W pale się nie mieści

— Skacz!

— Nie, nie skacz!

— Zrób to.

— Opanuj się.

— To tylko bariera w twojej głowie. Pokonaj ją. Wyzwól się, teraz!

— To się źle skończy. Nie warto.

— Warto, zaufaj mi. Kilka sekund, w których życia zasmakujesz nad wyraz wszelaki.

— To już naprawdę duża wysokość. Przy każdym przechyleniu czujesz, jak od tej wielkiej przestrzeni dzieli cię tylko cienka blaszka, prawda? Wyobrażasz to sobie intensywnie właśnie w tej chwili. Boisz się. To dobrze, świetnie cię rozumiem. Jeszcze możesz się wycofać.

— Wiem przecież doskonale, że tego nie zrobisz. Nigdy nie potrafiłeś okazywać słabości. Nigdy byś sobie nie wybaczył, gdybyś jako jedyny zdezerterował. Co za ujma, co za wstyd!

— Nawet teraz, trzęsąc się jak osika, próbujesz po sobie tego nie okazać. Ale wiesz co? Wszyscy naokoło widzą, że ten wciśnięty w biały kask uśmiech kamufluje zdenerwowanie. Po co się okłamywać? Chyba nie próbujesz niczego udowodnić?

— Właśnie, że próbujesz! Tyle lat niedoceniony wątpiłeś w samego siebie. Udowodnisz, że stać cię na to, na co większość struchlałaby na samą myśl i przy tym będziesz miał kupę frajdy, jakiej jeszcze nigdy nie zaznałeś.

— Pfff! Frajdy? To samobójstwo, a nie żadna frajda. Wbrew logice, wbrew mnie. Jestem tym, co zawsze o ciebie dbało, troszczyło się, by nie stała ci się krzywda. Co to w ogóle ma znaczyć? Chcesz zaprzepaścić cały mój wysiłek, żeby zrobić coś tak głupiego. Tak mną poniewierasz. Jesteś niewdzięcznikiem.

— Dość trzymania się jej. Podobnie jak pacholęcie schowane pod matczyną spódnicą, musisz w końcu spod niej wyjść. Przekonać się, że życie nie ogranicza się do rzucanego przez nią cienia.

— Spójrz, wyglądają przez okna! Tamten mężczyzna już szykuje się do otwarcia drzwi. Zaraz zabłyśnie zielone światło nad nimi. Owinięty byłeś dotychczas ciepłą otuliną kolejnych, małych etapów, które dzieliły cię od tej chwili. Co teraz zrobisz? Już nie masz się czym osłonić. Zostało najwyżej kilkadziesiąt sekund, by łapiąc ostatnią z nich okazać się kompletnie nagim. Wtedy on też cię zostawi. Do kamfory podobny ulatnia się nieustannie. Ja przy tobie trwam od zawsze. To ostatnia szansa, wycofaj się, proszę.

— Za późno, za późno. Drzwi już otwarte, a widoki przez nie widoczne są zachwycające. Huk wdzierającego się powietrza próbuje cię wydrzeć ze środka tej skorupki. Spokojnie. Wszyscy wstają, by rzędem wpinać swe klamry w prowadnicę, ale ty jesteś dopiero czwarty w kolejności. Masz jeszcze kilka sekund. Będzie dobrze.

— Ha! A nie mówiłam?! Już go nie ma, przepadł z ostatnim słowem, jak nieboszczyk na łożu śmierci. Bynajmniej nie zważaj na niego. Posłuchaj mnie uważnie. Do samego końca możesz po prostu zrezygnować. Zaraz twoja kolej, jednak ów człowiek, wodzący za wami oczami przy tej ponurej studni otchłani, zrozumie na pewno twe wątpliwości i pozwoli się wyzwolić od bezmyślności. Ale cóż to?! Już mnie nie słuchasz. Odgrodziłeś się twardą zasłoną i jesteś nieczuły na me podszepty. Bądź przeklęty! Wybiła twoja godzina! Zaciskam się na twych trzewiach, jedną macką oplatam się wokół gardzieli mając nadzieję, że cię jednak zatrzymam. Krzyczę ze wszystkich sił: nie podchodź tam! Ty jednak bezwzględny. Odpychasz mnie i pustką tchnięty podchodzisz do wyjścia i przybierając wcześniej przysposobioną pozę rzucasz się w te błękitne odmęty.

 

Dziwne to było uczucie. Opuściwszy bezpieczne, podniebne schronienie, wszystko we mnie ucichło, a świadomość przygnieciona nadmiarem sprzecznych wrażeń zanurzyła się w mroku, w którym na chwilę czas się zatrzymał. Znienacka wystrzelił, jakby biczem smagnięty i galopował przed siebie w niezrównanym dotychczas pędzie. W tymże filmie kątem oka jeszcze kadłub samolotu zdążyłem zarejestrować i spoglądającą za mną twarz z kamerą na kasku. Obracało mną w powietrzu dopóki mocne szarpnięcie nie wyrwało mnie ku górze.

 

— Udało się! Brawo chłopcze! Wiedziałem, że mnie nie zawiedziesz.

— Patrz go! Znalazła się teraz łajza spijając nektar glorii, gdy najgorsze minęło. Ale czy aby na pewno? Ogarnij się i przywołaj z pamięci trzy zasady, które ci wpajano zanim wpakowałeś się w tę kabałę. Ano właśnie. I co tu mamy? Nie dość, że głowy nie jesteś w stanie zadrzeć, by stan czaszy ocenić, to jeszcze linek sterowniczych nad ramionami ani widu, ani słychu. Umrzemy… O ziemie się rozbijemy...

— Nie, nie, nie! To tylko zwykła komplikacja, którą łatwo rozwiążemy. Myśl! Co ze szkoleń swych wyniosłeś? Tak, "kicha" to duże prawdopodobieństwo…

— Cóż za amatorszczyzna i pomyłka chora!

— Cichaj tam! Skupiamy się zawzięcie. Dobrze, macaj linek splot, w końcu coś nas nad ziemią wciąż trzyma, co osobliwe wahadełko przypomina. Eureka! Podczas wyskoku obracany, po prostu linki sterownicze w główne taśmy splątałeś. To proste, odkręć się tylko we właściwą stronę.

— Ale on nie wie w którą! Kręcąc się w niewłaściwą pogorszy jeszcze swój stan. Słabo mi!

 

— No i spierdolił po raz wtóry zostawiając nas we dwoje ino. Pal go licho! Przed ostatecznością postawiona, zniknąć nie zamierzam. Sami damy radę. Balansuj ciałem. Pociągaj za linki, by zorientować się w tym węźle gordyjskim. Czas ucieka, ale spokój musimy zachować. Jeszcze kilkaset metrów wciąż zapasu na pewną mamy. O! Coś się dzieje. Splot sam się rozwija pod twoim ciężarem! Kilka obrotów i już taśmy wskakują we właściwe miejsca. Odzyskałeś sterowanie.

— Widzę, że ponownie sukces mój młody padawanie. Duma mnie rozpiera!

— Won stąd parchu! Oślizgły podszeptywaczu, gdy chwila ku temu najsposobniejsza.

— Myśli obraźliwych ku mnie sączyć nie wypada, bo to nasz obopólny sukces. Radujmy się! Śpiewajmy!

— Jeszcze lądowanie nas czeka…

— To pestka. Euforii dzban w serce wlewam i pieśń przyklejam na usta. Lalalala! Dalej, na cały głos! I tak nikt nas tutaj nie słyszy. Huraaaaaa!

— Poddaję się. Świętuj nim sobie radośnie, a ja w tym czasie w kąciku się zaszyję i jeszcze nadchodzącego lądowania cichutko przypilnuję.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Canulas 5 miesięcy temu
    Hmm, ciekawe, ale i dziwne. Początek świetny, ale potem mam wrażenie, że pchasz w dialog myśli narracyjne. Zaczynasz szybować, niby to ciągle wypowiedź, ale już wjeżdża stylizacja na teatralną modłę i ucieczki w dygresje, które nijak do zapisu dialogowego się mają.
    Nie umiem ocenić.
    Coś na pewno ma, ale raczej nie moje loty.
    Pozdeox
  • Angela 5 miesięcy temu
    Każdy z nas ma w głowie dwa (przynajmniej tyle) głosy. Najczęściej słuchamy tego, który drze się głośniej.
    Tekst bardzo zacny.
    Pozdrawiam.
  • @utor 5 miesięcy temu
    Płynnie się czytało. Staranne opko wraz z ciekawymi dialogami.
    Wstęp przykuwający uwagę. To dużo robi, bo potem się chce dalej czytać ;-)
  • @utor 5 miesięcy temu
    Piąteczka za styl ;-)
  • Basileus 5 miesięcy temu
    A dziękuj ę, dziękuj ę. Naprawdę mi miło:)
  • Basileus 5 miesięcy temu
    to do @utor było
  • Trening Wyobraźni 4 miesiące temu
    Dzień dobry!
    Przypominamy o obdarowywaniu zestawami – jutro o godz. 20.00.
    Pozdrawiamy :)
  • Trening Wyobraźni 4 miesiące temu
    Basileus, oto Twój zestaw:
    Postać: Nadgorliwa policja
    Zdarzenie: Pokój 112

    Gatunek: Postapo lub Horror (do wyboru)
    Czas na pisanie: 24 luty (niedziela) godz. 19.00

    Powodzenia :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania