Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Warcraft - Krucjata - Rozdział 10

Rozdział 10

Labirynt umysłu

 

Październik

 

Atremis stała oparta o ścianę przed drzwiami do gabinetu Johna Gustava, który to został wyznaczony do objęcia dowództwa nad wszystkimi siłami Przymierza Północy w tym sektorze Silverpine. Elfka, trzymając w ręku fajkę, czekała na Taylora, gdyż ten na osobności miał odebrać od swojego przełożonego nowe rozkazy. Przez ściane mogła usłyszeć jednak podniesione głosy obu mężczyzn. Wywnioskowała, że muszą się o coś sprzeczać. Pewnie chodzi o to, co wydarzyło się przedwczoraj, pomyślała. Od tego dnia w oddziale panowała nieprzyjemna atmosfera. Kapitan musiał się teraz mierzyć z nieprzychylnym wzrokiem jego żołnierzy, choć wcale nie chciał on przyjmować tamtego zadania.

- Tej wojny nie da się porównać z niczym, czego do tej pory doświadczyłam - Atremis powiedziała do siebie w myślach. - Taylor miał rację. Popełniłam błąd, że nie doceniałam tych Kaldorei. Cholera, od początku ciągle tylko cofamy się w głąb królestwa. Nawet nasze tytaniczne wysiłki nie wystarczą. Zabijesz jednego drzewolubnego, to na jego miejsce przyjdzie pięciu następnych. Ale w końcu Arcykapłanka popełni jakiś błąd, a my go wykorzystamy. Musimy w końcu odwrócić losy, bo jeżeli przegramy tutaj, to następny w kolejce jest mój własny dom.

 

Gdy komandoska zajęta była paleniem miodowego tytoniu, przez korytarz w jej stronę zaczęła iść kobieta w czarnym płaszczu. Atremis szybko objechała nieznajomą wzrokiem, i z jej wysokiego wzrostu, i sposobowi chodu, charakterystycznym dla wyzwolonych kobiet, wywnioskowała ona, że jest ona elfką. Dodatkowo uznała, że musi służyć w wojsku, gdyż jej uda i ramiona sprawiały wrażenie silnych i sprężystych. Jakby wyrzeźbiła je latami ćwiczeń i treningów.

 

Przybyszka podeszła do komandoski.

- Rozumiem, że pani porucznik stoi w kolejce na rozmowę z lordem?

- Nie, właściwie, czekam tu na kogoś. Skąd zna pani moją rangę? Kim pani w ogóle jest?

- Wybacz mi moją tajemniczość, Atremis. Czasami zapominam się, że całe te niezapowiedziane inspekcje, nieregularność mojego grafiku, i wygląd podróżnej nie pomagają budować mojej rozpoznawalności.

 

Kiedy nieznajoma zdjęła kaptur, Atremis zrobiło się naprawdę głupio. Jakże mogła ona nie rozpoznać tych złotych włosów i błękitnych tęczówek? Doprawdy, jestem upokorzona na całe życie, pomyślała.

.

Elfką w kapturze okazała się być Lireesa Windrunner, przywódczyni elfich Rangerów, i członkini naczelnego dowództwa Przymierza Północy. Z wyglądu bardzo przypominała swoją córkę, Allerie, jednak jej rysy były znacznie dojrzalsze, choć dalej była ona niezwykle atrakcyjna.

 

-Pani generał - speszyła się Atremis, pośpiesznie salutując, i chowając fajkę do kieszeni - proszę mi wybaczyć moje zachowanie, nie wiem jak to się stało, ale nie rozpoznałam pani.

- Nic się nie stało, towarzyszko. I możesz mi mówić po prostu Lireesa. Całe te tytuły, rangi, i honory zostawmy tym gogusiom z Silvermoon, i moim córkom. Wszyscy Rangerzy, włącznie ze mną, są jedną wielką rodziną, a ty nie raz udowodniłaś, że jesteś godna dołączenia do niej. Słyszałam o twoich dokonaniach w Zul'Aman, i jestem dla ciebie pełna podziwu.

- Oczywiście, pani gen... Lireeso. Co sprowadza cię do naszego obozu wojennego?

- Tak jak mówiłam, niezapowiedziana inspekcja. Żadna mapa czy raport nie oddadzą w pełni sytuacji na froncie. Musze sama na własne oczy zobaczyć, jak się sprawy mają. Dlatego chcę porozmawiać z lordem. No i jak wam się pracuje z ludzkimi komandosami? Tęsknisz czasami za swoimi towarzyszami z pułku?

- Jest o wiele lepiej, niż się spodziewałam. Nasi nowi kompani są wprawni w maszerowaniu, zwiadzie, i w walce. Przy ognisku zawsze opowiedzą jakąś ciekawą historię, nauczą nowej piosenki, i podzielą się tabaką czy innym smakołykiem.

- Z tego co powiedział mi lord Gustav, przeszłaś pod dowództwo Taylora, tego uroczego chłopca, co walczył u naszego boku kilka lat temu.

- Tak, i cieszę się, że znowu mogę z nim pracować. To prawdziwy profesjonalista. Dba o nas wszystkich, jak o własnych krewnych.

- Rozumiem, że wasz romans, który rozpoczął się w Quel'Thalas, znowu zakwitł.

- To znaczy... właściwie... w sumie...to tak, ale jeżeli ma pani coś przeciwko...

- Nie bój się, nie staje na drodze waszej miłości. Dopóki nie przeszkadza wam ona w obowiązkach, to nie widze powodu, dlaczego miałabym wam zaglądać do łóżka. Kobieta, by wytrzymać całą tą wojenną zawieruchę, czasem musi znaleźć oparcie w silnych, męskich ramionach. Eh, czasami tęsknie za swym mężem. Przeklęta gruźlica. A propos łóżka, to jaki on jest w tych sprawach, jeżeli nie jest to dla ciebie wstydliwy temat?

- Jest znakomity. Czyta ze mnie jak z książki, i od razu wie, jak doprowadzić mnie do ekstazy. Innym razem pozwala mi przejąc inicjatywę, i wtedy ujeżdżam go jak rumaka. A, jeżeli mi wolno, czemu pani spytała?

- Ha, nie obawiaj się, nie chce ci go zabrać. Wystarczy, że rozbiorę się, położę, i pstryknę palcami, a nim policzę do trzech, to przede mną stanie piątka nagich, naoliwionych, dobrze umięśnionych elfów. Bycie przywódcą elitarnej jednostki i przynależność do jednego z najbardziej wpływowych rodów w królestwie ma swoje plusy. Dlatego trochę ci współczuję. Ty musisz bawić się w te cały flirty i randki. Więc zostawiam ci go w całości dla ciebie, towarzyszko.

- Jeżeli jesteśmy w temacie Taylora, to czy mogłabym mieć dla pani wielką prośbę?

- Oczywiście, pytaj mnie o wszystko, co ciąży ci na sercu.

- Czy po tym, jak ta wojna się skończy, oczywiście naszym niekwestionowanym zwycięstwem...

- Atremis, nie jesteśmy na królewskim dworze, ani w sali narad, więc możemy spuścić trochę z oficjalnego tonu. Rozmawiamy w cztery oczy, i nie musimy udawać, że nie dzieje się nic złego. Nie jestem idiotką, i zdaje sobie sprawę z tego, jak obecnie wygląda sytuacja.

-Nigdy nie sugerowałam czegoś podobnego, pani generał.

-Mówiłam ci już, że dla ciebie jestem po prostu Lireesą. No ale kontynuuj.

- Dobrze, Lireeso. No więc, gdy ta wojna zakończy się zwycięstwem naszym, lub naszych wrogów, to czy dałabyś Taylorowi pozwolenie na dołączenie do nas? Chodzi mi konkretnie o Rangerów. Chciałabym, żeby zamieszkał on ze mną, i służył u mego boku.

- Muszę przyznać, że jest to trochę niecodzienna prośba. I dość problematyczna. Nie sądze, by moi oficerowie z chęcią przyjęli w swych szeregach człowieka. Pracowanie u boku takiego nie jest dla nich problemem, ale bycie z nim w jednej jednostce? Nie jestem zbyt optymistycznie do tego nastawiona. Choć z drugiej strony, to z tego co widziałam, i bazując na twojej opinii do niego, to byłby on cennym żołnierzem dla nas. Słuchaj, nie mogę nic obiecać, ale zobaczę co da się zrobić. Kto wie, może na tej wojnie stanie się on bohaterem, i wszystkie armie świata będą się o niego zabijać?

-Dziękuje, Lireeso.

 

Elfki nagle usłyszały zza ściany, jak mężczyźni wstają z krzeseł, dalej prowadząc konwersacje. Po chwili Taylor otworzył drzwi, i wyszedł z nich. Tuż za nim Gustav mówił do niego:

 

- Taylor, pamiętaj, że odpowiedzialność za cały ten syf, jaki tworzy się na tej wojnie, spada wyłącznie na mnie. Gdy twoi ludzie dalej bedą ci zarzucać, że po wojnie ktoś oskarży ich o popełnione zbrodnie, to powiedz im, że przyjmuje na siebie wszystko. Och, witaj, lady Lireeso. - dopiero po chwili lord zauważył ją. - Przepraszam za całe to zamieszanie. O ile mi się wydaje, to nie było na dzisiaj zapowiedzianej inspekcji, więc nie zdążyłem się przygotować.

-Nie musisz za nic przepraszać, lordzie - odpowiedziała, podając mu rękę. - To moja wina, że nie powiadomiłam cię o mojej wizycie. Można powiedzieć że nie lubię grafików i schematów, i preferuje spontaniczne spotkania.

- Sinu a'manore, kapitanie. - Lireesa przywitała się z Taylorem. - Mieliśmy już okazję poznać się podczas ekspedycji z Zul'Aman.

- Tak, pamiętam panią generał doskonale. Jest tu pani, by przeprowadzić nadzór Rangerów, prawda?

- Owszem. Jako że Alleria w moim imieniu zaproponowała wysłanie ich tu, to musze teraz wziąć za nich odpowiedzialność. Pewnie teraz przyozdabia ciała Nocnych Elfów swymi strzałami w jakiejś dziczy. No więc jaka panuje sytuacja na froncie? Co możesz mi na ten temat powiedzieć, Taylorze?

- Chce pani generał usłyszeć wersję oficjalną, czy nieoficjalną? - zażartował.

- Ha, i to powinno wystarczyć nam za odpowiedź! - lady Windrunner wyłapała żart. - Ale nie martw się. Może na razie faktycznie jest ciężko, ale już miałam do czynienia z takimi sytuacjami. Jestem pewna, że niebawem to my przejmiemy inicjatywę. I pamiętaj, że możesz mówić mi po imieniu. Atremis bardzo ci ufa, a ona jest dla mnie jak własna córka. A teraz muszę was przeprosić, gdyż lord Gustav z pewnością będzie chciał pokazać mi stan i gotowość bojową naszych wojsk. Życze wam obu powodzenia. Al diel shala.

 

Gdy Lireesa i Gustav szli korytarzem, Atremis zwróciła się do Taylora:

 

- O czym tak dyskutowaliście? - zapytała go.

- Musiałem to z siebie wyrzucić. Wiesz dobrze, co.

- Cholera, kochanie, mówiłam ci już, żebyś przestał się tym tak zadręczać. Przecież to był rozkaz, i musiałeś go wykonać. Zresztą słyszałeś Gustava. Przyjmie on na siebie ewentualną odpowiedzialność. Zresztą, w tym królestwie obecnie dzieje się takiburdel, że kilka spalonych chat i parę zabitych wieśniaków nikogo pod koniec nie będą obchodziły.

- Może masz rację. Ale dalej nie uspokaja to mojego sumienia.

- To jak brzmią nowe rozkazy?

- Wywiad donosi nam o wzmożonej aktywności Nocnych Elfów w tym rejonie. Dowództwo obawia się, że mogą się oni przygotowywać do ofensywy. Mamy przeprowadzić zwiad na pozycje między nimi a nami, i raportować o jakichkolwiek manewrach nieprzyjaciela. Tak więc rutyna. O czym właściwie rozmawiałaś z Lireesą?

- Ach, o babskich sprawach. Pytałam ją także o twojej ewentualnej karierze w Rangerach...

- Znowu z tym zaczynasz? Ty chyba nigdy nie odpuścisz.

- Posłuchaj do końca! Jak widać, moje smęcenie opłaciło się, gdyż Lireesa obiecała, że przyjrzy się sprawie. Wiedziałam, że mi nie odmówi. Och, Taylor, jestem teraz taka szczęśliwa, że gdy zostaniemy sam na sam, to nie uwolnisz się ode mnie.

-Mhm - zamruczał oficer, patrząc się na długie i mocne nogi odchodzącej Lireesy.

- Nawet o tym nie myśl! - powiedziała Atremis, śmiejąc się. - Nie będzie żadnych trójkątów! Po pierwsze, to ona jest dla ciebie w za wysokiej lidze. A po drugie, to zajeździłaby cię na śmierć. Z tego co słyszałam, to ona ma taką krzepę, że może się kochać godzinami. A ty i tak ledwo dajesz sobie radę ze mną.

 

 

Wpływ jesieni na las był już widoczny gołym okiem. Niebo było pochmurne, a wiatr kołysał nagimi już gałęziami. Osiadłe na ziemi liście skąpały krajobraz w złoto - miedzianych kolorach. Otoczkę można by uznać za piękną, gdyby nie okazjonalne zwłoki, rozkładające się na podłożu, lub oparte o pnie drzew. Były to ofiary przypadkowych potyczek i starć grup zwiadowczych, teraz zapomniane już przez każdego. Nikt nigdy już nie zapłacze nad ich losem, ani nie wyprawi im pogrzebu. Co najwyżej ciała zostaną okradzione z dobytku przez hieny cmentarne, lub sieroty wojenne.

 

Szum szeleszczących gałęzi mieszał się z tupotem kroków zwiadowców, prowadzonych przez Taylora. Zarówno dotychczasowe porażki Przymierza Północy, jak i ostatnie wydarzenia odebrały żołnierzom chęci do żartów i rozmów. Nie pomagał też fakt, że rodziny co najmniej kilku z komandosów ucierpiały, gdyż mieszkały one na terenach obecnie zajętych przez Imperium Kaldorei. Szli oni w milczeniu, obserwując gęstwinę, lub co najwyżej cicho wymieniali zdania na różne tematy, lub plotkowali na temat dowódcy.

 

Do Taylora, który szedł na czele grupy, dołączył się Zimmerman. Zrównał on ze swoim przełożonym krok, i rozpoczął rozmowę:

 

-Kapitanie, chciałbym z tobą porozmawiać na temat tego, co stało się przedwczoraj. Czy nie masz nic przeciwko?

Red uznał, że milczenie oznacza zgodę, więc kontynuował:

 

- Chciałem tylko powiedzieć, że nie oceniam pana za tę rzeź. Nie oceniam, i w pełni rozumiem pana.

- Nigdy nie chodziło mi o to, żebyś zgadzał się z moimi rozkazami, ani nawet żebyś je rozumiał. Jedyne czego od was oczekuje, to żebyście je wykonywali.

- Nigdy nie sprzeciwił bym się pańskim rozkazom. Ja wiem, że kapitan także podlega swoim przełożonym, a oni swoim.

- Przestań z tym podlizywaniem się i po prostu powiedz, o co ci chodzi. Jeżeli jeszcze się nie domyśliłeś, to nie jestem teraz w humorze. I mów mi po imieniu. Mam już dość tego "pana" i "kapitana".

- Taylor, wiem, że inni patrzą na ciebie nieprzychylnie po tym, co im rozkazałeś, ale wina nie leży wyłącznie po twojej stronie. Przecież dostałeś takie, a nie inne polecenia. Ci wieśniacy otwarcie sympatyzowali z Kaldorei, udzielali im schronienia, i dostarczali im zapasy. Musieliśmy dać sygnał innym wsiom, że nie będziemy tolerować kolaboracji z nieprzyjacielem. Oni sami zasłużyli sobie na ten los. Musieliśmy spalić te chaty.

- I mówi to jeden z najbardziej oddanych zwolenników Wata Tylera. Ciekawe, jak byś postąpił, gdybyś był na ich miejscu, Red. Najpierw twój pan wyzyskuje cię, i zbija na tobie gruby pieniądz. Potem wybucha wojna, i żeby nie zrazić się nieprzyjacielowi, to dajesz mu to, o co prosi, tylko po to, żeby cały twój dorobek życia został zniszczony przez te same osoby, które miały cię chronić.

- Może teraz oceniasz siebie surowo, ale ja wierzę, że dalej jesteś dobrym człowiekiem. To, że zostałeś zmuszony do drastycznych działań, nie oznacza od razu, że straciłeś swoje człowieczeństwo. To Kaldorei są tutaj potworami. To oni przypłynęli tu podbić te ziemie, i to oni są odpowiedzialni za tyle śmierci.

- Przyjacielu, spójrz prawdzie w oczy. Jesteśmy tacy sami jak oni.

- Jak to? Może czasami mamy krew na rękach, ale to nic w porównaniu z nimi.

- Już o tym wszystkim zapomniałeś? Nie pamiętasz, co takiego robiliśmy kilka lat temu w Zul'Aman?

- To nie było to samo. To była kompletnie inna sytuacja.

- Naprawdę tak uważasz? To, że oni mieli inny kolor skóry od nas, inny kształt czaszek, i inną architekturę, zwyczaje, i kulturę, czyniło ich w jakiś sposób gorszymi? Spodziewałem się więcej po tobie, ale jednak myślisz tak samo jak Atremis i Markus. Zapomniałeś już, jak podczas kontrataku wbiliśmy się do tej wioski pełnej trolli? Jak zaczęła się rzeź? Przecież ty też w tym uczestniczyłeś. Cholera, jedna scena nigdy nie wyleci mi z pamięci. Włóczyłem się wtedy między ich domami, wokół mnie szalały pożary. Mówiłem do siebie wtedy, jakie to wszystko jest złe i niewłaściwe. I wtedy zza rogu wybiegł ten chłopak. Miał może dwanaście lat? Nie za bardzo kojarzę, jak szybko dorastają trolle. Mój refleks zadziałał mimowolnie, a gdy oko zrównało się z muszką i szczerbinką, nacisnąłem spust. Zabiłem go, Red. Przez minuty patrzyłem, jak uchodzi z niego życie. Jak rozpaczliwie próbuje łapać oddech. Jak jego małe ciało powoli staje się czerwone od krwi. Jak nieudolnie próbował się podnieść. A wiesz, co było najgorsze? Gdy skonał, uświadomiłem sobie, że było to cholernie proste. Cyk, i już. Wtedy puściły mi wszystkie hamulce. Byłem jak w transie. Razem z innymi mordowałem i grabiłem. Gdy wróciłem do siebie, pojawiły się wyrzuty sumienia. Kilka dni nie byłem trzeźwy. Próbowałem o tym wszystkim po prostu zapomnieć, i żyć, jak gdyby to nigdy się nie wydarzyło. Ale wspomnienia zawsze wracały. Zawsze. Dalej uważasz, że jesteśmy od nich w jakikolwiek sposób lepsi?

- Taylor, niech to szlag, mam nadzieje, że kiedyś w końcu sobie wybaczysz. Przecież każdy z nas popełnił jakieś błędy. Zresztą, te trolle same się o to prosiły. Zaatakowały ziemię naszych sojuszników prawnie należące do nich. Musieliśmy im pomóc.

-Nie oczekiwałem, że zrozumiesz. Ale doceniam twoją troskę. Wróć teraz do szeregu. Sprawdź, jak mają się inni. Musze na chwile pobyć sam.

 

Oddział w końcu dotarł do miejsca, na którym zależało Taylorowi. Była to stara posiadłość leśnika, obecnie już opuszczona. Zależało mu na niej, gdyż można było się do niej łatwo dostać z całego lasu. Kapitan kazał zatrzymać się swoim ludziom, i zebrać się w kółko. Kiedy wszyscy już ustawili się, rozpoczął:

 

- No dobra, to miejsce jest naszym punktem zbornym. To tutaj wszyscy będziemy musieli się spotkać. Słuchajcie uważnie. Podzielicie się na dziesięć grup, po pięć ludzi każda. Macie rozproszyć się po całym lesie, i szukać jakiegokolwiek znaku obecności nieprzyjaciela. Starajcie się nie wdawać w walkę. Nie chcemy, by ktoś odkrył naszą obecność, bo mogą na nas wysłać obławę. Gdy dostrzeżecie wrogie jednostki, zapamiętajcie ich liczbę, uzbrojenie, i kierunek, w którym zmierzali. Potem macie do mnie wrócić, i wszystko mi opisać. Zbiórka za cztery godziny. Będe tu na was czekał. Wracajcie bezpiecznie. Nie chcę was głupio stracić.

 

Po podzieleniu komandosów na grupy patrolowe, i skierowaniu ich w różne części lasu, Taylor wszedł do opuszczonego domku, do głównej izby. Była ona pokryta grubymi warstwami nie odkurzanego od lat kurzu. W rogach znajdowały się sporych rozmiarów pajęczyny, a na podłodze leżały porozrzucane krzesła. Kapitan podniósł jedno z nich, jako tako je wyczyścił, i ustawił je przy ławie. Usiadł on, i wyjął z torby kupkę raportów i map, które zaczął analizować. Kątem oka zobaczył coś w oknie. Przez zabrudzone szkło patrzyło się na niego to samo dziecko, którego śmierć tak bardzo przeżywał. Wlepiało w niego swój martwy wzrok. Przez usta ciekła mu strużka krwi. Gdy oficer przetarł oczy, i otworzył je ponownie, wytwór wyobraźni zniknął. Taylor wiedział, że to, co tam zrobił, zostanie z nim już na zawsze. Nie było od tego ucieczki.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania