkD 5 dni temu
    KarolaKorman Wokulski. Kochać można, obsesyjnie czasem też, byle sobie i innym nie zrobić krzywdy ;)
  • KarolaKorman 5 dni temu
    MarkD, a widzisz, jeszcze przy okazji możemy posegregować Miłość (przez duże M, oczywiście). Mamy pierwszą - obsesyjna :) Pozdrawiam :)
  • Freya 6 dni temu
    Fajny ten felieton. Ja nie bede wymieniać utworów muzycznych, tylko skoncentruję się na wokalistach/tkach i teges, którzy mają jakieś ciśnienie w tych swoich głosach - można by to określić jakimś przekazem sugestywnej namiętności oddziaływującym na słuchacza... nawet bez ukierunkowanego tekstu. Karola wymieniła już Barbarę Streisand - perfekcjonistka i kurde, nadal potrafi dać głos; no to i Celine Dion - szkolone głosy i nie chodzi tu o liczbę oktaw, tembr, chociaż to jednak też ma znaczenie. Mariah Carey; Donna Summer, Whitney Houston, Dionne Warwick, Tina Turner. No z facetów; "posłuchajta Barry White'a", Michael Buble i te twoje sugestie tysz. Pozdro serdecznie. ;)
  • MarkD 5 dni temu
    Dziękuje. Angielski nie jest moim pierwszym językiem i nawet teraz znając go nadal postrzegam utwory najpierw przez warstwę emocjonalną a dopiero potem staram się zrozumieć tekst. Tajemnica światowego sukcesu tych wspomnianych przez ciebie wokalistek jest właśnie to, że dotrą do serca nawet tych, którzy nigdy nie zrozumieją o czym one śpiewają.
  • motomrówka 6 dni temu
    Pamiętam, na studiach zakochałam się w Queen i razem z przyjacielem, on na gitarze, spiewaliśmy prawie wszystko z Nocy w operze, z Love... na czele. To chyba moja ulochana płyta tego zespołu. A kiedy Freddie "walcował" do Luwru w leniwe niedzielne popołudnie, czułam się jak na w kinie na kapitalnej komedii.
    Czytam Twoje teksty, Mark, i strasznie przypominasz mi stylem opowiadania Piotra Stelmacha z Trójki. Tym przyjemniej mi się je czyta. Poza tym piszesz o The Cure, Martinie Gore, co też mi się z nim kojarzy.
    Pozdrawiam ;)
  • MarkD 5 dni temu
    Ale super komplement! Piotr Stelmach! O rany cała 'Noc w Operze', jak on 'The Prophets Song' zagrał na akustyku?
  • motomrówka 5 dni temu
    MarkD, nie całą, no co ty. Prawie wszystko ;) Na tym delay'u, w środku The Prophets... nie wyrabiał ;)))

    Wiesz, jest impreza, człowiek jest w stanie wszystko zagrać i zaśpiewać, teksty w łapkę i jedziemy.

Napisz komentarz