Poprzednie częściTYlko ty 1  

TYlko ty 2

Teściowie wiedzieli o chorobie, lecz nie zdawali sobie sprawy, że jest tak źle. To nie była rozmowa na telefon, trzeba by było pojechać i opowiedzieć, jak jest naprawdę

. Decyzja była trudna, gdyż rodzice uważali, że gdyby Sabina była inna, to byliby szczęśliwym małżeństwem. Była nie lubianą synową, mimo to postanowiła pojechać, tym bardziej, że narastały problemy z Marzenką.

Dziecko bardzo źle znosiło ciężką domową atmosferę i zarówno opiekunki w przedszkolu, jak i lekarz zalecali, by mała zmieniła na jakiś czas otoczenie.

-Skoro będę w Sochaczewie, to może... -Tak bardzo potrzebowała teraz wsparcia, odrobiny ciepła, dobrego słowa. Miotana sprzecznymi uczuciami, napisała do Marcina, że mogą się spotkać, że będzie niedaleko.

Spodziewała się, że u teściów nie będzie zbyt miło, lecz, że aż tyle będzie musiała znieść – nie przypuszczała: teściowa nie przyjmowała do wiadomości, że syn jest bardzo chory.-

- Przecież to młody chłop, wojskowy! Jak mogłaś dopuścić, żeby tak osłabł, dlaczego nie szukałaś lepszej lecznicy!? A jak sama nie potrafisz, to czemuś nas nie poprosiła?- wykrzykiwała stojąc przed znękaną Sabiną tak, że dziadek wziął małą do ogrodu, żeby tego wszystkiego nie słuchała.

Nie było sensu tłumaczyć się. Zresztą wiedziała, że Marcin będzie czekał na dworcu, więc nie dokończywszy nawet obiadu poczęła się zbierać. Zdawała sobie sprawę, że sprawi teściowi przykrość, lecz na jego propozycję, że odwiezie ją na pociąg ,musiała odpowiedzieć stanowczo:

- :-Dziękuję , poradzę sobie! Odprowadzili ją oboje do furtki i czekali, aż przyjedzie taksówka. Teść, bardzo zmartwiony, przypomniał sobie, że słyszał o jakimś lekarzu z Rosji, który tu leczył w okolicy. Obiecał, że dowie się, jak można do niego trafić. Sabina podziękowała mu gorąco , uściskała córeczkę i już trzeba było wsiadać do samochodu.

- Marcin wyglądał wspaniale; opalony, radosny; powitał Sabinę szeroko otwartymi ramionami. Wprost kipiał energią, a wizyta tej, o której ostatnio nieustannie myślał , dodatkowo go uskrzydlała. Mówił bez przerwy, żartował dowcipkował, w końcu, widząc, że Sabina nie bardzo za nim nadąża, zapytał, co u niej. Opowiedziała krótko o wizycie u teściów i ze ściśniętym sercem przedstawiła stan w jakim był mąż. Nie, nie mogła się mylić, choć siedząc obok kierowcy, tylko kątem oka widziała jego twarz – spostrzegła jednak, że Marcin absolutnie się ciężką chorobą Pawła nie zmartwił, wprost przeciwnie...

- Widząc jej chmurną, zamkniętą twarz począł przemawiać:

-

- Sabinko, jesteś piękną i bardzo dobrą kobietą, wspaniałą matką i żoną; jesteś krystalicznie czysta! Przecież o takiej kobiecie marzy każdy chłop! Ciebie się powinno na rękach nosić, obsypywać prezentami, że o pieszczotach i pocałunkach już nie wspomnę – a czego ty w życiu doświadczyłaś, no przyznaj się – czego?

Sabina nie wiedziała, co na to odpowiedzieć, uśmiechnęła się więc i żeby zmienić temat, zapytała:

- - Gdzie i kiedy zdążyłeś tak pięknie się opalić?

- A byliśmy prawie przez miesiąc w Krynicy i okolicach. Chałtura, chałturą, ale był czas i na narty i na błogie wylegiwanie się na leżakach. My tu gadu, gadu – a ty pewnie jesteś głodna? Co byś powiedziała na spóźniony obiad i pyszną kawę gdzieś po drodze.

- Nie, nie jestem głodna.

- Jednakże licz się z tym, że musimy przejechać przez całą niemal stolicę, by dotrzeć do mego Rembertowa.

- Nic nie szkodzi, wytrzymam. Mam nadzieję, że u ciebie da się odpocząć, że tramwaje nie jeżdżą pod samymi oknami? –

- Bądź spokojna, do tramwaju mam bardzo daleko ,mieszkam na willowej ulicy. Jest cichutko i powiedziałbym sielsko. U nas co starsi mieszkańcy co roku o tej porze bielą pnie drzew owocowych. Wiesz, jak to pięknie wygląda?

Zbyt długo oboje marzyli i śnili o takim spotkaniu, by coś mogło ich powstrzymać przed upragnionym zbliżeniem. Tylko, że Sabina oczekiwała innych, piękniejszych doznań. Spełniło się, lecz nie dało radości, tylko niesmak i wstyd. Do tego Marcin zamiast przytulić się i ukołysać ją do snu, cmoknął w policzek, życzył dobrej nocy i poszedł spać do sąsiedniego pokoju. Tłumaczył, że nie chce budzić jej wczesnym rankiem; on jednakże musi wstać skoro świt, bo ma próbne zdjęcia w telewizji, jak się powiedzie – przez najbliższy rok będzie miał stałe zajęcie. Rano spostrzegła, że brał środek na sen i że zostawił wszędzie straszny bałagan.

Plan był taki, że wróci najszybciej, jak się da i ruszą pozwiedzać miasto, pogościć w najlepszych restauracjach, no i wieczorem odwiezie Sabinę na pociąg.

- W pustym, obcym mieszkaniu zdała sobie nagle sprawę z bezsensu swojej tu obecności. Przypomniało jej się, że Marcin wręcz ucieszył się słysząc o tym, w jakim stanie jest jej mąż.-

- Po co mi to było? Co zyskałam? Ależ jestem głupia i do tego podła – rozmyślała gorączkowo zbierając do torby swoje rzeczy. Ogarnęła z grubsza pokoje i w zasadzie można było wyjść. Ale tak bez słowa pożegnania? Usiadła i napisała krótki list, w którym podziękowała, że był z nią w bardzo trudnym okresie jej życia, że wspierał, że okazał tyle serca. Ale teraz już – cokolwiek się zdarzy – sama musi stawić temu czoła; wobec tego prosi, by nie pisał i nie szukał z nią kontaktu. Pomyślała- Nigdy więcej ! – i mocno zatrzasnęła drzwi.

- Miała za mało pieniędzy na taksówkę, wybrała więc autobus, na szczęście niedługo musiała czekać na swój pociąg. Była pewna, że rodzice zadzwonili i że Paweł wie, że gdzieś się zatrzymała; spodziewała się, że czeka ją szalona awantura. Postanowiła powiedzieć prawdę i wręcz była ciekawa, jakie to zrobi na mężu wrażenie.

- I tu – chyba pierwszy raz w życiu – pomyliła się w swoich oczekiwaniach. Rodzice nie dzwonili. Obaj panowie – syn i mąż powitali ją z wielką radością. Usta im się nie zamykały, tak się starali opowiedzieć jej, jak sobie radzili.

- Wczoraj było tak cieplutko, byliśmy z tatą na balkonie, posprzątaliśmy, i tatuś kazał przynieść skrzynki z piwnicy i posiał kwiatki!- relacjonował Aruś. Zjedli przygotowany przez dzielnych gospodarzy posiłek.

Uszczęśliwiona i uspokojona Sabina , siadła na stołeczku przy męża tapczanie i rzekła:

- Ja wiem, że u ciebie porządek, to rzecz święta, ale teraz musisz się oszczędzać, to raz, a dwa, że te nasiona mają już ze trzy lata, nie wiadomo, czy coś urośnie.

- Popatrzyła na męża, jak za dawnych lat i opowiedziała o wizycie u rodziców, pomijając nieprzyjemną rozmowę z matką. Na koniec wspomniała, że ojciec ma szukać znanego z licznych sukcesów lekarza pochodzącego z Rosji.

- To na nic, przecież ja nie pojadę do Sochaczewa, nie dam rady – odrzekł Paweł ze smutkiem.

- - Ojciec będzie go namawiał, żeby przyjechał do ciebie. – mąż tylko machnął ręką, uznając taką możliwość za niedorzeczną. Sabina chciała wstać, delikatnie ujął jej dłoń.

- Mam dużo czasu, rozliczam się powoli ze swojego życia. Chciałbym, żebyś mi wybaczyła to wszystko, co ci złego uczyniłem – popatrzyła mu w oczy i mocno ścisnęła dłoń- Nigdy cię nie wsparłem w trudnych chwilach, a ty mnie nie odstępujesz w chorobie. Zmarnowałem ci życie, Sabinko – i chyba już nie zdążę niczego naprawić..

Przytuliła się do męża i rozpłakała się.

- Ty, taki twardziel i uparciuch, poddajesz się? –usiłowała się uśmiechnąć i nadać rozmowie mniej tragiczną formę. – A jak te nasionka powschodzą, a jak tato skłoni tego doktora do przyjazdu, to zechcesz powalczyć?

- To wszystko głupstwo, powalczę, bo cię kocham i mam odrobinę nadziei, że i ty mnie kochasz. Warto, bo mamy siebie i dzieci – odrzekł cichutko

z trudem hamując łkanie.

Jeśli chodzi o dzieci, to młodsze było nieobecne, a starsze zamknęło się w toalecie i długi czas nie chciało wyjść, może czekało, żeby oczy całkiem obeschły.

W drugi dzień Świąt Wielkanocnych nastała taka pogoda, że gdyby nie kwitnące przebiśniegi, krokusy, obsypane kwieciem forsycje – to by można było pomyśleć, że to listopad. Wiał zimny, przenikliwy wiatr i padał deszcz ze śniegiem W taki przykry czas przyjechał ojciec Pawła i przywiózł tak bardzo oczekiwanego doktora Siergieja!

Już w przedpokoju zaniepokoił się, że syn ich nie wita. Synowa wyjaśniła, że leży, bo dziś przy tej pogodzie gorzej się czuje. Jednakże widok syna – żałosny cień tego zawsze tak silnego, sprężystego Pawła – omal nie zwalił ojca z nóg. Opanował się jednak i ściskając mu chudą, pomarszczoną dłoń, zagadał:

Twoja matka, twoja siostra i twoja córka pojechały modlić się za ciebie do Lichenia, twój ojciec tłukł się trzysta kilometrów w ścisku i niewygodzie, by ci przywieźć lekarza – a ty tymczasem wylegujesz się na wysokich poduchach i tylko czekasz, żeby koło ciebie latać! Takiemu to dobrze, taki pożyje! – Paweł uśmiechał się blado.

Następne częściTylko ty 3  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Aisak 5 miesięcy temu
    Ojej!
    O!
  • Aisak 5 miesięcy temu
    Opowiadanie napisane niewspółczesnym językiem.
    Wsiąkłam bez reszty.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania