Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Warcraft - Krucjata - Rozdział 8

Rozdział 8

Dziecko lasu

 

Kilka miesięcy wcześniej, niedługo po ogłoszeniu “Wielkiej Krucjaty”, na północy Imperium Kaldorei

 

W Księżycowej Polanie nie było zbyt wiele dróg. Administracja nad tą częścią imperium została przekazana druidom, którzy wykorzystywali ją jako swoją siedzibę. Prowadzili tam badania nad naturą i alchemią, archiwizowali kroniki, i zarządzali organizacją. Krąg Cenariusa był ważnym filarem Imperium Kaldorei. Po wsparciu Kościoła Elune w ich konflikcie z arystokracją, i wygnaniu jej, rolę inteligencji przejęli właśnie druidzi. To oni zaprojektowali program kontroli urodzeń, który uratował Kalimdor od przeludnienia.

 

Po jednej z nielicznych ścieżek w tym rejonie sunął dyliżans, zaprzężony w konie. Jego jedynym pasażerem był Arcydruid Malfurion Stormrage. Jechał on na spotkanie ze swoim mistrzem, Cenariusem, gdyż Tyrande rozkazała mu, aby jej mąż przekonał półboga, by ten wsparł “Wielką Krucjatę”. Arcydruid nie uważał tego za dobry pomysł. Dlaczego symbol harmonii i piękna ma brać udział w wojnie, która jest absolutnym zaprzeczeniem tych wartości? Niestety, Malfurion nie mógł się sprzeciwić swojej żonie. Pomyślał, że nawet gdyby zebrał się na odwagę, to Arcykapłanka po prostu wysłałaby kogoś innego, na przykład Fandrala, który zawsze był dość radykalny. Nie, lepiej, bym to ja porozmawiał z Shan’do.

 

Malfurion wystawił głowę znad karocy. O tej porze roku Księżycowa Polana była przepiękna. Wieczór był ciepły, a promienie księżyca oświetlały drogę. Drzewa szumiały w usypiającym rytmie, a stawy były tak czyste, że odbijały obraz z doskonałą dokładnością. Między zielenią krzewów Arcydruid mógł dostrzec zwierzęta, pochłonięte polowaniem, lub zabawą w swoim własnym mikroświecie.

- Nawet nie wiecie, jak wam zazdroszczę - powiedział do siebie. - W waszych małych światach nie ma wojen, nienawiści, czy kłamstw. To wy żyjecie prawdziwym życiem, a nie my.

 

Droga nagle zakończyła się. Woźnica krzyknął do Malfuriona, że dalej nie jadą. Arcydruid wyszedł z karocy, i rozkazał mu czekać, aż on nie wróci. Stormrage zaczął iść przez las, zachwycając się siłą pięknem przyrody. Podziwiał on strzeliste drzewa, i potężne wodospady. Wreszcie dotarł on na miejsce, które tak dobrze pamiętał. Jego oczom ukazała się niebiańska łąka, skąpana w kolorach kwiatów. To tutaj zawsze spotykał się ze swym mistrzem. Wkroczył on na środek łąki, i czekał.

 

- Nie jesteś zbyt subtelny, przyjacielu - odezwał się donośny głos z drzew. - Mogłem wyczuć cię z kilometrów. Starzejesz się.

 

Na twarzy Malfuriona pojawił się uśmiech, bowiem wiedział on, do kogo ten głos należy. Po chwili z drzew wyłonił się jego Shan’do, Cenarius. Był on swoistą definicją półboga z Kalimdoru. Mierzył on ponad trzy metry wzrostu. Od pasa w dół miał ciało jelenia, a powyżej, potężnie zbudowanego elfa. Jego długie włosy opadały mu na muskularne ramiona, a z jego głowy wystawało wysokie i majestatyczne poroże.

 

Cenarius podszedł do Arcydruida. W rękach trzymał dwa rogi przerobione na kielichy, wypełnione miodem. Podał jeden z nich swemu uczniowi. Malfurion usiadł na trawie, i spróbował napoju. Był on niezwykle słodki. Siedząc tak u nóg swego mistrza, czuł się niezwykle błogo i spokojnie. Na chwilę zapomniał o dworze swojej żony, wypełnionym intrygami i kłamstwami.

 

- To co cię sprowadza w te strony, druhu? - zapytał go Cenarius?

- Chciałbym powiedzieć, że jestem tu tylko po to, by znowu cię zobaczyć - odpowiedział mu Malfurion, pijąc miód. - Jednak niestety przybyłem tu w poważnej i smutnej sprawie.

- Cóż cię trapi, Thero'shan?

- Pamiętasz, jak kilka lat temu nawiązaliśmy kontakt z ludźmi zza oceanu? Ugościłeś nawet ich ambasadora i jego świtę w swoich progach, na wspólnym polowaniu.

- Tak, przypominam sobie. Ten starszy jegomość wydawał mi się przyjazny i pogodny.

- Nam też się taki wydawał, on, i jego lud. Niestety, niedawno pokazali swoje prawdziwe oblicze. W jednym z ich miast doszło do pogromu na naszych obywatelach. Mordowano ich bez litości, a tylko nielicznym udało się uciec.

- Jak mogłem o czymś takim nie wiedzieć? Modlę się za ich dusze, aby Księżycowa Matka przyjeła ich w swoje objęcia.

- Tyrande nie planuje biernie przyglądać się ich agresji, i chce obronić nasze imperium. Planuje zebrać armię i ruszyć na wschód, by pomścić zamordowanych.

- Rozumiem. Cóż, mogę tylko życzyć wojownikom, aby wrócili szybko i bezpiecznie, i aby nie zapomnieli, że wszyscy, nawet najwięksi nikczemnicy, to dzieci natury, i zasługują na przebaczenie.

- Shan’do, doceniam twoją troskę, ale zarówno ja, jak i reszta druidów, a także cała nasza wspólnota Kaldorei prosi cię o coś więcej. Chcemy, abyś wsparł nas w tej wojnie, a konkretniej, użyczył nam swych sił przyrody.

- Ale dlaczego miałbym to zrobić? Moje córki i synowie strzegą świętych lasów. Wojny zawsze były waszą domeną.

 

Malfurion w głębi duszy zgadzał się ze swoim mistrzem, i wiedział, że ten ma rację. Ale nie mógł on zawieść Tyrande, i swojego imperium. Ona liczyła na niego. Arcydruid musiał zacząć więc kłamać, choć znienawidzi siebie za to do końca swego życia. Półbogowie byli potężni, ale ich słabością było to, że nie potrafili odróżnić oni prawdy od fałszu. Cenarius nigdy nie zaznał posmaku cywilizacji. Nie wiedział on, jak to jest zdradzać swojego partnera, oszukiwać na podatkach, czy przekręcać obietnice wyborcze. Kłamstwo było domena ludów cywilizowanych. Dla półboga ono nie istniało. Nie było czegoś takiego w jego słowniku pojęć. Malfurion, choć bolało go to niemiłosiernie, musiał to wykorzystać.

 

- Ludzie są bardzo potężni, mistrzu. Nasi generałowie obawiają się, że nasze siły są za małe, by im sprostać - skłamał. - Jeżeli przegramy tą wojnę, to oni przyjdą tu, i zapragną wszystkich nas zniszczyć. Nie oszczędzą żadnego mężczyzny, kobiety, czy dziecka. Potem wyruszą na lasy, i spalą je do gołej ziemi. Zaczną mordować twoje córki, i oprawiać ze skóry zwierzęta. Ale gdybyś użyczył nam swych sił, to możemy zakończyć tą wojnę na ich ziemiach. Możemy ocalić ten starszy od nas wszytkich las.

- Cóż, jeżeli sprawa tak wygląda, to polecę moim towarzyszom, by wsparli wasze wysiłki. Staną oni ramię w ramię z waszymi wojownikami. To dość drastyczny krok, ale jeżeli stawka jest tak duża, jak twierdzisz, to podejmiemy się go.

- Dziękuje, Shan’do - Malfurion odpowiedział mu drżącym głosem.

- Przyjacielu, ty płaczesz. Jakie są twoje zmartwienia?

 

Dopiero teraz Stormrage zorientował się, że łza spływa mu po policzku. Nie mógł jednak zdradzić swemu mistrzowi prawdziwego powodu swego smutku.

 

- To przez to, że bardzo ubolewam nad elfami, które zamordowano podczas pogromu - skłamał. - Chcę, aby to szaleństwo już się skończyło.

- Nie martw się, druhu. - odpowiedział mu. - Zarówno Tyrande, Jarod, i jego siostra, Maiev, i córki i synowie lasu, szybko zakończą tą wojnę. Nie dopuszczą oni, by ktoś zrobił krzywdę tej puszczy.

- Jeszcze raz dziękuję za twe wsparcie, mistrzu. Pójdę przekazać mej żonie dobrą nowinę.

- Niech duchy lasu będą z tobą, stary przyjacielu - Cenarius pożegnał się z nim.

 

Wracając do dyliżansu, który miał zawieść go z powrotem do stolicy, Malfurion ubolewał, że był zmuszony okłamać półboga. Wątpił on w to, że Lordaeron planował atak na Kalimdor. To przecież Tyrande chce ich najechać bez ostrzeżenia. Miał on nadzieję, że pomoc Cenariusa spowoduje szybszą wygraną w tej wojnie, a w konsenkwecji, zginie mniej ludzi i elfów. To mogłoby odkupić kłamstwo, jakiego się dopuścił. Arcydruid pomyślał także o jeszcze jednej rzeczy. Dlaczego jego mistrz ciągle wspominał o balansie, harmonii, i pokoju, podczas gdy na południu, Imperium Kaldorei podporządkowywało sobie, tępiło, lub wyganiało na pustynię mniej rozwinięte rasy? Czy nie powinien był on zainterweniować w tej sprawie?

 

Kilka miesięcy później, w Silverpine

 

- O ja pierdole - zaklneła Atremis, patrząc na zwłoki - Co za masakra.

 

Taylor dostał rozkaz zbadania tajemniczych morderstw, odbywających się w pobliskim lesie. Las ten był swoistą ziemią niczyją między Imperium Kaldorei a Lordaeronem Naturalnym było, że obie strony konfliktu wysyłały tam zwiadowców. Jednak jakiś czas temu patrole Przymierza Północy zaczeły nie wracać. Gustav chciał poznać tego przyczynę, i rozkazał swemu najlepszemu zwiadowcy, czyli Taylorowi, poprowadzenie śledztwa.

 

Kapitan przypatrywał się właśnie zmasakrowanym ciałom, leżącymi przy zgaszonym już ognisku. Obok niego stali jego najbardziej zaufani towarzysze, czyli Atremis, Zimmerman i Corentin. Ukląkł przy jednym z zabitych żołnierzy, i zaczął go badać.

 

- Hmm, rany kłute. Zginął od włóczni. Ale zobaczcie na ten wyraz twarzy. Biedak przed śmiercią mocno cierpiał. Jakby ktoś nasączył grot trucizną.

- Spójrz na tego - powiedział Zimmerman. - Ktoś lub coś zabiło go, gdy ten odpoczywał. Nawet nie wypuścił z rąk kubka z zupą. Nie wspominając już o wielkiej włóczni, która wystaje mu z bebechów.

Atremis wyjeła broń z jego ciała, i zaczeła się jej przyglądać.

- Dziwna ta broń - oznajmiła elfka. Wygląda, jakby wykonał ją jakiś dzikus, a nie miecznik.

- Spójrzcie, ślady racic- zauważył Taylor. - Jakby od sarny. Ale jaka sarna podeszłaby tak blisko takiego czegoś? Chyba już wiem, co ich zamordowało.

- No, co takiego - zapytała go jego kochanka.

- Driada - odpowiedział jej.

- Że niby kto?

- Driady to pół sarny - pół kobiety, które żyją w północnym Kalimdorze. Widziałem je raz, kiedy byłem na polowaniu w Ashenvale z Tyrande i ambasadorem. Wyglądają niewinnie, ale bezbłędnie rzucają i walczą bronią drzewcową, jak na przykład tą włócznią, którą trzymasz w rękach.

- Nie sądziłam, że takie dziwy w ogóle istnieją, A już napewno nie to, że zapragną nas pozabijać.

- Driady uważają się za strażniczki przyrody. Ci tutaj rozpalili ognisko, pewnie w tym celu musieli porąbać trochę drewna. Amazonka musiała uznać ich za zagrożenie dla tego lasu, i zamordować z zaskoczenia, gdy ci odpoczywali.

- No dobra, ale jak zabijemy tą szmatę? - zapytał się swego dowódcy Zimmerman.

- Mam pewien plan - odpowiedział mu. - A tak się składa, że odegrasz w nim najważniejszą rolę, mój ty rudy przyjacielu. Czas, aby łowczyni stała się zwierzyną.

 

Kallisto, driada, włóczyła się po lesie, szukając jakiś ofiar. Jako dumna córka Cenariusa, odpowiedziała na wezwanie do obrony jej lasów, i wypłyneła razem z żołnierzami do Lordaeronu. Spodziewała się, że będzie tam z honorem walczyć o swój dom. Rzeczywistość natomiast bardzo ją zaskoczyła. Na miejscu widziała spalone wioski, i cywili powieszonych na gościńcach. Widziała wypędzane kolumny wieśniaków, i łzy w oczach matek i dzieci. To bardzo ją dziwiło. Driada nigdy wcześniej nie widziała cierpienia. Chciała wtedy wrócić do swojego lasu, gdzie wszystko było takie proste.

 

Pewnego razu, jej przyjaciółka, nocna elfka Belaithien, druidka, odprowadziła ją po pewnym lesie.

- Spójrz na to, jakie te drzewa są piękne - mówiła do driady. - Jaka harmonia jest tu obecna.Niestety, ludzie chcą zniszczyć ten las. Przychodzą tu z siekierami, wycinają drzewa, a potem je palą w ogniskach, nie dając nic w zamian. Musisz obronić ten cud natury. Wiem, że to, o co cię proszę, jest drastyczne, ale to jedyny sposób, by uchronić ten las od zniszczenia.

 

Druidka wciskała jej te kłamstwa, bo liczyła na to, że Kallisto okaże się skuteczną bronią przeciwko zwiadowcom Przymierza Północy. Nie pomyliła się. Jej towarzyszka okaże się tak wprawna w zabijaniu, że Fandral Staghelm, jeden z najważniejszych członków kręgu Cenariusa, w nagrodę awansuje Belaithien w hierarchii.

 

Driada po raz pierwszy dopuściła się morderstwa, gdy dostrzegła grupę drwali, karczujących las na potrzeby wojenne. - Jak oni śmią wycinać te drzewa - pomyślała. Zaszarżowała na nich, nabijając jakiegoś pechowca na włócznie. Biedak zmarł po kilku minutach w olbrzymich męczarniach, gdyż trucizna, którą Kallisto nasączyła swoją broń, pożarła jego ciało. Reszta robotników uciekła w przerażeniu, widząc ni to łanię, ni to dziewczynę, która właśnie zabiła ich kolegę. Początkowo amazonce zrobiło się żal nieszczęśnikowi, jednak wyrzuty sumienia szybko przeszły. Spostrzegła ona, że nie było to takie trudne. Co więcej, zaczeła ona odczuwać radość z polowania. Ona była drapieżnikiem, łowczynią, panią, a ci ludzie zwykłą zwierzyną. Przez następnie dni Kallisto mordowała wszystkich żołnierzy Lordaeronu, których napotkała. Podniecał ją widok krwi, którą zostawiały jej ofiary na jej muskularnym, nagim ciele. Odczuwała dziką satysfakcję, kiedy rzucona przez nią włócznia bezbłędnie trafiała jej cel. Uwielbiała także ten charakterystyczny dźwięk, gdy swoją racicą miażdżyła czaszki jej wrogów.

 

Teraz driada dostrzegła w oddali pomarańczowy płomień ogniska. Swoim jastrzębim wzrokiem zauważyła, że siedzi przy nim tylko jeden człowiek.

- Ha, jak zajączek, który właśnie wyszedł z nory - pomyślała. - Czas nauczyć cię, że ten las należy do mnie. Ja jestem panią, a ty jesteś moją zwierzyną.

 

 

- Kurwa, jak to przeżyje, to żądam podwyżki - powtarzał do siebie Red, siedząc przy ognisku. - Po cholerę dałem się na to namówić?

 

Taylor stał oparty o drzewo, i w myślach analizował swój plan. Wyznaczył on Zimmermana na przynętę. Kiedy driada złapie haczyk, Corentin szybko puści na nią zaklęcie paraliżujące, a wtedy on i Atremis zabiją ją.

- Czterech idiotów kontra dwu i pół metrowa napakowana łowczyni alfa. Co może pójść nie tak? - pomyślał?

 

Serce kapitana zaczęło mocniej bić, gdyż zobaczył on driadę, która podkradała się do porucznika, siedzącego przy ognisku. Miał on nadzieję, że reszta też ją widziała. Jego plan mógłby się powieść tylko wtedy, gdy cała czwórka idealnie się zsynchronizuje. Po chwili spostrzegł jednak, że Red też widzi już driadę, gdyż z ruchu jego warg mógł wyczytać, że powtarza on słowo “kurwa”, w nieskończoność, patrząc się na podejrzany ruch w gęstwinie.

 

Gdy łowczyni podeszła wystarczająco blisko, Taylor wykrzyczał:

- Corentin, już!

Czarodziej wypuścił z rąk wiązkę czystej energii, która przykuła amazonkę do podłoża. Taylor natychmiast wymierzył do niej z pistoletu, i wystrzelił. Pocisk drasnął ją tylko w ramię. Niestety, sprawiło to, że Kallisto bardzo się wkurwiła. Ból dodał jej ogromnych sił. Napieła ona swe mięśnie brzucha i ramion, i z całych sił próbowała wydostać się z pułapki, wierzgając kończynami na wszystkie strony.

 

Atremis podbiegła do uwięzionej samicy alfa, i spróbowała dźgnąć ją halabardą w brzuch. Driada sparowała cios, i natychmiast kontratakowała. Mimo że była uwięziona, to jej włócznia dawała jej spory zasięg ataku. Komandoska bała się tej przedziwnej istoty, gdyż wiedziała, że gdyby nie zaklęcie, to Kallisto rzuciłaby się na nią, i rozszarpała by ją na strzępy gołymi rękami.

 

Corentin strzelił w driadę soplem lodu. Ten wbił się w jej tułów. Zakrzyczała ona z całej siły, lecz nie straciła ona panowania nad sobą. Gdy obróciła się w stronę Atremis, wyprostowała się na całą swą długość, i ukazała jej swoją potężną muskulaturę, przy której ciało elfki prezentowało się mizernie. Rangerka omal nie zmoczyła spodni. Kallisto zaczeła powoli przełamywać zaklęcie, i iść w stronę swej zwierzyny. Cała trójka próbowała atakować ją z różnych stron. Dźgali i cieli jej ciało, ale driada bez ustanku odgryzała się im tym samym. Jednak żadna wytrzymałość nie jest nieograniczona, nawet tak potężnej istoty. W końcu Kallisto zaczeła się męczyć, i coraz wolniej reagować. Wykorzystał to Taylor, który, gdy uwaga amazonki zwrócona była na pozostałych, wbił jej miecz w podbrzusze. Driada upadła na ziemię, wyjąc z bólu. Kapitan przeładował swój pistolet, przyłożył go do jej twarzy, i nacisnął spust. Po obrażeniach, jakich doznała od komandosów, kula w czaszkę wydawała mu się być łaską.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania