Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

tylko jeden błąd - 20

*teraz*

 

Wbrew obawom Dylana, wprowadziłam się do nowego mieszkania i byłam bardzo zadowolona. Mama trochę marudziła, jak to mama, ale powiedziałam, że chcę po prostu znaleźć coś swojego. Nawet nie kłamałam. Pewnie czuła ulgę, że nie będzie musiała słuchać w nocy płaczu Liama, choć oczywiście nie powiedziała tego głośno. Tata pomógł mi w przeprowadzce, bo z dzieckiem na rękach nie wnosiłam za dużo rzeczy. Później, gdy Liam zasnął, wszystko sobie poukładałam i naprawdę czułam się jak u siebie. Podobał mi się minimalizm całego mieszkania, delikatne kolory i choć pomieszczenia były małe, dla mnie i Liama było to wystarczające.

Dylan miał wpaść w sobotę, co lekko mnie stresowało. Myślałam, że jak zwykle zawiozę Liama do niego, ale on uparł się, że przyjdzie i posiedzimy we trójkę. Wyraźnie dalej chciał polepszać nasze relacje. Byłam ciekawa, czy powiedział o wszystkim Elenie, ale znając jego charakter, pewnie o niczym jej nie mówił. Być może była panienką tylko do chwilowej zabawy, więc nie trzeba było obarczać jej rodzinnymi historiami.

Ilekroć o niej myślałam, czułam złość, co z kolei wywoływało u mnie jeszcze większą irytację, ponieważ nie powinnam się tak czuć. Od dawna nie byłam z Dylanem, prawdopodobnie nigdy już nie będę. Nigdy nie mieliśmy okazji porozmawiać na spokojnie o naszym rozstaniu, bo późniejsze wydarzenia wszystko przyćmiły.

Choć nakazywałam sobie nie zachowywać się inaczej, to ponownie postanowiłam ubrać się w nowe ubrania na wizytę Dylana. Dodawały mi pewności siebie, choć nie wiedziałam na jakiej zasadzie. Dylan wiecznie widywał mnie w dresach i rozciągniętych koszulkach, a ja chciałam coś zmienić, choćby jego postrzeganie mnie. Założyłam dopasowane dżinsy i granatową koszulkę z nadrukiem. Nie była elegancka, raczej domowa, ale chciałam po prostu wyglądać inaczej. Włosy zaplotłam w warkocz, w uszy wpięłam kolczyki, usta posmarowałam szminką o lekko różowym odcieniu, tylko po to, by je podkreślić. Rezultat skwitowałam uśmiechem. Lubiłam siebie taką.

Zauważyłam, że chyba jestem szczęśliwsza, odkąd wyprowadziłam się od Dylana. Uwolniłam się od naszych toksycznych rozmów, a i on chyba coś przemyślał w tej sprawie, bo stał się dla mnie milszy. Już sobie nie ubliżaliśmy. Nie byliśmy dla siebie bliscy, ale umieliśmy zachować odpowiedni dystans i być rozsądni, odpowiedzialni, jak dorośli ludzie i rodzice. Nareszcie. Tylko o to walczyłam przez ostatnie miesiące.

Nie miałam co ze sobą zrobić. Postanowiłam upiec ciasto. Miałam dużo jabłek, dlatego wybór był prosty - szarlotka. Szybko się z tym uwinęłam, a gdy Dylan przyszedł, wokół unosił się już jej zapach.

- Kuchenka działa? Jeszcze nic się nie zepsuło? - spytał mnie lekko ironicznie, nawiązując oczywiście do nowego mieszkania i jego podejrzanie niskiej ceny.

- Nie - odparłam pogodnie, nie dając się sprowokować. - Bardzo dobrze mi się tu mieszka.

Ukroiłam mu kawałek ciasta, po czym zostawiłam go z Liamem. Przymknęłam drzwi od pokoju, by słyszeć, co robią i poszłam do kuchni, by ją nieco ogarnąć po pieczeniu. Nigdy nie umiałam gotować w czystości, dlatego w pierwszej chwili zgarnęłam brudne naczynia do zmywarki, umyłam i schowałam mikser, po czym starłam mąkę z blatu, a resztę ciasta pokroiłam na kawałki i pochowałam do pojemników, słuchając jednocześnie gaworzenia Liama i Dylana, coś do niego mówiącego. W tle grała muzyczka z jakiejś zabawki. Już miałam do nich dołączyć, gdy nagle rozległo się pukanie do drzwi.

Byłam nieco zaskoczona, bo nikogo się nie spodziewałam. W drzwiach nie było judasza, co niezbyt mi pasowało, ale i tak je otworzyłam. Za nimi stał właściciel.

- Och - powiedziałam z zaskoczeniem, otwierając szerzej drzwi. - Pan Cooper. Nie spodziewałam się pana.

- Najmocniej przepraszam za najście. - Śmiało wszedł do środka, nie zdejmując nawet płaszcza. Zamknęłam drzwi i odwróciłam się do niego. Patrzył na mnie z uśmiechem. - Chciałem sprawdzić, jak się pani mieszka. Widzę, że już się pani zadomowiła.

- Póki co jest bardzo przyjemnie - przytaknęłam, wciąż nie bardzo rozumiejąc, po co przyszedł. - Miejsce parkingowe bardzo ułatwia życie.

- Zapomniałem dać pani zapasowe klucze. - Poszperał chwilę w kieszeni, z której wyjął parę kluczy. - Do drzwi od klatki oraz skrzynki na listy. Jakoś tak wyleciało mi to z głowy. - Podszedł do mnie i podał mi kluczyki. Nie spodobał mi się jego dotyk. Był stanowczo za długi jak na podanie kluczy. Odruchowo odsunęłam się w tył, ale za plecami miałam drzwi, więc moja droga szybko się skończyła.

- Dziękuję. - Mój głos stał się nieco piskliwy. - To miło z pana strony.

Nie miałam pojęcia, co zrobić. Zaproponować mu kawę? Rzucić jakąś wymówkę? Nie wiedziałam, czemu, ale chciałam jak najszybciej pozbyć się go z mieszkania. Było w nim coś niebezpiecznego i dziwnego.

- O tak. Jestem bardzo miłym człowiekiem. - Zaśmiał się krótko, po czym nagle znalazł się tuż przy mnie. Pisnęłam cicho, rozpłaszczając plecy na drzwiach. Zalała mnie dobrze mi już znana fala paniki. Nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Chciałam krzyknąć, ale nie mogłam.

- Co pan robi? - wyszeptałam, gdy jego ręka dotknęła mojej twarzy i zaczęła głaskać mnie po policzku, a druga zmierzała w kierunku moich bioder.

- No, daj spokój, to chyba oczywiste... - wyszeptał mi do ucha. Czułam się jak zwierzę w klatce. Nie mogłam się uwolnić. Strach mnie sparaliżował. - Przecież byłem miły. Dostałaś mieszkanie od razu, po niskiej cenie, którą i tak jeszcze bardziej opuściłem. Chyba logiczne, że musisz mi się jakoś za to odwdzięczyć? - Nagle gwałtownym ruchem poderwał do góry moją koszulkę. Zanim zdążyłam wrzasnąć, zatkał mi usta dłonią. Szamotałam się jak tylko mogłam, ale był za silny. Działał cicho, prawie niepostrzeżenie. W głowie miałam pustkę. Nie mogłam uwierzyć, że ta historia znów się powtarzała. Błagałam w duchu, żeby przestał. Nienawidziłam siebie, że zgodziłam się wziąć to mieszkanie... Dylan mnie ostrzegał...

W mojej głowie nagle zapaliła się czerwona lampka. Dylan. Liam! Liam był tuż obok. Ten człowiek był nieobliczalny, kto wie, co mógł zrobić z moim dzieckiem. Chciałam zawołać Dylana, wrzasnąć, pisnąć, cokolwiek, ale ręka Coopera na moich ustach uniemożliwiała mi cokolwiek. Działał szybko i cicho. Próbowałam uderzać nogą o drzwi, by Dylan wyszedł z pokoju zwabiony hałasem, ale Cooper zorientował się, co próbowałam zrobić i przycisnął mnie tak, że teraz nie mogłam poruszyć już żadną kończyną.

- Uparta jesteś. Ale i tak sobie z tobą poradzę.

Jego ręka nagle znalazła się przy guziku od moich dżinsów, a ja płakałam. Łzy lały mi się niekontrolowanym strumieniem. Poddałam się. To koniec. Byłam skazana na taki los, na życie bez miłości, na ciągłe porażki. Mój biedny synek leżał parę metrów ode mnie i nie miał pojęcia, co się właśnie działo. Czy Dylan w ogóle wyjdzie z pokoju, czy postanowi udawać, że mnie nie ma? Czy wyjdzie, kiedy będzie już za późno? Błagałam w duchu, by wyszedł, by mnie uratował. Chociaż ten raz.

Przestałam się szamotać, co chyba tylko rozochociło Coopera, który zajął się rozsuwaniem moich dżinsów. Trzymał mnie tak mocno, że czułam tworzące się na skórze siniaki. Wykorzystałam jednak fakt, że zajęty moimi spodniami, przestał blokować moje nogi. Zebrałam w sobie całą siłę i odwagę i mocno kopnęłam go nogą w krocze. Stęknął z bólu i zgiął się w pół, dzięki czemu wyswobodziłam się z jego uścisku i zamierzałam uciec. On jednak chwycił mnie za nogę. Nie zdążyłam się wyślizgnąć, więc upadłam na podłogę, boleśnie tłukąc sobie biodro. Nie miało to już jednak znaczenia. Nie byłam w mieszkaniu sama, czego Cooper najwyraźniej nie zauważył. Nie miałam już zatkanych ust. Mogłam krzyczeć, wiedziałam, że wyjdę z tego cało.

- Dylan! - wrzasnęłam tak głośno, jak tylko mogłam. Minęło parę sekund, zanim Dylan wypadł z pokoju - zapewne musiał jeszcze ułożyć Liama w łóżeczku - ale gdy wyszedł i zobaczył, co się działo, jego oczy natychmiast stały się czarne. Zobaczył mnie, leżącą na podłodze, podsuniętą do góry koszulkę, która odsłaniała biustonosz i rozpięte dżinsy. Twarz wykrzywiła mu wściekłość. Wszystko stało się tak szybko, że ledwo to zarejestrowałam. Jednym susem doskoczył do Coopera i odciągnął go ode mnie. Natychmiast odczołgałam się pod ścianę, łkając i próbując uspokoić kołaczące serce. Patrzyłam na scenę rozgrywającą się przed moimi oczami i czułam, że lada chwila dostanę zawału.

Cooper leżał na podłodze. Zamierzał wstać, ale nie miał na to szans, gdy Dylan do niego doskoczył. Był wściekły, tak wściekły, że bałam się do niego podejść, choć wiedziałam, że przecież to nie on był tu oprawcą. Trzymał Coopera za kołnierz, a jego pięść raz za razem uderzała go po twarzy. Krew tryskała na podłogę. W pewnym momencie wylądował przy mnie jeden z zębów Coopera. Odsunęłam się z obrzydzeniem.

- A więc na takiej zasadzie wynajmujesz tanio mieszkania?! - ryknął Dylan, łapiąc go oburącz za płaszcz. - Pieprzony chuju! Nie waż się jej tknąć!

Znowu go uderzył. Twarz Coopera zaczynała powoli przypominać krwawą maskę. Na rozdygotanych nogach poczłapałam do Dylana i złapałam go za rękę, którą wymierzał kolejny cios.

- Przestań! Dylan! Zabijesz go!

Spojrzał na mnie, w oczach miał szaleństwo, ale nagle jakby opadł z sił. Opuścił rękę i spojrzał na Coopera, który był już nieprzytomny. Odsunął się od niego. Zobaczyłam, jak wyjmuje z kieszeni komórkę i wybiera numer policji. Na drżących nogach wstałam i poszłam do Liama, który płakał wniebogłosy, przerażony dochodzącymi z korytarzyka krzykami. Cała się trzęsłam, ale wyjęłam go z łóżeczka i mocno do siebie przytuliłam.

- Już nic nam nie grozi... - wyjąkałam, dalej płacząc. Tuliłam go mocno, głaskałam po główce, dziękując Bogu, że Dylan tu był. Gdybym była sama, pewnie już leżałabym na podłodze, zgwałcona i Bóg wie, czy w ogóle jeszcze żywa. Cooper widocznie dobrze zapamiętał fakt, że byłam, jak sama mu powiedziałam, samotną matką. Może sobie dopowiedział, że ojciec dziecka umarł albo po prostu nie chciał mieć z dzieckiem nic wspólnego. Założył, że jestem sama jak palec, obrał mnie przez to za cel, bo nie spodziewał się, że ktoś będzie w mieszkaniu, że ktoś mnie przed nim obroni.

Drżałam tak, że ledwo trzymałam Liama w objęciach. Siedziałam tak, aż do naszych drzwi zapukała policja, a po chwili też sanitariusze. Dylan wziął ode mnie Liama, a mnie zawieziono do szpitala, choć tak naprawdę nic mi się nie stało. Potrzebowałam tylko mocnej dawki leków uspokajających. Byłam tak roztrzęsiona, że prawie nie słyszałam, co Dylan mówił policji. Wciąż się trzęsłam, patrząc na zmasakrowanego Coopera leżącego na podłodze. Nie mogłam uwierzyć, że to znowu się stało.

- Dylan... - jęknęłam ze strachem, gdy pakowali mnie do karetki. Wciąż się bałam, uczucie strachu mnie nie opuszczało, ściskało mnie żelaznymi obręczami, świat wokół wirował.

- Nie zostawię cię - powiedział, mocno ściskając moją rękę i patrząc na mnie z determinacją. To było ostatnie, co widziałam, zanim zemdlałam.

 

✰✰✰

 

*kiedyś*

 

- Nie pasowaliśmy do siebie i tyle - opowiadałam Robertowi, który bardzo nalegał na to, bym jednak z nim porozmawiała, dlatego przedstawiałam mu najkrótszą możliwą wersję w oczekiwaniu na Mike'a. Chciałam stąd zniknąć. - Zdarza się. Co poradzić. - Ze stresu zaczęłam ucinać zdania.

- I zostawił cię bez dachu nad głową? - Robert zmarszczył brwi.

- No... właściwie to tak. Ale już znalazłam sobie pokój. Jest dobrze.

- Nie jest dobrze - oświadczył. - Tyle lat już stoję za barem, że umiem rozpoznać, kiedy ktoś jest zdesperowany. Nie widać tego po wyborze alkoholu czy szybkości picia. Widać to po oczach.

Milczałam, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Może i miał rację, może i nie było ze mną dobrze, ale i tak żałowałam, że zgodziłam się na tę rozmowę. Dlaczego wszyscy uparli się ze mną gadać? Mike, Hilary, teraz jeszcze akurat Robert. To przez niego wszystko się zaczęło, przez niego Dylan się zmienił i mnie odtrącił. Nie powinnam była mu o tym opowiadać, zwłaszcza jemu.

Gdzie, do cholery, był Mike?

- Ale wiesz... - Usłyszałam znowu głos Roberta. Spojrzałam na niego pytająco. Ledwo widziałam jego twarz. Z boku klubu, gdzie staliśmy, nie było prawie żadnego światła. - Czas mija, rany się goją. Dostajemy coś lepszego. Lepsze życie. Szansę na kogoś lepszego.

Zamierzałam przytaknąć, byle przestał już gadać, kiedy on nagle zbliżył się i mnie pocałował. Byłam w takim szoku, że przez chwilę zapomniałam, jak się rusza mięśniami. Dopiero po sekundzie od niego odskoczyłam.

- Co ty robisz? - warknęłam.

Robert tylko się uśmiechnął. Nie jakoś drapieżnie. Uśmiech był miły, pogodny, prawie że delikatny.

- No, daj spokój. Nigdy nie całowałaś się z barmanem?

- Nie. I nie zamierzam - powiedziałam stanowczo. Poważnie, co ten koleś sobie myślał?

- Daj spokój - powtórzył, po czym złapał mnie wpół. Był za silny. Usiłowałam wykręcić głowę tak, by mnie nie dotknął, ale on znowu mnie pocałował. Smakował alkoholem, miał gorzki oddech, aż się wzdrygnęłam od tego zapachu.

- Przestań... puść mnie... - jęknęłam, ale zbyt cicho, by mnie usłyszał.

Nagle usłyszałam inny głos:

- No, kurwa, pięknie.

Robert znieruchomiał i mnie puścił. Od razu od niego odskoczyłam, trzęsąc się jak osika, gdy zobaczyłam, że obok nas stał Dylan, patrząc się na nas tak, jakby chciał nas zamordować.

- Co tu się, kurwa, wyprawia? - warknął Dylan, podchodząc do nas.

- On... - wydyszałam. - On mnie pocałował... mówiłam mu, żeby przestał...

- Co ty w ogóle z nim tu robisz? - zaatakował mnie. Potem zwrócił się do Roberta. - I ty, chuju pierdolony, jak śmiesz jej w ogóle dotykać? Po tym, co mi zrobiłeś?

Robert w ogóle nie wyglądał na przerażonego, wręcz był rozbawiony całą sytuacją. Na jego twarzy znowu zagościł ten ohydny uśmieszek.

- Dylan. Kopę lat. Dawno się nie widzieliśmy.

Dylan zareagował tak szybko, że Robert nie zdążył odskoczyć. Pięść Dylana z głuchym łoskotem wylądowała na jego twarzy. Robert ledwo utrzymał się na nogach, po czym wyprostował się, pocierając policzek.

- Hola, hola, kolego, a to za co? O ile mi wiadomo, zostawiłeś ją. - Wskazał na mnie, jakbym była rzeczą. - Skoro jej nie chciałeś, to daj skorzystać innym, co?

- Ty szujo pierdolona! - Dylan popchnął go na ścianę klubu i znowu uderzył. Robert nawet się nie bronił. - Mało już zrobiłeś? Rozpierdoliłeś mi życie na samym starcie! Dlaczego nie zostawisz mnie w spokoju?!

Robert przez chwilę stał spokojnie, po czym nagle schylił się szybko, złapał Dylana wpół i przewrócił go na śnieg. Dylan szybko wstał, ale za późno - Robert już uciekał. Dylan chciał za nim biec, ale złapałam go za rękę.

- Przestań, daj mu spokój. Niech ucieka. - Głos mi drżał, ale wiedziałam, że musiałam jakoś powstrzymać Dylana, żeby nie zrobił czegoś, za co później trafi za kratki.

Dylan odwrócił się do mnie powoli, w oczach miał furię.

- Co ty tu robiłaś? I to z nim? - Głos miał lodowaty.

Patrzyłam na niego, zbita z tropu.

- Zapytał mnie, czy chciałam pogadać... wyszliśmy tu na chwilę, bo czekałam na Mike'a, ale on nagle mnie pocałował...

- Jak mogłaś? - krzyknął nagle, aż odskoczyłam do tyłu. - Przyszedłem cię szukać, a ty... Jak mogłaś w ogóle z nim rozmawiać, zwierzać mu się, kiedy wiedziałaś, co mi zrobił?!

- Zostawiłeś mnie! - też krzyknęłam. Nie będę tu ofiarą, nie dam się zastraszać i obwiniać. - Zostawiłeś mnie, Dylan, wcześniej wielokrotnie pokazałeś mi, że miałeś gdzieś moje uczucia, więc dlaczego ja miałabym przejmować się twoimi?!

Trzęsłam się, było mi cholernie zimno, czułam mdłości. Dylan miał twarz wykrzywioną wściekłością, a ja już nie wiedziałam, kto miał rację, kto zawinił, kto powinien przepraszać.

- Chciałem z tobą porozmawiać - usłyszałam jego głos, nagle spokojniejszy. - Wyjaśnić wszystko na spokojnie... może spróbować od nowa. Ale tego, kurwa, nie mogę ci wybaczyć. - Zamierzałam coś powiedzieć, ale on mówił dalej: - Wiedziałaś, co mi zrobił, wiedziałaś, że rozpieprzył mi całe życie, że to przez niego się rozstaliśmy, a jednak i tak z nim tu wyszłaś, zgodziłaś się na rozmowę, rozmowę o nas! I dlaczego? Po co? Miałaś nadzieję na jakieś dobre rady? Od tego popierdoleńca?! - wrzasnął znowu, aż się skuliłam. - Od człowieka, który rozwalił mi rodzinę, który najpierw uwiódł moją mamę, a potem ją zostawił?!

- Nie myślałam nad tym! - wrzasnęłam, za wszelką cenę chcąc go uspokoić. Miałam dość tego, że obwiniał tylko mnie. Sam nie był święty. On wszystko zaczął. - Jestem pijana! I smutna! Tęsknię za tobą, bo cię kocham, a tobie nawet nie zależało na tyle, żeby mnie zatrzymać! Dlaczego miałam brać pod uwagę twoje uczucia, co? Kiedy ty się ostatnio przejąłeś moimi?! - wykrzyczałam mu w twarz, płacząc. Łkałam cicho, czułam się jak mała dziewczynka, ale nie mogłam się powstrzymać. Źle znosiłam taki nadmiar emocji. Chciałam wrócić już do domu, zakopać się pod kołdrą. W głowie miałam jeden wielki chaos. Zrobiłam głupio. Nie powinnam była się zgadzać na rozmowę z Robertem, ale kto wiedział, że ta jedna rozmowa okaże się być takim błędem? To był tylko jeden krótki moment, a wszystko popieprzyło się jeszcze bardziej.

- Proszę... - powiedziałam po chwili milczenia, czując się żałośnie. Spojrzałam na Dylana błagalnie. - Proszę, uspokójmy się. Jeśli chcesz porozmawiać, porozmawiajmy, ale na spokojnie, bez krzyku. - Zadrżałam, gdy poczułam powiew lodowatego wiatru. - Naprawmy to. Błagam cię, Dylan, to nic nie znaczyło. Po prostu chciałam z kimś porozmawiać.

Dylan patrzył na mnie poważnie, po czym odsunął się o krok.

- Nie - powiedział nagle. - Nie wybaczę ci tego. Nie mogę. Dotychczas miałem w głowie jedynie obraz tego, jak... - Oddychał ciężko. - Jak posuwał moją mamę. Teraz widziałem jego paskudne łapy na tobie. Widziałem, jak cię całował. A ty sama do niego poszłaś, z własnej woli. - Próbowałam go złapać, ale się odsunął. - Jak niby mam ci teraz zaufać?

Odwrócił się nagle i zaczął odchodzić. Ruszyłam za nim, ale byłam zbyt wolna. Dylan odchodził szybkimi krokami, a ja, choć zaczęłam biec, nie mogłam go dogonić.

- Dylan! - krzyknęłam w końcu w rozpaczy, licząc, że jednak się zatrzyma. - Proszę! Wróć! Porozmawiajmy! - Nagle przewróciłam się o wystającą gałąź i runęłam na śnieg. Zanim się podniosłam, już całkiem straciłam go z oczu. Po twarzy strumieniami ciekły mi łzy. Nie mogłam uwierzyć, jak wszystko znowu się popieprzyło, jeszcze bardziej. To była tylko jedna głupia propozycja, krótki moment, jedna rozmowa. Dla mnie nie znaczyła nic, dla Dylana wszystko. Patrzył na mnie niemal z taką nienawiścią, jak na Roberta.

Byłam zmęczona, tak zmęczona, że nie mogłam się ruszać. Otarłam jednak łzy i postanowiłam, że zaczekam na Mike'a w środku. Zorientowałam się jednak, że nie mam torebki. Pewnie upuściłam ją w tamtym miejscu. Pędem odwróciłam się i wróciłam pod ciemną ścianę klubu. Po chwili wymacałam na śniegu moją torebkę. Zaczęłam sprawdzać, czy wszystko w niej jest, bo była rozpięta i coś mogło z niej wypaść. Miałam serdecznie dosyć tego wieczoru. Nie potrzebowałam jeszcze kradzieży.

Podniosłam do oczu komórkę i zobaczyłam, że mam smsa od Hilary:

HILARY: Wróć sama do akademika, ja idę z kolegą do jego mieszkania. Wrócę rano.

Pokręciłam głową. Cała Hilary. Mogłam się założyć, że znajomość z tym jej "kolegą" trwała jakieś pół godziny, począwszy od obmacywania jej tyłka. No cóż, niech się dziewczyna bawi. Dobrze chociaż, że miała na tyle przyzwoitości, by mnie o tym poinformować.

- Niezłe przedstawienie - usłyszałam nagle pełen jadu głos, którego w pierwszej chwili nie mogłam skojarzyć. Nie wiedziałam nawet, kto do mnie mówił. - Jak na Broadwayu.

Nagle z cienia wyłonił się Jack. Ledwo go poznałam. Był ubrany w same czarne ciuchy, był niemal niemożliwy do rozpoznania. Wyszedł z cienia, z krzewów, jak jakiś prześladowca. Odruchowo się cofnęłam. Nie, tylko nie on. On był tu ostatnią rzeczą, której teraz potrzebowałam.

Westchnęłam ciężko.

- Czemu czaisz się w ciemnościach? - rzuciłam, zapinając torebkę i przewieszając ją sobie przez ramię. Porzuciłam wszelkie uprzejme i subtelne rozmowy, postanowiłam w końcu zapytać wprost. - Czego ty ode mnie chcesz? Znowu będziesz mi proponował kawę? Mówiłam ci...

- Tak, wiem - przerwał mi. Nagle już nie wyglądał jak mały chłopiec, jak wcześniej o nim myślałam. Jego delikatne rysy skrzywiły się, nabrały groźniejszego wyrazu. - Każdy, tylko nie ja.

- Słucham?

Jack wskazał na miejsce, z którego przed chwilą odszedł Dylan.

- Pieprzysz się z tym czarnowłosym, po uczelni bujasz się z tym swoim koleżką, nawet z tym barmanem się całujesz, typem starszym o dwadzieścia lat. Ale dla mnie nigdy nie miałaś czasu, oj nie... Nawet na pierdoloną kawę nie miałaś czasu pójść! - wrzasnął, a ja nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę. Myślałam, że Jack był miłym chłopakiem, może trochę dziwnym, zadurzonym we mnie, ale przekleństwa z jego ust wprawiły mnie w zdumienie. Nie myślałam też, że jego obsesja sięga aż tak daleko. Nagle zdałam sobie sprawę, że on mnie obserwował, nie raz i nie dwa, ale na pewno więcej razy. Nawet tutaj czaił się w ciemnościach i patrzył na wszystko, odkąd przyszłam tu z Robertem. - Czemu on? - kontynuował Jack, patrząc na mnie ze wstrętem. - Czemu laski zawsze lecą na wysokich, przystojnych kolesi? Co, ma większego? Potrafi się jebać całą noc, aż ci cipa puchnie? - uśmiechnął się kpiąco, a ja myślałam, że śnię. - A ja? - Wybuchł nagle, podchodząc bliżej. Ja stałam jak wmurowana. Nie mogłam się ruszyć. - Co ze mną? Wielka, kurwa, księżniczka. Na takich jak ja nie zwracałaś uwagi. Nie okazałaś mi nawet krztyny dobroci! Ciągle odmawiałaś, uciekałaś! - Złapał mnie mocno za przedramię, aż stęknęłam. Pomyliłam się. Myślałam, że Jack nic nie reprezentował swoją szczupłą posturą, ale był silny, silniejszy ode mnie. - Ale teraz, moja droga, powiem ci, jak będzie - kontynuował, schylając się i zaglądając mi w oczy. Drugą ręką unieruchomił mi twarz i wyraźnie lubował się moją przerażoną miną. - Teraz... - Oblizał wargi, oczy miał szalone. - Teraz w końcu będziesz moja.

Nagle wyciągnął z kieszeni nóż. Pisnęłam. Spodziewałam się, że wbije mi go w serce i zaraz padnę tu martwa, ale on tylko rozciął moją sukienkę od góry do dołu. Opadła po bokach, ukazując mój brzuch i nogi. Biustonosz też został przecięty i nic już nie zasłaniał.

- Proszę... - załkałam, wciąż próbując się wyrywać, bałam się jednak, że gdy się poruszę, to Jack wbije we mnie nóż. Serce mało nie wyrwało mi się z piersi. Jeszcze nigdy w swoim życiu tak się nie bałam. Nie wiedziałam, co mam zrobić. W zaułku było ciemno i pusto. Gdy próbowałam wrzasnąć o pomoc, Jack szybko zatkał mi usta. Gdy kwiliłam i wyrywałam się, mocno mnie spoliczkował. Siła uderzenia sprawiła, że przez chwilę widziałam tylko mroczki. Gdy wzrok mi wrócił, zorientowałam się, że związał mi ręce sznurem, a usta zakleił na szybko jakąś taśmą. Później zobaczyłam, jak rozpinał spodnie. Ten widok sprawił, że o mało nie zemdlałam. Zamierzał mnie zgwałcić, a ja nic nie mogłam na to poradzić.

Jacka nic nie obchodziło, nie obchodził go mój płacz, moje przytłumione jęki, błagania, szamotanina. Rzucił mnie na śnieg jak szmacianą lalkę, co odebrało mi dech. Kopnął mnie w bok, chyba chcąc się upewnić, że się nie ruszę, a później zabrał się za rozcinanie nożem rajstop. Wciąż próbowałam się wierzgać, ale promieniujący od żebra ból mnie obezwładniał. W końcu poczułam, jak po nodze spływa mi ciepła ciecz. Zrozumiałam, że to krew. Nie czułam jeszcze bólu, ale łatwo można było zgadnąć, że nóż w końcu przeciął mi skórę.

- Taka jesteś ruchliwa? - Usłyszałam obrzydliwy głos Jacka, skrzypiący jak źle naoliwione drzwi. - To dobrze. Może jednak nabierasz na to ochoty.

- Uwolnij mnie - wyszeptałam przytłumionym głosem, nie licząc już, że mnie posłucha. - Proszę. Możemy przecież załatwić to wszystko inaczej.

- Naprawdę? - Niedbałym ruchem rzucił nóż, a ja ledwo zdążyłam się uchylić. Gdybym tego nie zrobiła, trafiłby mnie w głowę. - Niby jak? Zamienisz tamtego gościa na mnie? Akurat.

Jego śmiech tylko udowodnił mi, że nie mam szans. Uderzył mnie jeszcze raz, w twarz, później z powrotem wziął nóż i przejechał zimnym ostrzem po moim brzuchu.

- Taka gładziutka skóra... - wyszeptał, pochylając się nade mną. Zacisnęłam oczy. Nie chciałam go widzieć, nie chciałam, żeby jego obrzydliwa twarz była ostatnim, co zobaczę w życiu. Tak, właśnie pogodziłam się z myślą, że tu umrę. Jack mnie zgwałci, później zadźga nożem na śmierć. Znajdą moje ciało o poranku, kiedy będzie już za późno.

Łzy spływały mi po twarzy, kiedy Jack ściągał z siebie bokserki. Prawie już nie czułam, jak rozsuwał moje nogi, ściągał majtki, prawie nie czułam otarć, które powodował, wchodząc we mnie siłą. Byłam cała obolała, bezbronna, nie miałam już siły walczyć. Leżałam i czekałam, aż skończy, aż mnie zostawi losowi. Myślałam o Dylanie.

Powiedział, że nie wybaczy mi tej rozmowy z Robertem, tego krótkiego momentu. A jak niby ja miałabym wybaczyć mu to, że odszedł? Odszedł, odwrócił się plecami, nie zwracał w ogóle uwagi na moje wołanie, błaganie, moje łzy. Odszedł, nie oglądając się za siebie, a ja leżałam teraz na zimnej ziemi, związana, pocięta, gwałcona. Gdyby on wciąż tu był, nie doszłoby do tego.

Resztkami świadomości poczułam, jak Jack się ze mnie stacza, dysząc ciężko. Oczy nadal miałam zamknięte. Chciałam już zemdleć, może nawet umrzeć, byle nie czuć tego bólu, nie słyszeć jego okropnego oddechu, nie czuć się tak parszywie.

- A to dla pewności... - usłyszałam jeszcze. Jack wziął nóż i zaczął coś wycinać na wewnętrznej stronie mojego uda. Czułam, jak krew cieknie mi po nodze i skapuje na śnieg. - Żebyś już zawsze o mnie pamiętała.

Potem nagle zniknął. Zabrał nóż i odszedł. W końcu odważyłam się otworzyć oczy. Patrzyłam na gwiazdy. Zastanawiałam się, jakim cudem moje życie się tak popieprzyło.

Modliłam się, by Dylan zawrócił, by jednak postanowił mnie odnaleźć, ale nikt nie przychodził, a ja czułam, że odpływam. W końcu na nowo zamknęłam oczy. Przestałam walczyć.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Elorence 3 tygodnie temu
    Co, do cholery?
    Co to ma być?!
  • Elorence 3 tygodnie temu
    Dobra, ochłonęłam, więc mogę przejść do właściwego komentarza.
    Camilla mnie wnerwia. Okej, Dylan powiedział, że jej nie kocha, ale czemu ona wyszła z Robertem?! Sama popełniła ten błąd... nie dziwie się, że się wkurzył i ją zostawił. Kto normalny czeka poza klubem na podwózkę?! Zawiniła ona. Ani nie Mike, ani nie Dylan. Tylko ona. Rozumiem, że chciała się na nim odegrać... Ale no cóż, nie wyszło.
    I ten Jack. Nie czułam, żeby było coś nie tak. Ale mnie zmylilas. Myślałam, że wstawiłaś go tutaj, aby pokazać zazdrość Dylana, a tu taka niemiła niespodzianka... Zatłukłabym go! To nie wina Camilli, że go nie chciała... co za dupek! Jasny gwint! Udusilabym go!
    Ale mam nerwy... dziękuje Ci bardzo :/

    Wciąż #teamDylan!
    Buziaki ❤️
  • candy 3 tygodnie temu
    Elorence owszem, jej błąd, że z nim wyszła, ale właściwie to ona nie chciała się odegrać na Dylanie. Było jej wszystko jedno, czy tym go zrani, czy nie. Przecież i tak by się o tym nie dowiedział, a ona chciała tylko z kimś pogadać. Potem zrozumiała, że popełniła błąd i chciała się zmyć. A Dylana tu wina, że nie został z nią, nie zaczekał, nie reagował na jej prośby, tylko po prostu odszedł, przez co stało się to co się stało.
  • Elorence 3 tygodnie temu
    candy ale w teraźniejszości, Dylan zachował się cudownie ❤️ I jak go tu nie uwielbiać? A temu właścicielowi... Boże, co jest z nim nie tak?! Udusić to mało...
  • candy 3 tygodnie temu
    Elorence tak, to mu trzeba przyznać :D aczkolwiek myślę, że taka obrona należy do obowiązku każdego faceta, jeśli ktoś na jego oczach krzywdzi kobietę...
  • Elorence 3 tygodnie temu
    candy, ale nie wszyscy sobie tak radzą :D
  • Paradise 3 tygodnie temu
    I Ty się dziwisz, że nie lubię Camilli... a jak mam ją lubić jak odwala takie rzeczy? Mogła wyjść z klubu iść do akademika, a nie wychodzić na "rozmowę" z barmanem! I to było wiadome, że Dylan się tam zjawi, bo mu na niej zależy! Proste, że jej szukał, tym bardziej jak usłyszał, że jest w klubie pijana...
    Dobra, może trochę mi jej szkoda, ale to nie zmienia faktu, że mnie denerwuje od samego początku.
    A i mam nadzieję, że ten "kolega" Hilary to nie Dylan, na którego wpadła przypadkiem, a on chciał "odreagować"...
    Ok, ale Dylan w teraźniejszości <3 <3 <3
    Mam nadzieję, że teraz ich stosunki (hehe) będą coraz lepsze :D
    Buziaki <3
  • candy 3 tygodnie temu
    Ależ Ci trudno dogodzić :((
    Owszem, mogła, zdecydowała się na to pod wpływem chwili, ale zaraz tego żałowała.
    To z Hilary mogłoby być ciekawe xDD ale nie, chyba nie tak akcję pokieruję.

    Hehe. Stosunki. :DDD

    <3
  • Minia215 3 tygodnie temu
    Odrobinę niespojnie.... Z logicznego punktu widzenia skąd ten Jacek wziął sznur i nóż?
  • Elorence 3 tygodnie temu
    On ją obserwował. Pojawiał się wielokrotnie tam, gdzie Camilla. Raczej nikt nie decyduje się na gwałt w ciągu chwili. Musiał to planować :)
  • candy 3 tygodnie temu
    Minia215, a czytałaś wszystkie rozdziały? Było o Jacku wspominane kilka razy. On zapraszał ją na kawę, chciał nawiązać kontakt, a główna bohaterka była z Dylanem, więc miała inne rzeczy na głowie, odrzucała go, choć w delikatny sposób, bo po prostu czuła się przy nim niekomfortowo, za co nie należy jej też winić. Mało to chodzi po świecie psycholi? Jeśli Jack chciał, by była w końcu "tylko jego" to się wcześniej "przygotował" do tego, by faktycznie mu się to udało. Poza tym, było także wspominane, że był raczej chudej postury, więc może nic by mu nie wyszło, gdyby nie miał "pomocy" w postaci noża oraz sznura. Proponuję najpierw przeczytać dokładnie całość, a dopiero później zarzucać mi brak logiki.
  • Speker 3 tygodnie temu
    Co to jest?! Tego się nie spodziewałem. Najpierw ten Cooper teraz to?! Jestem w szoku.. Biedna Camilla. Znam taki przypadek z życia prywatnego.. Za każdym razem kiedy czytam o gwalcie serce dudni i dlonie same zaciskaja się w pięść... Sprawdź tytuł "nieodnaleziona"
    Co do rozdziału jestem pełen zachwytu nad płynnością z jaką się poruszasz między czasami i wątkami.
    Emocje jak na diabelskim młynie..
  • candy 3 tygodnie temu
    Dziękuję ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania