Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

W Garści

W miejscu gdzie odpoczywał był cień, wokół jednak panował nieznośny upał, rozglądał się dookoła, nieopodal stały puste o tej porze zabudowania, być może mieszkańcy wybrali inne miejsce na odpoczynek, lub dawno się stąd wynieśli. W oddali słychać było powtarzający się świst, nie był to jednak wiatr, przez chwilę próbował sobie przypomnieć co to za dźwięk, znał go z przeszłości, już gdzieś słyszał, lecz wspomnienia były zbyt odległe, zamazywały się. Z zamyślenia wyrwały go samoloty, które co jakiś czas przecinały niebo, lubił się im przyglądać, w młodości podążał za nimi, lecz zawsze znikały za horyzontem, za chmurami, zostawiając go daleko w tyle, teraz czas na zabawy się skończył, przybyło obowiązków w tych trudnych czasach, trzeba zdobywać pożywienie, szukać noclegu, wiedział że nie jest wyjątkiem, że każdy musi sobie radzić. Zagadkowy gwizd powtórzył się, był głośniejszy, bardziej pobudzał wspomnienia, po chwili raz jeszcze go usłyszał, i już wiedział z czym ma do czynienia, na reakcje było jednak za późno. Kolejny świst, tym razem nie z daleka, ale w samym centrum, wbił się w uszy, wywołując w nich szum, i naglę poczuł ukłucie w prawym boku. Czuł jak ból wzbiera w nim, jakby rozrywał go od środka, wyrzucając na zewnątrz strzępy kości i krew. Raz jeszcze spojrzał w niebo, tym razem mimowolnie, gdyż ciało poderwało się lekko do góry i bezwładnie upadło. Wbiło się w gorący piasek, jego drobinki wypełniły ranę, z której to wypływała posoka, złocisty kolor piasku przechodził w purpurę, a spragniona ziemia wsysała każdą krople życiodajnego płynu. Chciał zaalarmować towarzyszy, wiedział że żaden z nich mu nie pomoże, ale chciał ich chociaż ostrzec przed niebezpieczeństwem, chciał się przydać ten ostatni raz. Lecz nie potrafił wydobyć z siebie żadnego dźwięku, choćby cichego pisku.

 

Podbiegł do niego, z zaciekawieniem przyglądał się jak leży, ślady krwi nie pozostawiały wątpliwości, został trafiony, z klatki piersiowej wyzierała głęboka rana, pocisk przebił ciało na wylot, zostawiając za sobą pogruchotane kości. Ciało jeszcze przez moment poruszało się, jakby wykonywało jakiś pradawny taniec wywijając się na gorącym piachu, potem jednak zamarło w bezruchu. Obserwator nie był z tego zadowolony, spodobał mu się ten taniec, trącił ofiarę, kolejna fala bólu wypełniła ciało pobudzając je. Obcy obserwował nieskoordynowane ruchy, raz jeszcze pchnął rannego. Uśmiechnął się, po czym wyciągnął do niego dłoń, chwycił go, na rękach pojawiła się krew, ale jemu to nie przeszkadzało, chciał go przenieść w inne miejsce, poza nieznośne słońce, musiał się spieszyć, głośne ponaglenia które słyszał kazały mu stamtąd uciekać. Nie miał wyboru, to nie on tu rządził, nie zamierzał jednak zostawiać okaleczonego. Przeniósł go nieopodal, po czym pochylił się nad nim, chciał usłyszeć czy oddycha, nie był jednak w stanie stwierdzić czy tak jest. Do głowy przyszedł mu inny pomysł, i po paru minutach wrócił z zmoczoną szmatką, krople zimnej wody opadły na postrzelone ciało, spływały z niego barwiąc się na czerwono. Krople dotarły do języka, ostatnimi siłami na wpółświadomie przełknął je.

 

Otworzył oczy, nieznana twarz wpatrywała się w niego, w jej ślepiach nie było jednak współczucia, ani chęci pomocy, była niezdrowa ciekawość, ciekawość tego jak wygląda śmierć. Zamknął oczy, i mimowolnie łapał ostatki powietrza, znów uniósł brwi, twarzy nie było, gdzieś znikła, docierały jednak do niego sygnały dźwiękowe, słyszał czyjeś kroki, ten chrzęszczący pod butami piach, zbliżały się do niego. Chciał uciec, lecz był zbyt osłabiony, chciał przestać żyć, w końcu się poddać i umrzeć, lecz ciało odmawiało tego, zbyt słabe na walkę, ale zbyt silne na śmierć. Nie rozumiał tego, czy musi mierzyć się z cierpieniem, z przeszywającym bólem wypełniającym wątły organizm, z świadomością którą dopada rozpacz i bezsilność. Czuł, że razem z bólem ogrania go szaleństwo. Wspomnienia z minionych szczęśliwych czasów, mieszają się z agonią którą wywołuje rwąca rana. Czuł jak gorące powietrze dostaję się do wnętrzności przez dziurę po kuli, jak rozchodzi się po trzewiach wypełniając każdą szczelinę, jakby tlen zżerał go od środka. Ponownie zamknął oczy, a korpusem wstrząsały miarowe drgawki.

 

Trzymał w ręce gwóźdź, zakrzywiony i stary, nalot z rdzy barwił poplamione krwią dłonie na kolor miedziany, drobinki metalu przyczepiały się do skóry i niepostrzeżenie wchodziły w nią. Przyglądał się ofierze, która konwulsyjnie poruszała się, był rad z tego że wciąż żyje, lecz to było za mało, chciał zobaczyć coś więcej, to przerażenie w źrenicach, zwiastujące rychły koniec. Przytrzymał rannego, a gwóźdź zbliżał do rany, na obrzeżach krew zdążyła już zakrzepnąć, szpiczasta końcówka zagłębiała się w tułów, wbijał gwóźdź coraz głębiej, wyczuwał jak przebija narządy wewnętrzne, z rany zaczęła wydobywać się pożółkła jucha, wyglądała jak kleista i gorąca maź która szuka ujścia na zewnątrz. Ofiara zaczęła się wyrywać i miotać, lecz uścisk oprawcy był zbyt silny, a kolejna fala bólu ogarniała wnętrzności, gwóźdź obracał się się w ranie niczym chochla mieszająca gęsty sos. Po chwili dręczyciel odpuścił, wyciągnął zardzewiały przedmiot, i patrzył na wzbierającą i lepką posokę. Na moment odstąpił od pokrzywdzonego, i przyglądał się gwoździowi, krople krwi spływały z niego, wytarł więc narzędzie tortur o rękaw, i raz jeszcze zbliżył je do wpółmartwego osobnika. Tym razem na cel wybrał oko, ponownie ścisnął ofiarę, a brudne ostrze zbliżało się do rozszerzonej ze strachu źrenicy, tuż przed okiem zatrzymał się. Usłyszał wołanie, przez kilka sekund wsłuchiwał się, lecz zignorował polecenia. Teraz już się nie zawahał, szpila dotykała wilgotnej źrenicy, w kąciku oka zbierała się łza, a gwóźdź wszedł głębiej, rozszarpał źrenice, z oka wypłynęła jucha, a w głowię coś strzyknęło, zaskoczony tym szybko wyciągnął ćwieka i odrzucił.

 

Czaszkę rozsadzał ból, rozchodził się po każdej kości i kosteczce, z oczodołu wyzierało martwe oko, powoli z niego wypływając ciągnąc za sobą kawałki poszarpanego mięsa i galaretowatego mózgu. Nie był w stanie odnaleźć w umyśle żadnego wspomnienia, ze światem rzeczywistym łączył go jedynie nieprzerywalny ból, wszystko inne znikło; pamięć, uczucia i nadzieje, nie wiedział gdzie jest, jak się tu znalazł, i co właściwie się stało. Jakby zawsze był tylko zmasakrowanym ciałem, które reaguje na zewnętrzne impulsy. Jego życie skończyło się, to co było teraz to jedynie skrawek agonalnej egzystencji, bez początku i bez końca, zbędne cierpienie które w jakiś sposób zastąpiło samoświadomość. Nie chciało odejść, tylko wwiercić się w najgłębsze odmęty umysłu, zarazić je, przejąć i wypełnić niemierzalną udręką. Zgasł, ostatni haust powietrza opuścił jego płuca, mordęga dobiegła końca.

 

Szturchał zwłoki jeszcze parę razy, ale nie było już żadnej reakcji, w ciele nie było życia, serce przestało pompować krew, nie wypływała już, jedynie stygła. Tylko zwisające ślepie było delikatnie poruszane przez wiatr. A w stronę truchła zmierzało kilka mrówek, które wyczuły martwe, lecz wciąż świeże zwłoki. Dręczyciel wstał, nie miał tu już nic do zrobienia, grymas na jego twarzy zdradzał rozczarowanie, nie tak wyobrażał sobie śmierć, to po prostu się zdarzyło, śmierć nie była ekscytująca, nie wywołała też wyrzutów sumienia czy trwogi. Spojrzał z góry na trupa, jak owady kręcą się wokół niego, jak badają swoimi czułkami rozszarpane rany, jak wpełzają przez dziurę w oku do wnętrza, i próbują wyrwać coś dla siebie. Uniósł nogę, ciemna podeszwa zawisła nad czerepem i z mocą wgniotła się weń. Spod buta wydobył się chrupot miażdżonych kości, raz jeszcze podniósł nogę, i znów zgniótł, i po raz kolejny, jucha wypływała spod buciora, ale on nie przerywał, wpadł jakby w szał.

 

Uderzenia zainteresowały innych, ktoś do niego podszedł, stanął obok, zmierzył go srogim wzrokiem, po czym zapytał:

- Co ty robisz dziecko?

- Bawię się. - Powiedział chłopiec.

- W co się bawisz, i gdzie ty się tak upaprałeś... Boże drogi, rękaw cały zaświniony, dłonie we krwi, coś ty zrobił?! - Z niepokojem i troską zapytał mężczyzna.

- Oj, no nic tato, znalazłem na piaskownicy rannego wróbelka. - Zakomunikował malec.

- Brałeś w ręce martwego ptaka?! Przecież on może mieć różne choroby!

- Rannego... - Bronił się kilkulatek.

- Nie chcę tego słyszeć, i marsz do łazienki! Jakby się mama dowiedziała, co wyprawiasz...

- Ale nie powiesz?

- Nie powiem, ale już zejdź mi z oczu! - Rzekł surowym tonem, po czym głośniej zwrócił się do dwóch nastolatków:

- A wy tylko strzelacie z wiatrówki, i żaden się nie zainteresuje młodszym braciszkiem!

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • KamilM 5 miesięcy temu
    trzyma w napięciu i jest dreszczyk :)
  • 00.00 5 miesięcy temu
    Zaskoczenie było, wolę nie myśleć co z tego młodego osobnika wyrośnie.
  • Canulas 5 miesięcy temu
    Ok, tak, no... wytrwałem pół. Mniejsze pół. Dużo mniejsze. Być może (i na to liczę) się rozkręca, ale za bardzo to zakodowane interpunkyjnie. Już pierwsze zdanie zrobiło mi dymnik ze łba. Dalej w pokrzywki jednak ruszyłem dzielnie, licząc, że za nimi będą kwiaty. Tylko, że, no. Dalej też były pokrzywki.
    Troszkę synonów brakuje. Czasem szwankuje konstrukcja. Ale to wszystko tylko w tym przeczytanym przeze mnie fragmencie, ochrzczonym jako "mniejsze pół". Dalej nie wiem. Pewnie też.
    Nie umiem ocenić.
    Pozdrox

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania