tylko jeden błąd - 22

*kiedyś*

 

Może i sen faktycznie był najlepszym rozwiązaniem na wszystkie problemy, ale nie dla mnie, choć zawsze byłam śpiochem. Teraz jednak nie potrafiłam tak łatwo uciec w krainę snów i zapomnieć o wszystkim.

Nie mogłam spać. Bałam się, ilekroć zamykałam oczy. Bałam się, że przyśni mi się Jack. Bałam się, że gdy zasnę, to stracę kontrolę i wydarzy się coś strasznego - że znowu do mnie przyjdzie, znowu mi to zrobi.

Co noc leżałam i gapiłam się w sufit, słuchając rytmicznego pikania maszyn i dźwięków z korytarza. Byłam zmęczona, czułam, jak worki pod oczami stają się coraz większe, jak wszystko wymyka mi się spod kontroli, ale wciąż nie potrafiłam zmusić się do tego, by zasnąć. Raz na zawsze straciłam poczucie bezpieczeństwa. Poszłam spać dopiero wtedy, gdy pielęgniarka zauważyła sińce pod oczami i dała mi środek nasenny. Nie umiałam z nim walczyć. Obudziłam się jednak cała spocona, zdenerwowana, bo przyśnił mi się Jack i jego nóż.

Przez ostatnie dni dużo się działo, ale nie byłam nawet pewna, czy wszystko rejestrowałam. Mój mózg był uśpiony, praktycznie nie przyjmował żadnych informacji.

Przesłuchała mnie policja. Potwierdziłam to, co powiedział im już Mike. Dwa dni później usłyszałam, że złapali Jacka. Sama nie wiem, co poczułam, słysząc tę wiadomość. Może trochę ulgi. Zza krat nie mógł mnie już dopaść... ale co z tego. Zrobił, co chciał. Teraz byłam już jego własnością. Zadbał o to, bym nigdy nie zapomniała tego potwornego dnia, bym już nigdy nie czuła się bezpiecznie.

Jak przez mgłę pamiętałam, jak pobierano mi wymazy z pochwy. Nie chciałam na to patrzeć, odwracałam głowę, zaciskałam oczy, starałam się nie myśleć. Pamiętałam też, ledwo, jak ściągali ze mnie ubrania - choć za wiele z nich nie zostało - i je zabezpieczali. Jakaś lekarka zszywała mi skórę, wszystkie rozcięcia, które zrobił Jack. Patrzyłam na jej precyzyjne ruchy, na szwy, pojawiające się na mojej skórze i zastanawiałam się, czy zostaną mi po tym blizny. Czy już zawsze będą mi o nim przypominać.

Mike siedział u mnie tak często, jak tylko mógł. Pojawili się też moi rodzice. Choć byłam im wdzięczna za przyjście, nie lubiłam ich wizyt. Było niezręcznie, żadne z nas nie wiedziało, jak ma się zachować. Ja czułam się jak pusta skorupa.

W końcu przyszedł też Dylan. Nie miałam pojęcia, czemu go wpuścili, bo śmierdziało od niego alkoholem tak, że na pewno każdy to czuł. Stał jednak prosto, nie chwiał się, więc może jednak nie wypił aż tak dużo.

Gdy zobaczyłam go w drzwiach, spodziewałam się, że moje serce poderwie się do galopu, ale ono nie zmieniło rytmu. Biło powoli, tak powoli, że czasem aż zastanawiałam się, czy w ogóle pracuje. Skierowałam na Dylana mój pusty wzrok, a on podszedł do mnie powoli.

- To moja wina - wychrypiał. Nie dotknął mnie. Być może Mike powiedział mu o mojej reakcji na dotyk, a może po prostu nie miał na to ochoty. - Gdybym cię nie zostawił... mogłem cię stamtąd zabrać, odprowadzić do domu. Zachowałem się jak ostatni dupek. Nie myślałem racjonalnie. Byłem wściekły, gdy zobaczyłem cię z Robertem... ale zrobiłem źle. Tak bardzo źle. - Podniósł na mnie czerwone, opuchnięte oczy. - Czy kiedykolwiek mi to wybaczysz?

Nie odpowiedziałam mu od razu. Próbowałam uspokoić szalejące w mojej głowie myśli. W tej chwili nie wiedziałam już, czyja była to wina. Może moja. Może w ogóle nie powinnam iść na imprezę, wychodzić z Robertem na zewnątrz. Może Dylana, tak jak mówił. Może powinien był posłuchać mnie, gdy za nim biegłam i błagałam, by został. Może Mike'a, który przyszedł za późno. A może to nie była wina nikogo z nas, jedynie Jacka, który był popieprzonym człowiekiem, obsesyjnie mnie śledzącym, planującym mnie posiąść, choćby i siłą.

- Powiedz coś - poprosił Dylan. Wyglądał jak małe, bezbronne dziecko.

- Dobrze - odparłam po chwili milczenia. Przeraził mnie własny głos. Był pusty, zimny, bez emocji. Jak nie mój. - Powiem ci, co myślę. A ty powiesz mi, które z moich myśli mają jakikolwiek sens, bo ja już tego nie wiem. - Przerwałam na chwilę i kontynuowałam: - Jedna część mnie mówi mi, że to nie jest twoja wina. Jack mnie obserwował, planował to. Jeśli nie wtedy, pewnie dopadłby mnie gdzieś indziej. Ta część mnie rozumie, że ty też byłeś wtedy wściekły. Zobaczyłeś mnie z Robertem. - Mówiłam mechanicznie, jak robot. - Wściekłeś się, co jest zrozumiałe, choć nie chciałam zrobić ci na złość. Po prostu nie myślałam. Głupi błąd. Jedna, głupia decyzja.

- A ta druga część? - zapytał cicho.

Odwróciłam wzrok, bo nie byłam w stanie patrzeć na niego, mówiąc to.

- A druga część... żyje własnym życiem. Nie panuję nad nią. Jest irracjonalna. A może jednak racjonalna? Nie wiem... Ta część czuje do ciebie żal - wyszeptałam, uparcie wpatrując się w kaloryfer. - Ogromny żal, że jednak nie zostałeś, kiedy za tobą biegłam i cię wołałam. Żal, że się nie odwróciłeś, nie zatrzymałeś, choćby na krótki moment. Kto wie, może wtedy Jack by zrezygnował. Może byśmy się wtedy dogadali, a ja już nie byłabym sama i by odpuścił... - Głos w końcu mi zadrżał. Z całych sił próbowałam przekazać Dylanowi, co czuję, ale to nie było takie proste. - Tylko o tym myślałam, kiedy wiązał mi ręce i ciął mnie nożem... myślałam, że gdybyś tam był, to... - Nagle zaczęłam płakać, wszystkie emocje zalały mnie ze zdwojoną siłą. Przypomniałam sobie, jak leżałam na śniegu, związana, obolała. Nie mogłam się ruszyć. Nie mogłam nic zrobić. Byłam bezsilna.

Dylan grzmotnął pięścią w łóżko, tak mocno, że podskoczyłam i odsunęłam się tak gwałtownie, że aż wenflon wyrwał mi się z ręki.

- Nie! - wrzasnęłam, oblana paniką. Przez sekundę myślałam, że znowu jestem tam, a przede mną siedzi Jack, a nie Dylan. Płakałam, łzy zamazywały mi obraz, ale widziałam, jak do pokoju wpada pielęgniarka i stanowczym głosem każe Dylanowi wyjść. Zacisnęłam powieki, ale pod nimi krył się Jack. Znowu. Miałam już nigdy o nim nie zapomnieć.

To mi coś przypomniało. Moment, kiedy Jack rozcinał mi skórę na udzie, mówiąc, że dzięki temu zawsze będę o nim pamiętać. Zapomniałam o tym. Coś mi mówiło, że nie było to jednak zwykłe rozcięcie.

Gdy znalazłam się już sama w sali, wzięłam głęboki oddech i odrzuciłam kołdrę. Podsunęłam szpitalną koszulę, by odsłoniła udo. Widok mnie przeraził. Pisnęłam ze strachu i niedowierzania. Miałam ochotę natychmiast wyrwać sobie szwy, które trzymały skórę, żeby ta w ogóle się nie zabliźniła, żeby tego nie utrwalała.

Nie utrwalała rozcięcia w kształcie przeklętej litery J.

 

✰✰✰

 

Zakłopotana mina lekarza wyraźnie wskazywała na to, że nie miał pojęcia, jak zacząć rozmowę.

- W wymazie z pochwy znaleźliśmy spermę - usłyszałam. Znów wpatrywałam się w kaloryfer. Powoli przetwarzałam to zdanie, choć nie było ono dla mnie niczym nowym. Przecież wiedziałam, co Jack mi zrobił. - Wykluczyliśmy jakąkolwiek chorobę przenoszoną drogą płciową, ale oczywiście będziemy musieli powtórzyć badania za jakiś czas.

Dalej patrzyłam na kaloryfer. Lekarz odchrząknął.

- Wykonaliśmy także próbę testu ciążowego. Wynik jest pozytywny.

Dopiero to skłoniło mnie do spojrzenia na lekarza. Miał zmieszaną minę, choć nie rozumiałam dlaczego.

- Pozytywny - powtórzyłam. Mój mózg dalej był w stanie uśpienia, więc potrzebowałam dłuższej chwili, by się oswoić z tą informacją. - Więc mówi mi pan, że będę miała dziecko, którego ojcem będzie ten śmieć?

- Niekoniecznie - mruknął lekarz, ale zaraz przyjął profesjonalną postawę. - Jest jeszcze za wcześnie, by można było stwierdzić ciążę z gwałtu, choć mamy dość dokładne testy. Wszystko wskazuje jednak na to, że do zapłodnienia doszło wcześniej. Czy... czy w niedalekiej przeszłości odbywała pani stosunki seksualne?

Wspomnienia ścisnęły mi gardło. Oczywiście, że tak. Ostatni seks mój i Dylana zanim się rozstaliśmy. Był wściekły, desperacko potrzebował się zatracić, oderwać myśli. Pomogłam mu w tym. To musiało się stać wtedy albo nawet jeszcze wcześniej. Do oczu napłynęły mi łzy. Już zrozumiałam, dlaczego lekarz miał taką niewyraźną minę - nie wiedział, czy to będzie dla mnie pozytywna czy negatywna informacja. Powinna być pozytywna, dobra - byłam w ciąży z tym, kogo kochałam, nie z gwałcicielem.

Tylko czy Dylan kochał mnie?

Nagle otworzyłam szeroko oczy. Boże, byłam w ciąży. Nie wiedząc o tym, poszłam do baru, gdzie piłam alkohol. Potem zostałam pocięta, pobita, naraziłam się na ogromny stres i szok.

- Czy z moim dzieckiem jest wszystko w porządku? - zapytałam, a raczej wyjąkałam, bo strach ścisnął mi gardło. - Przecież... zostałam pobita. Co prawda nie w brzuch, tylko w żebra, ale jednak. Zostałam pocięta. Piłam alkohol. - To były najszybciej wypowiedziane przeze mnie słowa, odkąd tu trafiłam.

- Jest możliwość, że nawet jeśli alkohol spowodował uszkodzenia komórek, na tym etapie rozwoju płodu mogą one być zastąpione nowymi. Wszystko się okaże. Będzie pani pod ciągłą obserwacją.

Lekarz po paru minutach rozmowy wyszedł, zostawiając mnie samą. Nie mieściło mi się w głowie to, co usłyszałam. Byłam w ciąży z Dylanem. Nosiłam w brzuchu nasze dziecko, które mogłam zabić - pijąc alkohol, a także narażając się na gwałt.

Poczułam, jak wzbiera we mnie wściekłość. Powiedziałam Dylanowi, że nie winię go za to, co się stało, że mam jedynie żal. Teraz jednak, gdy wiedziałam, że nie chodziło tylko o moje życie, byłam nie tylko rozżalona - byłam wściekła. Ogarnęła mnie furia. Jak nieczuły i obojętny musiał być Dylan, skoro zostawił mnie na pastwę losu mimo moich błagań? W moim brzuchu znajdowało się nasze dziecko, które mogło nie żyć albo wkrótce umrzeć przez to, co się ze mną stało. Przez to, że Dylan mnie zostawił, pozwolił, by emocje wzięły nad nim górę.

Nie wiedziałam już, co mam czuć, więc po prostu się rozpłakałam, błagając Boga, by moje dziecko żyło.

 

✰✰✰

 

*teraz*

 

Ze szpitala wyszłam dość szybko, bo ostatecznie nic poważniejszego mi się nie stało poza drobnymi otarciami i siniakami. Obsługa szpitala wyczytała jednak w mojej karcie, że taka sytuacja zdarzyła mi się już po raz drugi, więc z miejsca zapisano mnie ponownie na terapię do psychologa.

- Od jutra - powiedziałam zmęczonym głosem. Dziś nie miałam już na nic siły.

Dylan przyjechał chwilę po tym, jak dostałam wypis. Dźwigał na ramieniu Liama, a mi zaszkliły się oczy, gdy zobaczyłam buzię synka. Od razu porwałam go w ramiona i przez chwilę tylko go przytulałam, nic nie mówiąc. To wszystko boleśnie przypominało mi przeszłość i wiele momentów, kiedy zastanawiałam się, czy w ogóle będzie mi dane urodzić żywe dziecko.

- Weźmiesz moją torbę? - poprosiłam Dylana, nie chcąc wypuszczać Liama z rąk. Skinął głową i zrobił, o co prosiłam. Ubrałam się szybko i wyszliśmy ze szpitala, kierując się prosto do samochodu, schowanego w podziemnym garażu. Dopiero tam uświadomiłam sobie, że nie wiem, dokąd mam jechać.

- Zabrałem wszystkie twoje rzeczy z mieszkania tej gnidy - powiedział Dylan, widząc zagubienie na mojej twarzy. - Nie wrócisz tam już.

- Dziękuję - wyszeptałam, czując ciarki na myśl, że miałabym znowu wchodzić do tego mieszkania. Wydawało się być moim azylem, czymś bezpiecznym... Jakże się pomyliłam.

- Więc teraz pozostaje pytanie... - Dylan zabębnił lekko palcami o kierownicę. - Gdzie mam cię zawieźć: do domu twoich rodziców?

Zastanawiałam się chwilę nad tą opcją, kiedy Dylan dodał:

- Czy do mnie?

Nie chciało mi się zastanawiać, dlaczego mi to zaproponował. Może uznał, że tak będzie prościej, a może jednak chciał mieć mnie przy sobie?

Prawdę mówiąc, nie chciałam jechać do rodziców. Moja mama bywała uparta i upierdliwa. Na pewno czekało na mnie tysiąc pytań, na które nie miałam jeszcze siły.

- Do ciebie - powiedziałam. Dylan skinął głową i uruchomił silnik. Jechaliśmy w ciszy, ale nie przeszkadzała mi ona. Czułam, że w końcu wracałam do domu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Paradise 2 tygodnie temu
    #teamDylan <3
  • candy 2 tygodnie temu
    hahah :D
  • Elorence 2 tygodnie temu
    Tak! #teamDylan!
    Było smutno i chociaż nie pochwalałam pijackiej wizyty Dylana, to wiem, że czuł się winny. Ale może Camilla ma rację... Może to była niczyja wina, tylko tego idioty... Jacka? Przecież nie można robić takich rzeczy! Nikt nie ma prawa skrzywdzić drugiej osoby. Zawinił Jack. Powinni mu publicznie uciąć jaja.
    Och, wprowadza się do niego <3 Jej!
    Aż się boję kolejnego rozdziału...
    Buziaki <3
  • candy 2 tygodnie temu
    Aww, w końcu jakiś NIEWKURWIONY komentarz, hahah <3

    Owszem, największa wina Jacka. Poboczne sprawy to już co innego.

    No co Ty, nie bój się... mnie się bać?? :D <3
  • Paradise 2 tygodnie temu
    Może czas w końcu skomentować porządnie? :D
    Jestem za publicznym ucięciem jaj Jackowi! Dawać tu F! Chociaż Dylan też sobie poradzi :D
    I tak! Znowu będą razem mieszkać! Mam nadzieję, że już tak zostanie. I że sobie wszystko wyjaśnią, a Dylan w końcu ogarnie się z uczuciami! :D <3
    Ja się nie boję kolejnego rozdziału, wręcz nie mogę się doczekać <3
    Duuuuuużo weny życzę! <3

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania