TW 8 - Historia w gruzach

Postać: Zezowaty koń

Zdarzenie: Wybuch reaktora - sam wybuch wyszedł, ale może będzie okej

Jedno z wielu zaległych

 

 

 

Przeraźliwy skowyt niósł się echem po całej okolicy jak symfonia hipnotyzująca dawno już pozbawione własnej woli umysły ukrytych pod klocami betonu ludzi. Niewiarygodne, że dopiero gdy zmiażdżono wyjcowi szczękę, ten ucichł na dobre. Każdy kolejny cios w dowolną inną część ciała wywoływał jedynie przeraźliwe konwulsje, napady krwawych wymiotów, ale nie śmierć. Łzy płynęły potokami z przekrwionych oczu, kiedy błagał, aby w końcu zadali ten precyzyjny cios, który zakończy wszystko. Nie zamierzali jednak podporządkowywać się jego błaganiom. Dopiero gdy faktycznie dotarło do nich, że biedak nie zdechnie, mimo iż większość flaków dawno wydostała się z jamy brzusznej, a krew utkwiła na dobre w przełyku, jeden z nich sięgnął po zardzewiały szpadel (broń tak prostą, że przetrwała najgorsze zawieruchy) i wymierzył cios ostateczny. Martwe ciało wyglądało jak żart, kiepski i tanio wykonany. Sklejone ze sobą części ciała człowieka i konia niczym stworzona na szybko maskotka dla znienawidzonego dziecka, za sam fakt, że oddycha w twoim otoczeniu.

A przecież czystego powietrza, cenniejszego niż wszystkie cudy świata upchane razem, ubywało coraz szybciej. Zjawisko to było na tyle silne, że ludzie w strachu rozdzielili się i zaczęli egzystować samotnie lub w małych grupkach. Ale przede wszystkim poprzysięgli sobie dwie rzeczy, skrajne różne, będące regułami decydującymi o życiu lub śmierci. Pierwszą z nich był absolutny zakaz dalszego rozmnażania się. Im więcej płuc do zapełnienia ich świeżym powietrzem tym gorzej. Matkę, którą podejrzewało się o ukrywanie ciąży miał prawo zabić każdy, w dowolny sposób. Czyż to nie strategicznie genialne rozwiązanie? Nawet jeśli ofiara okaże się niewinna, jej śmierć pozwoli innym cieszyć się tlenem, który sama pochłaniała jak młodziutki pelikan. Zatłuc, zadeptać, poćwiartować, spalić, wszystko, abyś ty żył dalej.

Czwórka nastolatków, jedne z ostatnich młodych okazów gatunku homo sapiens przypatrywała się zwłokom dłuższą chwilę w całkowitym milczeniu. Nie kryli rozbawienia, ale też nikt nie śmiał wybuchnąć śmiechem, spoglądając wyczekująco po sobie.

- Może ja zacznę – wydusił jeden, po czym wydał z siebie triumfalny odgłos zupełnie niepodobny do śmiechu. Reszta nadal stała w milczeniu.

- I czego rżysz? Trup cię bawi? Ile ty masz lat?

- A bo ja wiem. Nikt tego nie wie. Ale jedno wiem aż za dobrze, zaciukałem to ścierwo i należy mi się za to pochwalny okrzyk. - Chudy, kościsty brudas z maską kowboja zarzuconą na tył głowy dumnie postawił nogę na zwłokach człowieka konia i wyprężył się w triumfalnej pozie. W lewej dłoni trzymał zakrwawiony szpadel – narzędzie zwycięstwa i symbol upadku rasy ludzkiej. Ludzie używali szpadli jak broni masowego rażenia. Każdy, kto chciał żyć pośród gruzowisk, musiał go mieć. Okrzyk rozniósł się echem po okolicy, po czym zamilkł ucięty nagle przez odgłos zrywającego się wiatru.

Wiecie, jak to jest, kiedy człowiek wstaje ze swojej starej pryczy i wie, że wszystko, co go otacza, jest po prostu ułudą i zlepkiem historii poprzeplatanych w taki sposób, że same w sobie stały się dziurami logicznymi dla większego tworu – propagandy, jaka tłumaczyła wszystko wokoło? Takim osobliwym światem, który podobno powstał, kiedy to coś spadło i zrobiło bum. Oni to wiedzieli.

Czterech śmiałków, którzy zamiast cieszyć się każdą chwilą życia, woleli korzystać z nich maksymalnie szybko i bez ładu. Nie musieli dociekać, jak ten świat powstał. On był i to wystarczało, a to istniało wcześniej, nie było istotne. Kurtyna zapadła tak nagle, że nikt nie przewidział skutków. Zawiłość zdarzeń i przypadkowych zwrotów akcji zjeżyła na początku włosy na głowie naukowców, a następni w kolejce okazali się piloci bombowca, który zrzucił na losowo wybraną lokalizację bombę atomową. Ostateczna broń, mająca przynieść zagładę części rasy ludzkiej, skłócić ocalałych i zmienić świat w wielki śmietnik. Tyle że coś poszło nie tak. Pokaźnych rozmiarów bomba leciała dziarsko nie zapowiadając niczego, co mogłoby wywołać atak paniki wśród tęgich głów tamtych czasów. Pocisk uderzył… i nic. W tym punkcie czterech skazanych na wszystko, co najgorsze chłopaków, wracających z łbem człowieka konia usłyszało, że było bum i świat się zawalił. Po prostu. Uwierzyli jak durne naiwniaki, bo przecież rodzice mają zawsze rację. Tymczasem kardynalny błąd w postaci załadowania złej bomby do samolotu odbił się czkawką, która niosła się echem przez lata.

Zrzucony pocisk okazał się prototypem czegoś, co nazywano w minionych czasach magią. Magia ta ukryta była w liliowej chmurze gazów, która po kontakcie pojemnika, w którym się znajdowała, z podłożem rozprzestrzeniła się wokoło na ogromny obszar. Los przekorny chciał, że okolica, w której doszło do uwolnienia magii słynęła z dużej ilości stadnin koni. Ludzie utrzymali się z nich, inwestując w coraz to większe stajnie i tory do pokazów. Tamtego feralnego dnia prawdopodobnie zasiadali w swych domach do niedzielnych obiadów. Magia sprawiła, że ludzie i konie złączyli się w jedno, tworząc zupełnie nowy gatunek. Płochliwe stworzenia o inteligencji pięciolatka i porównywalnej odwadze. Zanim stworzono nowy projekt i zrzucono właściwe bomby, naukowcy zdążyli poczynić obserwacje nad nowym tworem i ochrzcić go mianem Zezowatego Konia, ponieważ faktyczne ułożenie oczu na końskiej czaszce odbiegało od prawidłowego.

We czwórkę podążali przed siebie, przedzierając się przez gruzowiska i fortyfikacje dawno wybitych w pień obozów. Ostatnie miesiące przyniosły śmiertelne żniwo, doprowadzając do całkowitej izolacji małych grup i zerwania jakiegokolwiek zaufania z napotkanymi ludźmi. Samotnicy byli cały czas na straconej pozycji. Nie przyjmowano żadnych wymówek, błagań i innych dupereli. Okładano napotkanych samotników szpadlami, dopóki z ich czaszki nie wypłynęła jej zawartość. Zezowate Konie należały do cięższego kalibru. Jakoś tak się złożyło, że byle wypatroszenie czy połamanie wszystkich kończyn nie zapewniało zwycięstwa nad nimi. Konieczne było precyzyjne uderzenie w czuły punkt w okolicach żuchwy. Wtedy śmierć przychodziła natychmiast jak od pstryknięcia palcem.

Zatrzymali się na skrzyżowaniu dwóch ulic, pośrodku pustej przestrzeni, mając na karku spojrzenia ‘’wędrowców’’. Puste, pozbawione życia ślepia spoglądały na nich z ukrycia, wyczekując jednego fałszywego ruchu, aby ruszyć naprzód. Cała czwórka stała do siebie plecami ,obserwując, jak szare cienie przemykają z jednego kąta w drugi, prawie bezszelestnie.

- Mają nas. Naliczyłem dwunastu – jęknął niewyraźnie jeden z nich. Głos ten był tak rutynowy i pusty, że mógł należeć do każdego z czwórki gówniarzy. Gówniarze jednak znali swoją wartość, a raczej jej przesłodzoną wersję. Czując się niczym władcy otaczającego łez padołu, pozwalali sobie na wiele, nie bacząc na głos rozsądku.

— Nie jęcz. Obserwuj i nie daj się zabić — Berx upomniał od niechcenia Bezimiennego, który wyraźnie nie panował nad strachem, pozwalając, aby drgawki przejmowały kontrolę nad jego ciałem. — Niech ktoś uspokoi go, bo jeszcze zrzuci na nasz całą hordę wędrowców! — ryknął, tym razem mocniej. Echo odbiło się od stojących samotnie ścian kamienic i pobudziło szare cienie, które gładko podążyły w kierunku całej czwórki.

Bezimienny padł blady na przysypane gruzem podłoże. Dwaj bliźniacy C – 444 i C -445, otoczyli nieprzytomnego, czując na karkach złowrogie spojrzenia wędrowców. Brex, dumny zabójca Zezowatego Konia, spojrzał na nich wymownie, po czym obrócił się na pięcie i wymierzył cios. Szpadel zadrżał w chudych dłoniach chłopaka, kiedy zetknął się z zimną śliską powłoką wędrowca. Bliźniacy jednocześnie usiłowali ochronić Bezimiennego, jak i truchło Zezowatego, które bez wątpienia kusiło przyczajonych w ruinach oprawców. Wątłe, posiniaczone ciała, zdawały się jak słaba papierowa tarcza, której sforsowanie nie wymagało większej siły. Numery wypalone na nadgarstkach, jedyne informacje tej dwójce zaczynały piec, kiedy niebezpieczeństwo było blisko. Alarm, mający postać bólu, nie raz uratował im życie, jednak w tamtej chwili ucieczka nie wchodziła w rachubę.

— Pomóż nam! — C -444 odważył się i krzyknął, widząc kilka szarych cieni, zbliżających się szybko.

— Nogi za pas i do tyłu! Bierzcie truchło zezowatego.

— Słuchaj. — C -445 zwrócił się do brata — Bierz Zezowatego, a ja wezmę Bezimiennego.

C -444 na początku jakby nie dosłyszał polecenia. W ostatniej chwili wyrwał się z zamyślenia i złapał za koński ogon, ciągnąc truchło za sobą w pocie czoła. Berx kończył ubijanie na miazgę łba jednego z wędrowców, kiedy z boku dobiegł go piskliwy jęk. Padł na gruzowisko przywalony szarym cielskiem, które wiło się nieskładnie w porywie agresji. Szczęście spuściło jednak na niego łaskę niezłego farta, bo jednym, niezbyt mocny uderzeniem szpadla ogłuszył wędrowca.

— Szybciej! Osłaniam was!

Bliźniacy ostatkiem sił targali cenne balasty, nie patrząc za siebie. Jedynie odgłosy wycofujących się powoli istot mogły dodać im otuchy i nowych sił. Za pierwszym rogiem zatrzymali się. Berx podrapał się po blond czuprynie i w swoim stylu prychnął śmiechem.

— Było blisko, co?

— Tak jakby — wydukał jedne z braci nieśmiało.

— Bezimienny nadal w innym świecie. Mogliśmy go w sumie tam zostawić. Miałyby łup i dałyby nam spokój.

— Żartujesz? — syknął C -444.

— Nie. Mieliśmy dużo szczęścia — Jego twarz spochmurniała. Pulsująca nad okiem żyła wskazywała na solidne podenerwowanie. — Spowalniał was, nas. A teraz śpi jakby nigdy nic, może nawet udaje, żeby wymigać się od tego bagna. Nie znacie go? Potrafi to robić.

Niezręczną ciszę przerwał Bezimienny spontanicznym pomrukiem, jakby wrócił z podróży po bardzo udanych lokacjach sennych. Nadal czuł ich przyjemny wydźwięk i tło gruzowiska wcale nie zepsuło mu humoru.

— Jak tam? Dalej tu są?

— Nie, już nie. Ale ładnie cię urządzili chojraku — Berx wychylił się zza rogu i rozejrzał się w poszukiwaniu niebezpieczeństwa.

— Urządzili, nie urządzili. Ważne, że mamy Zezowatego.

— Będziemy mieli więcej, dużo więcej.

— Ty, Berx, może już starczy tego wojowania? Jedne to i tak sporo.

— Przespałeś walkę o życie, a teraz jeszcze się stawiasz. Szpadel sam wskakuje do rąk.

Bezimienny umilkł jak odłączony od zasilania. O ile japę miał rozklekotaną, tak wolał nie wdawać się w kłótnie. Zwykle był na przegranej pozycji, strategia odwrotu zawczasu była rozsądna. Bez słowa podał też Berxowi szpadel i w rytm jego poleceniom osłaniał tyły.

— Nie gadaj, że to…

— Ta, Zezowate Konie. Z piętnaście sztuk.

— Idziemy na nie?

— Bliźniacy tu zostają, a ty i ja idziemy. Wystarczy zranić. Bierz kamienie i jak z armaty. W łeb. Jak padnie ogłuszony, jest nasz.

Zobaczył tylko ciemność i migocące gwiazdy za mglistą kurtyną. Może jakieś krzyki słyszał, może to był Bezimienny. Jeśli tak, miał nadzieję, że obdzierają go ze skóry.

Lodowaty prysznic w trakcie całkiem przyjemnego snu to jedna z bardziej bestialskich form tortur. Berx przeżywał triumf w innym świecie, wykreowanym pod swoje wymagania i właśnie miał wypowiedzieć fundamentalne zdanie, ważące na losie świata, kiedy niespodziewanie znalazł się w pustym pomieszczeniu, przytwierdzony do ściany grubymi łańcuchami.

— Budź się, nie mam więcej wody na zbyciu — Usłyszał, po czym z trudem otworzył oczy. — No, od razu lepiej. Jeszcze tylko powiedz, cały jesteś.

— Chyba, raczej, możliwe, że coś z żebrem, boli, jak oddycham.

— E, to nic. Jak ci przydzwoniłem za drugim razem w pierś to wiadomo, że coś pękło. Do krwotoku daleko.

— Zaraz, ty jesteś…

— Mówią mi Bis. Gatunek dobrze ci znany. W końcu zaciukałeś jednego z moich.

— Tamten nie był tak wylewny.

— Nie musiał. Bestialsko go zajebaliście jak śmiecia.

— Nie wierzę! Opowieści mówiły o głupich stworach podobnych do krzyżówki konia i człowieka. Głupich jak but i tak samo odważnych. A tu proszę. Chojrak jaki. — Krzywy uśmiech zwieńczył wywód, wywołując u Zezowatego atak niepochamowanego gniewu.

— Uwierz, łajzo. Są inni, mądrzejsi. Tacy, którzy bronią słabych, przed wami. — Posłał Berxowi precyzyjny cios, łamiąc ze zgrzytem nos. — Bolało?

— Trochę. Nawet mniej niż trochę.

— Słuchaj…

— Słucham — przerwał, zlizując z ust ściekającą krew.

— Jesteś, tak jakby sam. — Lśniąca czarna grzywa na tle kasztanowej karnacji Zezowatego wyglądała dziwacznie, ale kiedy potrząsnął nią triumfalnie, mogła wywołać tylko odruch wymiotny.

— Jak to sam?

— Hej, dawać po kolei — wrzasnął.

Do środka weszła jeszcze trójka innych Zezowatych. Każdy taszczył zwłoki, bardzo znajome. Zmiażdżone twarze utrudniały identyfikację, ale Berx poznał od razu.

— Dlaczego?

— Dlaczego zajebaliśmy ich?

— Nie. Dlaczego ja jeszcze żyję? To nielogiczne.

— To bardzo logiczne. Oni byli śmieciami. Bezużytecznymi robakami. Poszli w odstawkę, a ty jesteś lepszym sortem. Masz sporo informacji, bardzo różnych i znasz się na ciukaniu.

— Płatny…

— Nie. Aż tak durny nie jestem, żeby ci zlecać, cholera wie co. Pożyjesz dłużej niż tamci, ale nie bezproduktywnie — uśmiechnął się.

Kraty, w które spojrzał Berx, nie dawały światła. Jedynie betonowy półmrok przenikał przez nie, co oznaczało, że wiedzieli gdzie go zamknąć. Byli pod ziemią, odizolowani od świata. Im bliżej powierzchni tym szanse na ucieczkę rosły, ale on był na straconej pozycji.

— Czego chcesz?

— Nic wielkiego, może nawet nie będzie trzeba kroić — oznajmił i kazał wynieść zwłoki.

Średnia ocena: 3.1  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Trening Wyobraźni 3 miesiące temu
    Witamy nowy tekst! :)
  • marok 3 miesiące temu
    Nie wstydźcie się dobroczyńcy. Dajcie chociaż znak, że to wasze geiazdy
  • marok 3 miesiące temu
    gwiazdy*
  • Ritha 3 miesiące temu
    Oddychaj Marok. Żeby z Twoim stażem jeszcze patrzeć na gwiazdki to wisz co...
  • marok 3 miesiące temu
    Ritha, lewą nogą dzisiaj wstałem, jeszcze na autobus nie zdążyłem. Przerąbany dzień
  • TrzeciaRano 3 miesiące temu
    Co na mówi pierwsze zdanie? Może jestem głupia ale nie bardzo umiem rozszyfrować.
  • Ritha 3 miesiące temu
    Racje ma, trza przebudować pierwsze zdanie.
  • Canulas 3 miesiące temu
    Też od razu zwróciłem uwagę po komentarzu 3r. No faktycznie .Pierwsze złoto :)
  • Ritha 3 miesiące temu
    Obadaj pierwszy akapit, nie wiem czy tam są te powtórzenia celowe, ale powtarza się cios, ciao i coś tam jeszcze.

    „Pierwszą z nich był absolutny zakaz dalszego rozmnażania się. Im więcej płuc do zapełnienia ich świeżym powietrzem tym gorzej. Matkę, którą podejrzewało się o ukrywanie ciąży miał prawo zabić każdy, w dowolny sposób. Czyż to nie strategicznie genialne rozwiązanie? Nawet jeśli ofiara okaże się niewinna, jej śmierć pozwoli innym cieszyć się tlenem, który sama pochłaniała jak młodziutki pelikan” – no ciekawie się robi

    Co to są za dywizy w dialogach?! Idź do kąta, i stój tam kwadrans :P

    „Nie kryli rozbawienia, ale też nikt nie śmiał wybuchnąć śmiechem, spoglądając wyczekująco po sobie.
    - Może ja zacznę – wydusił jeden, po czym wydał z siebie triumfalny odgłos zupełnie niepodobny do śmiechu” – tu też masz 2 x „śmiech”, przeczytaj sobie to jeszcze raz pod kątem powtórzeń

    „Wiecie, jak to jest, kiedy człowiek wstaje ze swojej starej pryczy i wie, że wszystko, co go otacza, jest po prostu ułudą i zlepkiem historii poprzeplatanych w taki sposób, że same w sobie stały się dziurami logicznymi dla większego tworu – propagandy, jaka tłumaczyła wszystko wokoło? Takim osobliwym światem, który podobno powstał, kiedy to coś spadło i zrobiło bum. Oni to wiedzieli” – zajebisty fragment

    Ej, linkach do linkaczy.

    „Magia sprawiła, że ludzie i konie złączyli się w jedno, tworząc zupełnie nowy gatunek” – wyobraźni Ci nie można odmówić

    Dobrze się czujesz w postapo, widać. I w horrołach, ofkors. Problem masz jedynie z budowaniem emocji, ale i tu już jest ciutkę lepiej, ogólnie jest git

    „— Nie jęcz. Obserwuj i nie daj się zabić — Berx upomniał od niechcenia Bezimiennego” – proste, ale bardzo w me gusta
    „Dwaj bliźniacy C – 444 i C -445” – cacy za tworzenie swiata (ps. Obadaj te różne kreski, bo chaos zapisu okrutny)

    Historia jakby wydarta z większej całości, ale jest tu energia, której mi u Ciebie brakowało. Podoba mi się… opku.
    Pozdro
  • Ritha 3 miesiące temu
    " ale powtarza się cios, ciao i coś tam jeszcze" - ciało*
  • marok 3 miesiące temu
    O kreskach zupełnie zapomniałem, a już miałem je przed oczami. Emocje są, ale takie w moim stylu, czyli jakby ich nie było :D
  • Berkas 3 miesiące temu
    Lubię takie klimaty, dobrze się czytało. Może końcówka trochę mi się dłużyła.
  • marok 3 miesiące temu
    Przeciągnąłem, bo tekst pisany w dwóch partiach
  • jolka_ka 3 miesiące temu
    O mamo. Przerwałam, zanim zaczęłam na dobre. Nie na moje emocje zabijanie zwierząt.
  • marok 3 miesiące temu
    Rozumiem. Nic na siłę
  • Ritha 3 miesiące temu
    Marok obadaj
  • Ritha 3 miesiące temu
    Czy u Ciebie widac z czerwona kropeczką
  • marok 3 miesiące temu
    Ritha widac
  • Ritha 3 miesiące temu
    marok a ten?
  • marok 3 miesiące temu
    Ritha widze
  • Trening Wyobraźni 3 miesiące temu
    Dzień dobry!
    Przypominamy o obdarowywaniu zestawami – dziś o godz. 20.00.
    Pozdrawiamy :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania