W samo południe

Energiczny wymach i śnieżna kulka przeleciała łukiem kilkanaście metrów rozbijając się o wielką, włochatą górę mięsa. Yeti, wreszcie cię mam! Obrócił się zdezorientowany, rozglądając się swą małpio-podobną mordą naokoło. Jest, zauważył mnie. W pierwszej chwili lekko niedowierzając, w drugiej zmarszczył brwi zaciskając fioletowe łapska. Pokryty grubym, teoretycznie białym, ale w praktyce brudno-szarawym futrem, niemal doskonale wtapiał się w krajobraz. Ale nie po to pedałowałem aż do Doliny Diatłowa, by wrócić z niczym lub nie daj boże zamarznąć, jak weekendowy turysta. Poświęciłem wszystko, by dotrwać do tej właśnie chwili. Tak wiele rozczarowań. Ale dziś z tym koniec. Wyjąłem zza pasa maczetę. Ostrze błysnęło skupiając uwagę bestii. Tak, wiesz co to jest, prawda, małpko? I co z tym zrobisz? No co?! Splunąłem pogardliwie pod nogi. Nieskoordynowane szarpnięcie rozeszło się po mięśniach. Jeszcze się powstrzymał, ale grillowanie dawało efekty. Staliśmy tak naprzeciwko siebie pośród zacinającego poprzek śniegu, ja z ostrzem na wysokości biodra stukałem spokojnie palcami po rękojeści, ono z dziką żądzą mordu w ślepiach i coraz intensywniej pykającą żyłą na gardzieli - Come The Coyote Bruce’a Fingers’a. Policzmy do trzech, dobrze?

Raz.

Dwa.

Trzy.

Zmyłka z szybkim tupnięciem wystarczyła, by rozwścieczona masa ruszyła z nieartykulacyjnym rykiem w moim kierunku. Ostentacyjnie niewzruszony obserwowałem całą tę scenę, by w ostatniej chwili odrzucić maczetę i rozłożyć ręce w geście, w jakim wita się rzucającą na szyję ukochaną. Jeśli umierać to po mojemu!

„Ale cuchniesz!” pomyślałem, gdy futro przylgnęło mi po twarzy, by ułamek sekundy później poczuć już impet uderzenia. Przeturlałem się kilka razy. Wielki ciężar zwalił się na mnie miażdżąc żebra jak zapałki. Muskularne łapy biły na oślep masakrując mi twarz, próbowałem się instynktownie zasłonić, ale jedno uściśnięcie jego palców wystarczyło, by kości przedramienia pękły z głuchym trzaskiem. Cierpiałem, ale wiedziałem, że już długo to nie potrwa. „Jeszcze chwila, jeszcze chwila” powtarzałem sobie próbując nie skupiać się na bólu i własnym krzyku. Gradobicie ustało. Wykorzystałem okazję do zwinięcia się w embrionalny kłębek, wypływająca krew chroniła mnie od zimnego podłoża. Na próżno. Rozwinął mnie jak schowanego w skorupce ślimaka. Leżąc na wznak przez opuchnięte powieki widziałem jego pysk podziwiający swe dzieło. Wściekłość przygasła, obwąchiwał mnie teraz badawczo, z zainteresowane. Zabulgotałem.

Żyła znów nabrzmiała. Wbij się we mnie zębami. Byłem pewien, że zaraz umrę. Zabawne, ale patrząc jak wgryza się w moje lewe ramię, już nie traktowałem go jako „moje”. Widziałem tylko dyndającą kończynę poddającą się większym od niej siłom. Nawet nie zwróciłem uwagi, gdy całkowicie ją odczłonkował. Ale zamiast, jak przypuszczałem, do końca mnie wykończyć, zabrał ją i zaczął się oddalać. Miałem problem zebrać myśli… Ale jak to? Dlaczego? To nie tak miało być?! Yeti, i ty przeciwko mnie? Z trudem obróciłem się na brzuch i przeczołgałem kilka metrów w stronę porzuconej maczety.

– Gdzie ty, do kurwy nędzy, leziesz?! Wracaj! Jeszcze ze mną nie skończyłeś! – zawołałem, ile miałem sił.

Nie wrócił. Wziął przekąskę i koniec. Nie wierzę…

Mróz hamował krwawienie, ale i tak nie miałem wiele czasu. Mając jeszcze świeże ślady w śniegu pełznąłem za mym oprawcą.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 5 miesięcy temu
    :))) Świetne, prozatorskie erekcjato.

    Jeno błędów sporo, Yeti zapewne namieszał:)
  • Wrotycz 5 miesięcy temu
    I dobrze znany tytuł tu pasuje bardzo:)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania